Uroki III RP
Pani Ewa Jethon, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie, 12 stycznia 2012 r.,
podczas toczącej się rozprawy w sprawie stanu wojennego, skazała Adama Słomkę,
byłego działacza opozycji antykomunistycznej, więźnia stanu wojennego, lidera
KPN-Obóz Patriotyczny, na 14 dni więzienia. Słomka, wraz z kilkoma innymi
osobami, na sali rozpraw głośno domagał się sprawiedliwości – ukarania
zbrodniarzy komunistycznych odpowiedzialnych za wprowadzenie stanu wojennego
stosownie do ich winy. Słomka wygłaszał też zarzuty pod adresem wymiaru
sprawiedliwości III RP. Przewodnicząca składu sędziowskiego uznała, że narusza
to powagę sądu, i wymierzyła wspomnianą karę porządkową.
Cała sprawa: realna kara więzienia dla działacza antykomunistycznej opozycji,
ofiary stanu wojennego, i orzeczenie, półtorej godziny później, symbolicznej
sankcji dla komunisty, współtwórcy nocy generałów – w ciągu kolejnych dni
obrosła komentarzami.
Jak za kradzież roweru
Czesław Kiszczak został skazany na dwa lata w zawieszeniu na pięć. Eugenia
Kemparowa – sprawa przedawniona, umorzenie. Stanisław Kania – uniewinniony.
Wojciech Jaruzelski został wyłączony z procesu z powodu choroby. Różnie
komentowano wyrok sądu, ale chyba najtrafniej zrobiła to osoba w słowach, które
posłużyły za powyższy śródtytuł tekstu.
Tymczasem orzeczenie sądu okręgowego mówi nie o drobnych złodziejaszkach, ale
członkach "tajnej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym", która wprowadziła
stan wojenny nie z powodu "wyższej konieczności", czyli obawy przed interwencją
wojsk Układu Warszawskiego (sąd stwierdził, że takiego zagrożenia nie było), ale
w celu likwidacji "Solidarności", zachowania ówczesnego ustroju i swojej pozycji
we władzach. Czyli mowa jest, choć w innych słowach, o bandzie, której hersztem
był Wojciech Jaruzelski – capo di tutti capi. Wprowadził on stan wojenny we
własnym oraz aparatu partyjno-milicyjno-wojskowego interesie, niszcząc w ten
sposób konkurencję – odradzający się po 36 latach komunistycznej niewoli kraj.
Przypomnijmy: okres pierwszej "Solidarności" to czas niezwykle twórczy w
dziejach naszego Narodu, w którym powstawały nowe elity – polityczne,
kulturalne, intelektualne. Tak wypadło, że w większości związane z polską
tradycją i Kościołem katolickim. Tworzono nowe koncepcje ratowania Polski z
zapaści cywilizacyjnej i ekonomicznej, do jakiej doprowadziły swoimi rządami
kolejne ekipy komunistów, wyżebrawszy wcześniej od Moskwy jarłyk, pozwalający
panoszyć się w podbitym, w latach 1944-1948, kraju.
Mając do wyboru: interes Polski i pomyślność zamieszkującego ją społeczeństwa –
z jednej strony; z drugiej – spełnienie ambicji własnych i oplatających go sitw
nomenklaturowych różnych szczebli, Jaruzelski nie zawahał się zamknąć w lodówce
na osiem lat i tak już zrujnowaną Polskę, aby tylko dogodzić współplemieńcom.
Rządzący interesy wąskich grup antyrozwojowych (jak określił je prof. Andrzej
Zybertowicz) przedłożyli nad interes społeczny; najpierw zasłaniając się
anarchią, jaką wprowadziła w życie społeczne "Solidarność", później "wyższą
koniecznością" – groźbą interwencji sowieckiej. Tę cechę po swoich
poprzednikach: mataczyć, manipulować, siać strach i nienawiść do przeciwnika,
jak też powoływać na "siły wyższe" i ich opinie o Polsce – aby tylko postawić na
swoim, odziedziczyli decydenci III RP.
Siermiężny matrix znad Wisły
Gdyby Polska była państwem funkcjonującym w realu, a jej kod wartości nie został
przejęty, wraz z innymi dobrodziejstwami inwentarza, jak służby specjalne, ich
współpracownicy (tajni), sitwy, układy, hierarchie et cetera, po poprzedniczce –
Peerelu, wówczas kara musiałaby być stosowna do przestępstwa. A cała sprawa
byłaby – jak to mówią prokuratorzy – rozwojowa: badano by, kto jeszcze
skorzystał na przestępczej działalności tej bezwzględnej w osiąganiu swoich
celów grupy przestępczej o charakterze zbrojnym.
Wyrok byłby przestrogą: kto wybiera między społeczeństwem a sitwami, ten godzien
jest realnej, a nie symbolicznej kary. Kto utożsamia polską rację stanu z takimi
czy innymi grupami interesu, ten idzie za kraty, niezależnie od tego, czy jest
"staruszkiem", którego ulubionym sportem było niegdyś "kryterium uliczne", czy
mężczyzną po pięćdziesiątce, ganiającym dziś za piłką na sztucznej trawie
orlików.
