UE skolonizowana przez lewicę

Z Konradem Szymańskim, posłem do Parlamentu Europejskiego rozmawia Dawid Nahajowski
 

Dlaczego według Pana wielu polityków Unii Europejskiej, której ojcami
założycielami byli przecież chrześcijańscy demokraci walczy dziś o to, aby
kobietom przysługiwał łatwy dostęp do środków antykoncepcyjnych, czy też do
bezproblemowego przeprowadzenia aborcji?

Unia Europejska została założona jako projekt chrześcijański, wyrastający z
uniwersalistycznych tradycji basenu Morza Śródziemnego i Rzymu. Były one u nas
znacznie mniej popularne, także w kręgach katolickich, ponieważ nasze wkraczanie
w nowożytność przypadło na wiek XIX, kiedy byliśmy pozbawieni państwa. Stąd w
Polsce, podobnie jak np. w Irlandii, suwerenność państwowa jest centralnym
pojęciem politycznym, a ponadnarodowe uniwersalizmy są traktowane z dystansem.
Dziś problemem podstawowym są jednak nie różne katolickie tradycje patrzenia na
politykę, ale fakt, że UE została wyrwana z rąk założycieli, została
skolonizowana przez lewicę, dla której aborcja jest rodzajem prawdy naczelnej,
założycielskiej. Postulat upowszechnienia aborcji jest dla lewicy europejskiej
czymś więcej niż złą odpowiedzią na problem gwałtu, czy ciąży, której matka nie
chce. To tabu. Nawet gdy podnosimy problem aborcji przymusowej, która depcze
oprócz życia dziecka, także wolną wolę kobiety i matki, lewica patrzy nieufnie.
To bardzo głęboko osadzony fundament ich myślenia.

Często w unijnych raportach kwestia odebrania życia nienarodzonemu dziecku
sprowadzona jest do jednego z elementów panowania nad zdrowiem seksualnym
człowieka. Czy według Pana głosujący za takim punktem europosłowie świadomie
bagatelizują np. fakt pojawienia się destruktywnych zmian w psychice kobiety po
przeprowadzeniu aborcji?

Tzw. "prawa i zdrowie reprodukcyjne i seksualne" to żargon wymyślony w ONZ,
którego celem jest zamazanie faktu, że w aborcji chodzi o życie człowieka. Takie
semantyczne sztuczki pełnią rolę anestezjologiczną. Jednak nikt w Parlamencie
Europejskim w dobrej wierze nie może bronić się, że nie zdaje sobie sprawy ze
złowrogiego charakteru tego żargonu. Przy każdej okazji posłowie są informowani,
że za tymi słowami kryje się polityczne przyzwolenie na promowanie i
finansowanie nie tylko samej propagandy aborcyjnej, ale i wręcz samego
wykonywania aborcji za pieniądze unijne. Nie tak dawno przedstawiliśmy na forum
Parlamentu w Brukseli raporty, z których jasno wynika, że UE wydaje pieniądze
europejskiego podatnika bezpośrednio na finansowanie klinik, gdzie dokonuje się
aborcji. Bardzo detaliczne opracowania przygotowało COMECE, European Dignity
Watch oraz World Youth Alliance. Coraz większą rolę w tych działaniach odgrywają
mechaniczne (ssawki do własnego użytku, często bez udziału lekarza) i
farmakologicznen środki służące do zabijania dzieci nienarodzonych w pierwszych
2-3 tygodniach życia. Z kasy unijnej kliniki prowadzone w Afryce i Ameryce
Południowej przez Marie Stopes International oraz IPPF otrzymują miliony euro.

A może socjaliści nie dają wiary świadectwom tych kobiet, które usunęły
ciążę i teraz nie mogą sobie z tym poradzić?

Z całą pewnością współczesna wiedza medyczna i psychologiczna jest lekceważona w
tych debatach. Dziś w każdym powiatowym mieście w Belgii, czy Holandii można
zobaczyć dziecko nienarodzone na aparaturze USG, w kolorze i w 3D. Jest bogata
literatura dotycząca syndromu postaborcyjnego. To dobrze ilustruje fakt, że nie
chodzi tu ani o dobro dziecka, ani o dobro matki. Tu chodzi o okrutną ideologię,
której rytuałem jest aborcja.

Godnym ubolewania jest fakt, że członkowie frakcji Chrześcijańskich
Demokratów w PE również tworzą zapisy, w których mowa o tolerancji dla zabijania
nienarodzonych. Pod lupę można wziąć chociażby głosowany rok temu w Dniu Kobiet
raport 33 letniej bułgarskiej europosłanki Mariyi Nedelchevej…

Brak jedności i stanowczości prawicy w tych sporach jest przyczyną dla której
przegrywamy głosowania. Zwykle na ok. 700 głosujących brakuje nam 100 głosów by
przełamać aborcyjną koalicję. To smutne, ale tych 100 posłów siedzi w ławach
chadeckich i konserwatywnych. To dobrze obrazuje proces wypłukiwania wartości i
tożsamości na europejskiej prawicy.

Pana zdaniem domaganie się przez "pewne grupy wpływów" wejścia w życie
karygodnych zapisów o których mówimy, może dla nich przynieść jakąś polityczną
korzyść?

Zapewne tak. Politycy pełniący urzędy wybieralne mają wielką pokusę myślenia w
kategoriach jednej kadencji. Laicyzacja społeczeństw europejskich jest
podglebiem pod upowszechnienie się tego aborcyjnego, utylitarnego światopoglądu.
Głośne upominanie się o prawa nienarodzonych może skończyć się przegranymi
wyborami w wielu krajach Europy. W tym sensie
w Polsce cieszymy się wciąż wolnością w tej fundamentalnej debacie, której nie
zna wielu polityków zachodnich. Słyszę to od wielu posłów, z którymi o
tym rozmawiam.

Mając świadomość, że Europejska Partia Ludowa wraz z socjalistami ma
większość w Europarlamencie, co można zrobić, aby przyczynić się do
wyeliminowania punktów, które przynoszą wstyd założonej przez chrześcijańskich
demokratów Unii Europejskiej?

To wbrew pozorom bardzo proste! Nie trzeba nawet odwoływać się do wskazań
Ewangelii i samego Chrystusa, który chce, byśmy mówili jasno: "tak, tak – nie,
nie". Wystarczy przyjrzeć się naszym oponentom, którzy z takim sukcesem
przeorali umysłowość Europy. Nigdy nie możemy unikać jasnego stanowiska w tej
sprawie. Musimy oczekiwać solidarności w tej kwestii od tych, z którymi
politycznie współpracujemy. Musimy realizować postulat obrony życia ludzkiego od
poczęcia do naturalnej śmierci w każdej, nawet najbardziej błahej płaszczyźnie.
Musimy się kłócić o każde słowo, o każdy przecinek.
 



Dziękuję za rozmowę

 

drukuj