Tusk kapituluje przed służbami
Rząd Donalda Tuska nie podjął żadnych działań naprawczych w sektorze
służb specjalnych. Na zdjęciu: Paweł Graś, były pełnomocnik rządu ds.
bezpieczeństwa, i Jacek Cichocki, sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych przy
Radzie Ministrów
Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, socjologiem, byłym doradcą
prezydenta Lecha Kaczyńskiego ds. bezpieczeństwa państwa, rozmawia Mariusz
Bober
Czy jako doradca ds. bezpieczeństwa pomagał Pan w przygotowywaniu
wizyty śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu?
– Ta kwestia nie
leżała w zakresie moich zadań.
Przed kilkoma dniami szef Biura Ochrony Rządu gen. Marian Janicki przyznał,
że na lotnisku w Smoleńsku na prezydenta czekało tylko dwóch funkcjonariuszy
BOR. Czy w takim razie służby bezpieczeństwa i MON właściwie zabezpieczały
wizytę Lecha Kaczyńskiego?
– Nie znam szczegółów technicznych, ale warto
spojrzeć na problem ogólniej. Chcąc zrozumieć, na czym polega przewaga starych
państw Unii Europejskiej nad nowymi, należy dostrzec, że skupienie uwagi na tym,
że są od nas bogatsze, jest błędne. Bogactwo narodów jest zawsze pochodną czegoś
innego. Na dłuższą metę u źródeł bogactwa jakiegoś państwa leży sprawność jego
instytucji. To, że w jednym samolocie mogło polecieć tyle ważnych dla kraju
osób, że z niedawnej serii poważnych katastrof nie wyciągnięto u nas wniosków,
jest oznaką niedojrzałości naszego państwa. Podobnie jak występowanie u nas
zjawiska określanego jako „diagnoza bez konsekwencji”: ważne problemy społeczne
są rozpoznawane, mamy rozsądne diagnozy, ale rozwiązania nie są wcielane w
życie. To właśnie pochodna niskiej sprawności instytucjonalnej naszego
państwa.
Co to oznacza w praktyce?
– W wielu sprawach (zwłaszcza
tam, gdzie w tle są konflikty interesów) nie wystarcza zdrowy rozsądek.
Potrzebne są utrwalone rozwiązania instytucjonalne. Instytucje to reguły gry.
Różne grupy społeczne, zaczynając od mediów, poprzez polityków i urzędników
państwowych, a kończąc na obywatelach, często na co dzień nie czują potrzeby
przestrzegania zasad rozsądku – bo te nie są zapisane w aktach prawnych. By
wytworzyć powinności, niezbędne są procedury określające standardy i sankcje za
ich łamanie. Nie należy jednak sprawy sprowadzać do dystansu między Polską a
krajami, które nie doświadczyły takich kataklizmów cywilizacyjnych jak my
(zabory, dwie wojny światowe, dekady komunistycznego „rozwoju”). Zachód miał
czas, by instytucje i procedury nabrały dojrzałości i były respektowane. Ale
tempo rozwoju wzrosło i nie musimy wszystkiego wymyślać od początku – często
wystarczy korzystać z dobrych rozwiązań. Trzeba zrozumieć, dlaczego zaczynając
trzecią dekadę niepodległości, cały czas pozostajemy w pułapce „diagnozy bez
konsekwencji” – wiedząc o niesprawności naszych instytucji, nie umiemy ich
skutecznie reformować.
Jest to więc problem wad narodowych Polaków?
– To jedna z
typowych metafor zamykających debatę. Sprowadzanie problemu do wad narodowych
jest formą łatwego rozgrzeszenia – tacy już jesteśmy. Lepiej na przykład
rozważyć funkcjonowanie grup interesu paraliżujących zdolność państwa do
samonaprawy. Państwo polskie na wielu płaszczyznach nie jest przejrzyste nie
tylko dla obywateli, ale nawet dla graczy politycznych. Często nie wiadomo, kto
wobec kogo jest lojalny. To, iż w ostatnich latach SLD i PSL mają notowania
znacznie niższe niż w ubiegłej dekadzie, bierze się m.in. stąd, że gdy
ugrupowania postsolidarnościowe wreszcie „rozczytały” faktyczne, a nie tylko
formalne reguły gry politycznej, to partie wyrosłe ze starego systemu utraciły
przewagę. Jednocześnie jednak ugrupowania postsolidarnościowe wpisały się w
chory system walki o władzę i reformowanie gospodarki – najpierw PiS, po
wygranej w wyborach parlamentarnych z 2005 r., a potem PO – dwa lata później.
