Tylko miłość pozostaje

Jeżeli na czele swojego programu służby ludowi Bożemu naprzód w diecezji włocławskiej, później w lubelskiej, a następnie w gnieźnieńskiej i warszawskiej przyjąłem zawołanie „Soli Deo”, które umieściłem na szczycie odbudowanej Katedry Lubelskiej, to wyboru tego dokonałem w dziecięcej wierze, iż człowiek śmiertelny najskuteczniej życie swoje spędza w łączności z Tym, który nie umiera. Jeśli ku Bogu skierowuje swoją dobrą wolę, choćby słabą, w Nim odnajdzie wszystko, co było przedmiotem jego trudów, wysiłków, osiągnięć czy przegranych całego życia.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem zbyt słaby fizycznie i duchowo, bym mógł sprostać powołaniu. Jednakże nie miałem wątpliwości, że jestem powołany. Sam bowiem nigdy bym nie doszedł do tej myśli, że mam pójść na służbę Kościołowi, chociaż od niemowlęcych lat wychowałem się w cieniu świątyń. Urodziłem się sobotę, w dzień Maryi. Byłem wyświęcony w Katedrze Włocławskiej, przy obrazie Matki Bożej. Pierwszą Mszę Świętą, niemalże bez sił – myślałem, że ich nie na długo starczy – odprawiłem w Kaplicy Matki Bożej Jasnogórskiej. Na Jasnej Górze otrzymałem również sakrę biskupią. Oto ciąg łask i nieustannej pomocy Bożej, której doznaję w swojej ludzkiej nieudolności. Mógłbym za świętym Pawłem, który się „przechwala” ze swoich słabości, czynić podobnie. Ale Wy wiecie, Najmilsi, w czym wasz biskup nie dopisuje.
Powołanie jest darem suwerennej woli Boga. Jednych bowiem Bóg powołuje, choć nie chcą, innych odsyła do domu, chociaż chcą iść za Nim. Ja bardzo chciałem. Dlatego też wdzięczny jestem Bogu, że był wyrozumiały dla mojego chcenia, wyszedł mi na spotkanie i zaliczył mnie do rzędu swoich sług, chociaż wiedział, jak niewiele mogę zrobić.
Uczucie wdzięczności kieru ję więc dziś ku Ojcu Niebieskiemu, który przez swojego Syna, w światłach Ducha Świętego i przez przyczynę Pani Jasnogórskiej, chciał mnie widzieć w Kościele Bożym jako sługę swojego ludu.

Wyrazy pamięci wychowawcom i kolegom

Obowiązkiem moim w tej chwili jest wspomnieć moich Wychowawców i Profesorów. Większość z nich zginęła w Dachau, Oranienburgu, Mauthausen czy Oświęcimiu. Śmiercią przypieczętowali to, czego nas uczyli. Gdy przyszła chwila egzaminu, pamiętali, że największą miłością, w imię której kapłan idzie do ludu, jest służba apostolska temu ludowi. Nie zawahali się, gdy nadszedł moment egzaminu życiowego, i dali świadectwo prawdzie.
Wśród kapłanów, którym przypisuję największy wpływ na moje życie, w pierwszym rzędzie znajduje się świętej pamięci ksiądz Władysław Korniłowicz, jeden z twórców dzieła dla niewidomych w Laskach, najbliższy współpracownik i duchowy kierownik Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek. Temu kapłanowi zawdzięczam bardzo dużo, chociaż wiem, że nie wszystko wziąłem, co mógłbym od niego wziąć, na skutek właściwych człowiekowi oporów przeciwko łasce, jakiej wiele można było przez niego otrzymać.
Serdecznie wspominam dyrektora Liceum imienia Piusa X przy Wyższym Seminarium Duchownym we Włocławku – księdza Antoniego Bogdańskiego, z którym związała mnie moja uległość – ucznia względem wychowawcy – oraz zachwyt dla jego formacji liturgicznej. Był to człowiek ciężko chory na gruźlicę.
Jedno zdarzenie zapadło mi głęboko w duszę. Pamiętam, gdy mocno już zgorączkowany prowadził w 1919 roku wykład z liturgii teologicznej dla nas, alumnów z klasy siódmej. Były to czasy wielkich przemian w świecie, w którym zmagały się dwie potęgi: nienawiść i miłość. Na razie zwyciężała nienawiść. Ksiądz Bogdański świadom był sytuacji, w jakiej kształtuje przyszłych kapłanów. Powiedział do nas tak: „Przyjdą czasy, w których będą wam, tu obecnym, wbijać gwoździe w tonsury”. Może nie wszyscy jego słuchacze przejęli się tym, choć było to wysoce prawdopodobne. Ja zapamiętałem sobie te słowa i później kolegom swoim je przypominałem.
Czy sprawdziły się one? Może nie w takiej formie, jak to widział nasz profesor, lecz niekiedy w znacznie drastyczniejszej i bardziej napełnionej udręką. Z szesnastu, którzy byli przeznaczeni do święceń kapłańskich w roku 1924, pozostało nas tylko dwóch. Trzynastu Bóg powołał do obozu w Dachau. Wróciło tylko czterech, pozostali – ponieśli męczeńską śmierć w obozie. Z tych, którzy wrócili, trzech było „królikami doświadczalnymi”. Dokonywano na nich ciężkich przeszczepów. Ponadto dwóch z naszego kursu przeszło przez więzienia współczesne. Myślę, że w nadmiarze spełniła się wizja naszego profesora z roku 1919. W młodzieńczym swoim zapale myśleliśmy, że możemy pić kielich, który przygotował nam Chrystus. Ale nie wyobrażaliśmy sobie, jak wiele trzeba będzie ucierpieć dla imienia Chrystusowego. (…)
Jestem przekonany, że największą cnotą kapłańską jest miłość apostolska. Ona pozostanie. Wszystko inne więdnie, a miłość zawsze trwa i umacnia się. Lecz służyć z miłością jest bardzo trudno, bo miłość nie ma granic. Gdy człowiek posłuży się nią, wie, że to jeszcze jest mało, ciągle mało. Miłość jest bez dna i wymiaru. Najlepiej użyta, stawia jeszcze większe wymagania. „Jeszcze inną drogę wam pokażę” – mówił Apostoł.
Trzeba więc tak służyć, jak Chrystus. „Nie ma większej miłości nad tę, gdy ktoś życie swoje oddaje ze braci”. Tak uczynili nasi profesorowie, moi koledzy i tylu, tylu kapłanów, którym Bóg dał łaskę ucierpieć zniewagę dla imienia Chrystusowego.



Ks. kard. Stefan Wyszyński
Fragmenty kazania wygłoszonego podczas jubileuszu 50-lecia kapłaństwa w archikatedrze św. Jana w Warszawie 3 sierpnia 1974 roku.

drukuj