Nowe szaty kłamstwa

Od kilku lat w Rosji regularnie publikowane są teksty dotyczące
tragicznego losu żołnierzy Armii Czerwonej, którzy dostali się do niewoli w toku
wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku. W większości tych materiałów najczęściej
pojawiają się dwie kwestie. Po pierwsze – szacunki liczby zmarłych żołnierzy, a
po drugie – posługiwanie się zwrotem anty-Katyń jako antidotum przeciw skutkom
badania zbrodni katyńskiej. Należy, rzecz jasna, polemizować z propagandą
antykatyńską, ale warto dostrzec realia, które się za nią kryją. Nie są to
realia sowieckie, jak się uważa w Polsce, a wiele wskazuje na to, że są to
realia wielkorosyjskie.

Z Niemcami w tle

Przyznanie się przez władze Związku Sowieckiego w kwietniu 1990 roku do
odpowiedzialności za zbrodnię katyńską nastąpiło z inicjatywy Michaiła
Gorbaczowa, w którego polityce zagranicznej kluczową rolę odgrywało zbliżenie z
Niemcami, obarczanymi wcześniej odpowiedzialnością za ten mord. Równolegle
rozpoczęto poszukiwania dowodów strat zadanych Związkowi Sowieckiemu przez
Polskę. W tej chwili otwarcie przyznaje się, że celem badania anty-Katynia jest
dyskredytacja państwa polskiego.

W maju 1989 roku w sowieckiej prasie ukazało się kilka artykułów, które miały
dać czytelnikom do zrozumienia, że wersja oficjalna zbrodni katyńskiej, mówiąca
o winie niemieckiej, może ulec zmianie. W tym czasie sprawą Katynia zajmował się
kierownik wydziału międzynarodowego Komitetu Centralnego partii komunistycznej
Walentin Falin. Po śmierci Stalina krótko był on członkiem grupy młodych
ekspertów doradzających Ławrientijowi Berii, pisał przemówienia dla Nikity
Chruszczowa, był szefem doradców wieloletniego ministra spraw zagranicznych
Andrieja Gromyki oraz ambasadorem w RFN. W 1991 roku został sekretarzem KC, a po
upadku Związku Sowieckiego wyjechał do Niemiec na zaproszenie Egona Bahra,
twórcy polityki "zmiany przez zbliżenie". Do Rosji powrócił dopiero po objęciu
urzędu prezydenta przez Władimira Putina.

Broń anty-Katynia

Falin od marca 1989 roku regularnie informowany był o przebiegu prac
polsko-sowieckiej komisji historyków. Wraz z ministrem spraw zagranicznych
Eduardem Szewardnadze i szefem KGB Władimirem Kriuczkowem zaproponował
Gorbaczowowi zamknięcie tematu Katynia poprzez przyznanie, "jak było w
rzeczywistości i kto jest winien". W lutym 1990 roku Falin podsumował wyniki
badań archiwalnych i stwierdził, że sytuacja "nie pozwala na dalsze
podtrzymywanie poprzedniej wersji". W tym czasie sytuacja rzeczywiście była
skomplikowana, gdyż ważyły się losy zjednoczenia Niemiec, a Gorbaczow wiązał z
tym procesem dalekosiężne plany. W kwietniu 1990 roku Biuro Polityczne przyjęło
uchwałę, stwierdzającą, że strona sowiecka uznaje "tragedię katyńską za jedną z
ciężkich zbrodni stalinizmu". Gorbaczow przekazał Wojciechowi Jaruzelskiemu
niektóre dokumenty z archiwów sowieckich, a agencja TASS nadała komunikat
obarczający odpowiedzialnością "Berię, Mierkułowa i ich pomocników". Jednakże
Gorbaczow po zapoznaniu się z "pakietem specjalnym nr 1" zaczął poszukiwać
przeciwwagi dla swojej poprzedniej decyzji. W tym charakterze pojawiła się
kwestia jeńców sowieckich.

Skutkiem tego było rozporządzenie prezydenta Związku Sowieckiego z 3
listopada 1990 roku. W punkcie 8 dokumentu prokuratura otrzymywała polecenie
przyspieszenia śledztwa w sprawie katyńskiej, a w punkcie 9 zlecano wielu
instytucjom odszukanie w archiwach dokumentów, "odnoszących się do wydarzeń i
faktów w historii sowiecko-polskich stosunków dwustronnych, w rezultacie których
strona sowiecka poniosła straty". Pracami tymi także miał kierować Falin.
 

