Uwolnić Polskę od partiokracji

Wiele wskazuje na to, że zbliżają się przedterminowe wybory parlamentarne. Jednocześnie rośnie liczba osób, które nie wiedzą, na kogo powinny głosować, gdyby wybory były dziś. Wiele jest takich osób, także w środowiskach dobrze zorientowanych w mechanizmach działania państwa. Dlaczego?

Ostatnie wybory parlamentarne wygrało PiS. Uzyskało poparcie lwiej części prawicowego elektoratu. Dwie były przyczyny tego poparcia. Po pierwsze, zamiar powstrzymania marszu po władzę Platformy Obywatelskiej, postrzeganej jako czynnik uzależniający Polskę od układów międzynarodowych. Po drugie, nadzieja, że Prawo i Sprawiedliwość powstrzyma wszechogarniającą korupcję i rozbije mafie gospodarczo-polityczne żerujące na państwie. Te nadzieje gasną w czasie, w którym coraz jaśniej widać, że celem liderów PiS może być przekazanie władzy Platformie Obywatelskiej.

Prawo i Sprawiedliwość walczy o decydujący wpływ na kolejne instytucje państwowe. Skoro dziś nie jest w stanie osiągnąć większości parlamentarnej bez koalicjantów, to chce wziąć, co się da, i przejść do opozycji. W perspektywie trzech lat będą kolejne wybory prezydenckie, które być może trudno byłoby wygrać, przyjmując odpowiedzialność za kolejne lata rządów. Na dodatek pojawiło się zagrożenie braku finansowania partii z budżetu państwa. Być może wcześniejsze oddanie władzy jest zatem dobrym sposobem zmniejszenia własnych, partyjnych strat. Rzecz znamienna, że przy takich rachubach w ogóle nie liczy się dobro Polski, choć – zdawałoby się – że to partie powinny być dla Polski, a nie odwrotnie.

Ostatnią znaczącą instytucją, którą PiS mogło osiągnąć przy obecnej większości parlamentarnej, była NIK. Bezpośrednio po wyborze jej nowego prezesa premier podjął działania zmierzające do rozpadu rządzącej koalicji (poczynając od akcji CBA i dymisji wicepremiera). Oczywiście premier przedstawia koalicjantów jako winnych zerwania współpracy. Oni zaś – w poczuciu zagrożenia – bronią się oskarżeniami przeciwko premierowi i jego partii. Trwa eskalacja konfliktów, zagrożeni poczuli się bowiem nie tylko dotychczasowi koalicjanci, ale także niektórzy najbliżsi współpracownicy premiera. Tak się składa, że usytuowani w sztandarowych dla PiS resortach – sprawiedliwości oraz spraw wewnętrznych. Rewolucja podjęta w imię prawa i sprawiedliwości zaczyna zjadać własne dzieci.

Chcąc zrozumieć naturę tego zjawiska, warto cofnąć się pamięcią do debat, w których podejmowano bardzo bolesny problem nadużywania instytucji państwowych przez nieuczciwych polityków. Postulowano między innymi ograniczanie immunitetów czy utratę mandatów przez parlamentarzystów skazanych prawomocnymi wyrokami za przestępstwa ścigane z oskarżenia publicznego.

Radykalnych reformatorów przestrzegano wtedy, że podobne rozwiązania mogą prowadzić do sytuacji, w której „wrabianie w przestępstwo” stanie się zwykłą metodą walki politycznej. Dziś radykałowie z tamtych parlamentarnych debat zdominowali państwo i z całą świadomością stosują metodę „haków” – zarówno na przeciwników, jak i na sojuszników. Paradoksalnie ci specjaliści od prawa lekceważą tak podstawowe instytucje procesu karnego, jak na przykład zasadę domniemania niewinności oskarżonego do czasu uprawomocnienia sądowego wyroku skazującego. O winie oskarżonych usiłują publicznie rozstrzygać już w chwili ich aresztowania – przy pomocy konferencji prasowych. Telearesztowania stają się narzędziem telepolityki.

Ogromna część opinii publicznej, zgorszona nieustannymi nadużyciami instytucji państwowych, opowiada się zwykle za radykalnymi reformatorami. Dziś często ci sami obserwatorzy sceny politycznej zauważają jednak, że radykalizm – oderwany od znajomości prawa i lekceważący zasady sprawiedliwości – prowadzić może do kompromitowania wysiłków podejmowanych w imię przywrócenia rządów prawa. Głoszony w imię prawa, sam staje się bowiem źródłem niesprawiedliwości.