Jednak dzisiejsza Polska to matrix, to świat á rebours. W świecie, w którym, jak
to już gdzieś zauważono, najbardziej bezczelny konformizm przedstawiany jest
jako brawurowa kontestacja; bunt przebiegający zgodnie z wytycznymi lejącymi się
z ekranów "tefauenów" i "polsatów", jako walka o własną autentyczność z
opresyjnym światem; oberpolicmajster mianowany jest człowiekiem honoru, a
sowiecki generał, dławiący raz po raz polskie nadzieje, po raz ostatni w grudniu
1981 r., polskim patriotą; starzy towarzysze, w partii niemalże od urodzenia,
kreują się na doświadczoną opozycję, a dawni opozycjoniści kreowani są na
nieczujących ducha przemian frustratów – wszystko jest na opak.
Polska obłudą stoi
Nie będzie przestróg dla decydentów większego i mniejszego płazu. Będzie
klangor: chcą karać staruszków! Kiedy "staruszkowie" byli jeszcze w sile wieku,
wtedy był rozkaz, żeby się od nich "odpieprzyć". Domagających się
sprawiedliwości i zerwania z totalitarną przeszłością nazywano wówczas "ludźmi
chorymi z nienawiści". Szydzącym z "zoologicznych antykomunistów" udostępniano
łamy najbardziej poczytnych gazet i tygodników. Nie było słów potępienia dla
tych, którzy chcieli rozliczyć zbrodnie i niegodziwości 40 lat komunizmu.
Te same pięknoduchy nie miały i nie mają zahamowań w drwieniu z ludzi starszych,
których jedyną "winą" jest wiek, stargane nerwy, powodujące czasem wypowiedzi
ostre, gorzkie, choć w istocie swej prawdziwe. Tych staruszków, tylko spod
krzyża, "ludzie rozumni i na poziomie" nie cierpią. I to wystarczy, by pozbywszy
się wszelkich hamulców, obrażać ich, nazywając: ciemnogrodem, motłochem,
moherami. Jak też nie mieć nic przeciw interwencji osiłków w celu rozpędzenia
nielegalnego zgromadzenia babć i dziadków modlących się na Krakowskim
Przedmieściu. Ci starcy są ludźmi drugiej kategorii. Są obciachem. Podobnie jak
ludzie stający w obronie ich racji.
Natomiast staruszkowie, którzy w czasach swej "chmurnej i durnej" młodości
mordowali patriotów, donosili na "wroga klasowego", łamali ludziom kości,
charaktery i życie, dla których – jak np. dla Stanisława Kani, pielgrzymujący do
Polski Jan Paweł II był "kłopotem z importu", są cool i trendy. Kiedyś mogli
robić, co chcieli, dziś mogą mówić, co chcą – jak wspomniany Kania: durnie! – do
ludzi domagających się sprawiedliwości. Tym spod krzyża należy odebrać dowód i
godność. I niech sobie zawodzą. W kruchcie.
Tych, którzy z krzyżem walczyli, należy zrozumieć, wziąć pod uwagę uwarunkowania
historyczne, w jakich działali, i dojść do wniosku, iż to, że kiedyś zachowywali
się jak ostatnie kanalie, było, biorąc pod uwagę realia, przejawem rozsądku. Bo
w innym wypadku na ich miejscu pojawiliby się inni, mniej rozsądni (mityczni
"twardogłowi"), a wtedy – żegnaj, Okrągły Stole, żegnaj, historyczny kompromisie
elit z dwu stron barykady, żegnaj, zielona wyspo III RP.
Ten sam obóz (salon obłudników), który przez tyle lat ubliżał ludziom chcącym
rozliczeń z rzeczywistymi zbrodniami i zbrodniarzami Peerelu, nazywając ich
frustratami, wariatami, oszołomami i czym tam jeszcze, dziś gorliwie i bez
żenady domaga się rozliczeń z IV RP i rządem Jarosława Kaczyńskiego –
bezwzględnie i do gołej ziemi. W międzyczasie po cichu, na własną rękę
rozliczając ludzi, którzy w latach panowania "państwa policyjnego" wychylili się
z sympatiami do braci Kaczyńskich i ich ekipy. Rozliczanie postpeerelowskiego
bałaganu to dowód na "prymitywizm moralny", "faszyzm", "bolszewizm". Natomiast
odwet za dwa lata rządów koalicji PiS – LPR – Samoobrona (2005-2007), za dwa
lata strachu przed możliwością utraty otrzymanych prawem kaduka godności,
tytułów, pieniędzy – to przejaw "europejskiej normalności", która
charakteryzować winna wszystkich "młodych, wykształconych, z wielkich miast".
Taka dziś jest Polska wepchnięta w ciasną klatkę zwaną III RP – państwo
zbudowane na miarę tych, którzy urodzili się i rośli pod szafą rodzącego
konformizm strachu. Bo w Polsce mającej być kwintesencją naszych marzeń po 1989
r. oprócz sitw starych i nowych zyskały najbardziej jamniki, które wydobyto spod
szafy i dano im reglamentowany dla swoich prestiż i władzę. Ludzie posłuszni,
dobrze wiedząc, skąd wieje wiatr, orientują się, że czasami trzeba ofiarować
Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Żeby uratować świat kłamstwa, trzeba czasami
powiedzieć trochę prawdy.