Znany chwyt: "polskie obozy"

Początek propagandy antykatyńskiej dał więc Gorbaczow i Falin, ci sami
politycy, którzy kilka miesięcy wcześniej inicjowali przyznanie się strony
sowieckiej do zbrodni. Od początku więc Moskwa traktowała obie sprawy łącznie. O
tych okolicznościach przypomniał niedawno białoruski politolog Nikołaj
Maliszewski w artykule "Polska niewola: jak zabili dziesiątki tysięcy Rosjan",
opublikowanym na stronie agencji informacyjnej Regnum, twierdząc, że problem
"masowej śmierci" czerwonoarmistów w polskiej niewoli przez wiele lat był
przemilczany, gdyż PRL była sojusznikiem Związku Sowieckiego. Symptomatyczne
jest miejsce publikacji artykułu, gdyż "regnum" to królestwo, panowanie.
Założycielem i redaktorem naczelnym agencji jest radca stanu pierwszej klasy
Modest Kolerow, który w latach 2005-2007 był w administracji prezydenta Rosji
szefem zarządu kontaktów międzykulturowych. Można więc założyć, że agencja
informuje o wszystkim tym, co odnosi się do dziedziny zainteresowania Moskwy.

Z artykułu Maliszewskiego można się dowiedzieć, że przedmiotem emocji Regnum
nie jest wcale "śmierć dziesiątków tysięcy rosyjskich więźniów", a autor nie
zamierza tego porównywać ze śmiercią Polaków w Katyniu. Przyznaje on, że masowej
śmierci jeńców sowieckich nikt w Polsce nie ukrywa. Natomiast boli go to, że
Polacy starają się ten problem przedstawić w taki sposób, aby nie dyskredytować
własnego państwa. "Dzisiaj główny i ogólny problem badań Katynia i anty-Katynia
– twierdzi Maliszewski – zawiera się w tym, że historycy rosyjscy poszukują
prawdy, a polscy – korzyści dla własnego kraju". A przecież do tego dopuścić nie
można. Dyskredytacji Polski służą dwa podstawowe chwyty – inicjowanie i
przeciąganie sporu o liczbę zmarłych i używanie terminu "polskie obozy
koncentracyjne" zamiast obozy jenieckie.

Według polskich historyków, spośród 110 tys. jeńców sowieckich w obozach
zmarło od 16 tys. do 17 tys. żołnierzy. Badacze rosyjscy szacują liczbę zmarłych
na 18-20 tysięcy. W ostatnich latach pojawiła się jednak tendencja do znacznego
podwyższenia tych wyliczeń. Przykład dał zresztą Władimir Putin, ogłaszając 7
kwietnia 2010 roku w Smoleńsku wyniki najnowszych badań, jakoby wynoszące 32
tys. zmarłych. Profesor Giennadij Matwiejew w artykule opublikowanym w książce
"Białe plamy – czarne plamy. Sprawy trudne w polsko-rosyjskich stosunkach
1918-2008" założył, że ze względu na epidemie średnia statystyczna norma
śmiertelności wynosiła w przypadku jeńców 30 proc., "a nawet więcej". "Za pomocą
nieskomplikowanych obliczeń arytmetycznych" ustalił on, że w obozach "mogło
umrzeć od 25 tys. do 28 tys. ludzi". Maliszewski twierdzi natomiast, że w Polsce
zginęło ponad 50 tys. Rosjan, Ukraińców i Białorusinów, z czego 40-44 tys.
zmarło w obozach, a 10-12 tys. zginęło przed umieszczeniem w obozach jenieckich.
 

Los polskich jeńców
 

Na marginesie tych sporów pozostaje kwestia losu polskich jeńców w niewoli
sowieckiej. Według różnych danych, do Polski zostało repatriowanych od 26 tys.
do 35 tys. osób, ale brak jest jednoznacznych informacji dotyczących liczby
polskich żołnierzy w niewoli sowieckiej. W źródłach można znaleźć liczby od 44
tys. do 60 tys. jeńców. Z przytoczonych danych wynika, że śmiertelność w
przypadku jeńców polskich w obozach sowieckich była niezwykle wysoka.
Charakteryzując sytuację jeńców polskich w niewoli sowieckiej, Maliszewski używa
niezwykłego argumentu: ich sytuacja była znacznie lepsza, gdyż znajdowali się
pod opieką krewnych wysoko postawionych bolszewików polskiego pochodzenia, np.
Feliksa Dzierżyńskiego. Ten typ argumentacji często można spotkać w publicystyce
antykatyńskiej. Na przykład prof. Matwiejew wyraził zdziwienie, że w Polsce za
wroga uważana jest Rosja, skoro decyzję o zamordowaniu polskich obywateli
podejmowało tylko dwóch Rosjan (Mołotow i Kalinin), gdyż Stalin i Beria byli
Gruzinami, Kaganowicz – Żydem, a Mikojan – Ormianinem.