W sytuacji, w której kryzys sprowokowany przez PiS zdaje się wymykać spod jego kontroli, narzędziem opanowania kryzysu okazał się… dialog z Platformą Obywatelską. Nader dyplomatycznie nie został on podjęty przez lidera partii, lecz przez prezydenta. Tym niemniej niemile zaskoczył wielu dotychczasowych stronników Prawa i Sprawiedliwości. Zaskoczenie wzięło się z mylnego, choć powszechnego wyobrażenia, jakoby zasadnicze cele polityczne PiS i PO były radykalnie sprzeczne. Być może zaskoczenie byłoby mniejsze, gdyby bardziej pamiętano nie tak dawne przymiarki do wspólnych rządów PiS i PO, które na szczęście nie zostały zrealizowane. Warto zatem zwrócić uwagę, iż przynajmniej dwa bardzo zasadnicze cele tych ugrupowań są zbieżne.

Po pierwsze, celem zarówno PiS, jak i PO jest doprowadzenie do sytuacji, w której scena polityczna będzie miała tylko dwa bieguny. Obie te partie oczywiście kandydują do objęcia roli biegunów. Byłoby to ostatecznym ukoronowaniem systemu partiokracji, który jest w Polsce budowany od kilkunastu lat. Postulat społeczeństwa obywatelskiego zredukowany został do praktyki państwa partyjnego. Nie ma bezpośredniej relacji pomiędzy narodem a jego państwem. Pośrednikami tej relacji stały się partie. Obywatel – wyborca, głosuje wprawdzie na osoby, ale tylko partie są w stanie pokonać progi wyborcze i skutecznie wypromować swoich kandydatów. Wybrańcy czują się w takim układzie odpowiedzialni przed kierownictwami swoich partii, a nie przed wyborcami. Kierownictwa partii obecnych w parlamencie dysponują dotacjami budżetowymi oraz gwarancjami czasu radiowego i telewizyjnego. Dzięki temu uzyskują ogromną przewagę nad konkurentami, którzy chcieliby wejść do parlamentu spoza grona partii już tam obecnych. Rozgrywają pomiędzy sobą mecze polityczne, postępując ze swymi zawodnikami-parlamentarzystami niczym twardzi selekcjonerzy. Zwyciężając, rozdają nagrody – stanowiska, wyłącznie swoim, a komu się nie podoba, to może odejść w polityczny niebyt. Niewygodnych, a upartych wykończą „haki”. W tych warunkach partie stają się żerującymi stadami, a państwo ich żerowiskiem. Żałośnie brzmią postulaty walki z korupcją wygłaszane przez twórców tego spektaklu.

Taki system, aby mógł sprawnie działać, wymaga minimum uzgodnień pomiędzy głównymi aktorami sceny politycznej. Niezależnie, czy kadencyjny mecz o władzę wygra partia X czy Y, polityka państwowa będzie wtedy w miarę stała, a główni uczestnicy gry zachowają poczucie względnego bezpieczeństwa. Im mniej uczestników uzgodnień, tym łatwiejsze uzgodnienia i większe bezpieczeństwo. Stąd pożądany jest system dwubiegunowy, a nie wielobiegunowy, w którym jakiś polityk mógłby wyrwać się spod kontroli i przemówić wolnym głosem. Czy można zatem dać przykład takich „rzeczy uzgodnionych” pomiędzy z pozoru przeciwstawnymi formacjami?

I tu drugi wspólny cel PiS i PO. Na naszych oczach organizacja międzynarodowa czy raczej ponadnarodowa, jaką jest Unia Europejska, przekształcana jest w kontynentalne superpaństwo. Polska ma być jego poddaną. Dla liderów PO perspektywa taka jest przedmiotem rozkosznych westchnień. Liderzy PiS okazują zatroskanie i podejmują zagadnienie liczby głosów, którymi Polska będzie dysponowała w superpaństwie. Politycy PO gromią polityków PiS za sypanie piachu w rozpędzone tryby integracji europejskiej. Politycy PiS gromią polityków PO za brak dbałości o polskie interesy. W efekcie tego sporu – z pozoru zasadniczego – umyka nie dość uważnym obserwatorom fakt, że przecież ten „patriotyczny” PiS, podnosząc skądinąd ważną kwestię głosowań, wcale nie powiedział „nie” programowi poddania Polski kontynentalnemu superpaństwu. Potwierdził zatem podstawowy postulat PO.

Perspektywa przyspieszonych wyborów parlamentarnych nie cieszy tych, którzy obawiając się rządów PO, chcieli w rządzącej koalicji widzieć reprezentację dobra Polski. Nie cieszy tym bardziej że nie ma przygotowanej alternatywy po prawej stronie. Nie jest w stanie być taką alternatywą uwikłana w partiokratyczny proceder LPR. Zwłaszcza że w celu pokonania progu wyborczego szykuje się do karkołomnej współpracy wyborczej z Samoobroną. Nie było możliwości przygotowania alternatywy poza parlamentem w czasie, w którym panowało dość powszechne przekonanie, że to PiS jest istotną reprezentacją prawej Polski. Istnieje realna obawa, że najbliższe wybory mogą być stracone dla programu Polski wolnej i sprawiedliwej. Należy zatem już dziś myśleć nie tylko o najbliższych, ale i o następnych o wyborach. I o uwolnieniu Polski od partiokracji.

Jan Łopuszański
drukuj