Między Jałtą a Magdalenką. Cui prodest?
W państwie norm i procedur, a nie chwilowych koniunktur i decydenckiego
widzimisię uzasadnienie wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie niosłoby daleko idące
konsekwencje, doprowadzając do głębokich zaburzeń systemu skonstruowanego na
bazie Okrągłego Stołu. Bo czy gang, który pod osłoną nocy przejął kontrolę nad
krajem, zmienił się w sposób istotny od czasów Magdalenki? Na to pytanie –
przecząco – odpowiadał niedawno Jan Rulewski, człowiek, który po 1989 r.
zaliczył chyba wszystkie możliwe partie ludzi rozsądnych (a więc: nie oszołom,
nie wariat, nie frustrat. A tym bardziej nie pisior, oenerowiec, faszysta):
"Jaruzelski do 1988 roku nie zrobił nic, byśmy mieli jakąś autonomię, choćby
kulturową. Nie było polskiej "głasnosti"". Bohater słynnych wydarzeń bydgoskich
z marca 1981 r. nie oszczędza też swoich kolegów, mówiąc, że przy Okrągłym Stole
wielu z nich "przełożyło zasadę lojalności [wobec niedawnych oprawców] ponad
zasadę wartości".
Stąd pojawia się oczywiste pytanie: czy ustalenia okrągłostołowe – zawarte z
przedstawicielami peerelowskiej Cosa Nostra przez tych, którzy uznali, że pacta
[z komunistami, a nie z tymi, których zdawać się mogło reprezentują] sunt
servanda – mają nadal obowiązywać, a beneficjenci tych ustaleń czerpać zyski z
osiągniętego wtedy status quo? Umowy z gangsterami ludzi przedkładających
pragmatyzm nad wartości zazwyczaj nie są zawierane w interesie społecznym, nie
kierują się na zyski wspólnoty. A o tym, cui bono cały ten cyrk, który
obserwowaliśmy w telewizji od lutego do kwietnia 1989 r., było już wspominane.
Dziś wykreowany przy Okrągłym Stole system jest traktowany przez ludzi
establishmentu tak, jak porządek pojałtański przez ich bezpośrednich
poprzedników: jego naruszenie uważają za zło absolutne i niechybny znak końca
świata. Tym, których oskarżano o świętokradczą próbę podniesienia ręki na
ustalone w Jałcie pryncypia, kończynę tę – w mniej lub bardziej dosłownym sensie
– obcinano. Dziś wycina się tych, którzy ośmielają się mieć własne zdanie,
mówiące, że żadne ustalenia, nawet zawarte między ludźmi rozumnymi a ludźmi
honoru, nie są wieczne, a gruntowne zrewidowanie porządku budowanego na
fundamencie tych umów nie oznacza końca świata, choć bez wątpienia oznacza kres
"dobrego fartu" różnych lawirantów (zwanych realistami), powiatowych mędrków
(autorytetów), faryzeuszy zaprawionych w sztuce obłudy, doskonałych fachowców w
dziedzinie płynięcia w głównym nurcie rynsztoku.
Dekonstruując porządek pojałtański, nie otwarto puszki Pandory, lecz stworzono
nowe szanse dla Europy. Czy wykorzystane, to już inna sprawa. Zburzenie
pookrągłostołowego ładu stworzy szansę, by w kraju podobno niepodległym – w
którym wszelkie sugestie na temat kondominium zagłuszane są wściekłym jazgotem –
prawda nie będzie reglamentowana, przejęty przez gangsterów kraj, oddany później
w pacht oligarchom, stanie się znów własnością społeczeństwa, w interesie
którego, a nie różnorakich lobby, rządzić będą patrioci świadomi tego, że jeżeli
coś złego stanie się Polsce, nie społeczeństwa, ale właśnie oni – decydenci –
odczują to pierwsi, na własnej skórze.
Test na powagę państwa polskiego
Ale żeby tak się stało, ze słów Wysokiego Sądu należy wyciągnąć konsekwencje,
jak najdalej idące, zwłaszcza względem tych, którzy byli spiritus movens
zgniłego kompromisu i na tak użyźnionej glebie wyrośli, oplatając swymi wpływami
kraj. Czy do tego dojdzie? Czy też będzie jak zawsze: wszystko przykryje huk
strzałów myśliwych, urządzających kolejne polowanie z nagonką na frustratów i
nienawistników domagających się odwetu "na staruszkach" za swe prywatne
niepowodzenia w III RP, pałających zawiścią wobec tych, którzy poradzili sobie w
nowych realiach, wykorzystali te zawrotne możliwości oferowane im przez państwo
prawa? A kiedy już opadnie huk salw, znów zapadnie cisza i ponownie zakróluje
zapomnienie i bożek świętego spokoju. Czy tak będzie i tym razem?
Dr Robert Kościelny historyk