Problem wysokiej śmiertelności jeńców wojennych w obu krajach – Polsce i
Rosji sowieckiej, powinien być przedmiotem dalszych badań. Z dotychczasowych
ustaleń wynika, że jej przyczyny w obu krajach były zapewne podobne – epidemie,
brak pomocy medycznej, złe wyżywienie i fatalne warunki pobytu. W artykułach
wielu rosyjskich publicystów pojawia się teza, że śmierć jeńców wojennych była
skutkiem celowej działalności władz polskich, a nawet wynikała z nienawiści
Polaków do Rosjan. Maliszewski powtarza opinię anonimowych rosyjskich badaczy,
zdaniem których opublikowane dokumenty świadczą jednoznacznie o tym, że "władze
polskie w stosunku do jeńców sowieckich czerwonoarmistów, przede wszystkim
etnicznych Rosjan i Żydów, prowadziły politykę eksterminacji głodem i chłodem,
rózgą i kulą", czyli "o takim celowym dzikim barbarzyństwie w stosunku do
sowieckich jeńców, że należy je kwalifikować jako przestępstwa wojenne,
morderstwa i okrutne traktowanie z elementami ludobójstwa". Następnie twierdzi,
że w celu eksterminacji jeńców w Polsce utworzony został ogromny archipelag
złożony z dziesiątków obozów koncentracyjnych, stacji filtracyjnych, więzień i
fortecznych kazamatów.

W artykule "Polski Gułag: piekło dla rosyjskich, ukraińskich i białoruskich
więźniów" Maliszewski pisze, że wojskowy Gułag w II Rzeczypospolitej
funkcjonował tylko trzy lata. Unika więc zbyt daleko idących analogii, ale
kopiowanie w publicystyce antykatyńskiej polityki historycznej różnych krajów
rzuca się wręcz w oczy nawet w drobnych detalach. Od Aleksandra Sołżenicyna
zapożyczony został termin "archipelag Gułag". Wzorem Polski proponuje się
utworzenie instytutu pamięci narodowej ścigającego zbrodnie przeciwko narodowi
rosyjskiemu. Śmierć jeńców wojennych zaczyna nazywać się "przestępstwem wojennym
z elementami ludobójstwa". Z prasy zachodniej przechwycono zwrot "polskie obozy
koncentracyjne". Autor używający pseudonimu "Nikołaj Nad" napisał w
"Komsomolskiej Prawdzie", że w obozach w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku
byli izolowani ci oficerowie, którzy znęcali się nad sowieckimi obywatelami
narodowości żydowskiej.
 

Russkij mir

Innowacje semantyczne publicystyki antykatyńskiej, dostarczające wielu
poręcznych i łatwo przyswajalnych pojęć, wpisują się w niektóre rosyjskie
paradygmaty. W tym kontekście ważny jest wątek białoruski. Maliszewski, szef
katedry politologii w Akademii Zarządzania przy prezydencie Białorusi, należy do
grona zwolenników przywrócenia dawnej jedności prawosławnej Słowiańszczyzny
Wschodniej. Zaatakowali oni niedawno ministra kultury Pawła Łatuszkę, byłego
ambasadora w Polsce, i jego zastępcę Tadeusza Strużeckiego o prowadzenia
polityki "przymusowej białorutenizacji ludności", a nawet polityki polonizacji.
Lew Krysztapowicz, wiceszef centrum informacyjno-analitycznego administracji
prezydenta, stwierdził ostatnio, że białoruska świadomość narodowa przetrwała
tylko w niespolonizowanych środowiskach chłopskich i mieszczańskich, gdyż oparły
się one "polsko-katolickiej asymilacji". Dlatego też należy wymazać ze
świadomości społecznej mit Wielkiego Księstwa Litewskiego jako formy ruskiej
państwowości.

"Zachodniorusizm" to problem lokalny, ale koncepcja cywilizacyjnej jedności
prawosławnej Słowiańszczyzny (Russkij mir) stanowi przedmiot nauczania
patriarchy Cyryla. Moskiewski historyk Oleg Niemeński, współpracujący z
białoruskim środowiskiem "zachodnioruskim", w artykule "Polacy i Rosjanie:
narody różnych epok i różnych przestrzeni" pisał, że Polacy nie przyjmują do
wiadomości jedności ruskiej. Dla nich istnieją Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini,
a ziemi ruskiej nie ma. "Każdy naród ma prawo do samoobrony na swoim
historycznym terytorium, a Polacy nie chcą uznać istnienia narodu, dla którego
cała Ruś to swoja ziemia i swoje święte terytorium". Nieprzypadkowo więc
Maliszewski, oskarżając Polskę o celową eksterminację żołnierzy sowieckich,
podkreśla ich narodowość – rosyjską, ukraińską i białoruską. Najczęściej
postrzegamy publicystykę antykatyńską jako przejaw nostalgii sowieckiej, a nie
widzimy objawiającej się w toku debaty o Katyniu innej nostalgii – za utraconą
jednością całej Rusi.

Prof. Włodzimierz Marciniak

drukuj