Prawo i Sprawiedliwość próbowało zmieniać chory system, mając diagnozy częściowo
trafne, a częściowo – nietrafne. Naruszyło przy tym zbyt wiele na raz interesów
silnych grup. W efekcie przegrało wybory parlamentarne. Platforma wyciągnęła z
tego wniosek (historycy za to surowo ją ocenią): nie robić żadnych poważnych
reform, nie drażnić wpływowych sił; skupić się na działaniach wizerunkowych,
obliczonych na zachowanie władzy. Dobitnym przykładem jest tu stosunek Donalda
Tuska do służb specjalnych i występujących w nich patologii. Trzy miesiące po
objęciu władzy, w lutym 2008 r., tak powiedział: „Otóż stwierdzam, że zasób
informacji dostarczanych przez służby, niezbędnych dla premiera i prezydenta,
jest po prostu bardzo ubogi. Mógłbym natomiast już dziś napisać książkę, jakie
klany walczą ze sobą wewnątrz poszczególnych służb. Odnoszę przygnębiające
wrażenie, że bardzo wielu oficerów służb specjalnych to są prywatne armie byłego
szefa, aktualnego szefa czy przyszłego szefa i zajmują się głównie intrygami. Na
razie płk Reszka przygotowuje raport na temat kontrwywiadu, a minister Ananicz
opracuje koncepcję, co powinno się stać z Agencją Wywiadu, i dopiero wówczas
przyjdzie czas na decyzje” („Polityka”, 12 lutego 2008 r.).
Dzisiaj wiemy, że
przez ostatnie dwa lata decyzji nie było. Proszę sobie uświadomić, co to
zaniechanie naprawdę znaczy. W trzy miesiące po objęciu władzy premier stwierdza
niską sprawność służb tajnych w Polsce, ujawnia obecność poważnych patologii. I
co robi przez dwa lata swoich rządów? Nie tylko nie podejmuje reformy służb,
nawet nie ustanawia koordynatora posiadającego istotne uprawnienia. Skąd taka
postawa? Nasuwa się przypuszczenie, iż premier Tusk uznał, że środowisko służb
jest zbyt silne, by opłacało się naruszać jego interesy. Lepsze służby kiepskie
i intrygujące, ale przyjazne dla rządzącej ekipy.
A może po prostu PO widzi całkiem inaczej swoją rolę, np. tak, jak
wyraził to kilka tygodni temu przewodniczący Klubu Parlamentarnego PO Grzegorz
Schetyna, że partia ta jest po to, by nie dopuścić PiS do
władzy…
– To jest wymówka. Zadaniem polityka jest rozwiązywać
podstawowe problemy obywateli, włącznie z kwestiami bezpieczeństwa państwa.
Odpowiadają za to m.in. służby specjalne. Jeśli więc premier wiedział, że są
niesprawne, jego obowiązkiem było podjęcie działań naprawczych. Tymczasem Donald
Tusk zaniedbał obowiązek interwencji w ważnym sektorze bezpieczeństwa państwa.
Wiele wskazuje na to, iż postąpił tak dlatego, by nie narażać się wpływowym,
działającym w sposób skryty, grupom interesów związanych ze środowiskiem służb.
Jeśli tak jest, oznacza to, że PO nie jest zdolna do reformy państwa polskiego.
Nie zrozumiemy tego, co się w Polsce dzieje, bez wzięcia pod uwagę grup
interesów, które premierowi rządu RP wydają się tak potężne, że polityk
dysponujący ogromnym kapitałem zaufania obywateli uważa, że i tak jest za słaby,
żeby podjąć reformę, choćby tylko w obszarze służb specjalnych.
A wracając do smoleńskiej tragedii – sposób działania służb
specjalnych, które powinny zapewnić bezpieczeństwo prezydentowi także podczas
tego lotu z 10 kwietnia, był nieodpowiedni?
– Przywołam jeszcze raz
wypowiedź premiera – jeśli w środowisku służb specjalnych jest nastawienie nie
na zapewnienie bezpieczeństwa państwa, czyli wykonywanie zadań ustawowych, ale
na walki klanów, jasne jest, że zaniedbania będą się mnożyć. W sensie
politycznym szef rządu jest odpowiedzialny za zaniedbania o charakterze
strukturalnym – to on bowiem przez swoje zaniechania do całego aparatu rządowego
wysyłał sygnał, by nie podejmować trudnych decyzji. A za system odpowiada ten,
który ma wszystkie nici w swoim ręku. Premier nie może się tłumaczyć, jak
wcześniej to robił, że nie dokonywał reform, bo blokował je śp. prezydent Lech
Kaczyński. Donald Tusk bowiem żadnego projektu reformy służb nie
przedstawił.
Po katastrofie pod Katyniem widoczny jest zwrot nastrojów społecznych
i surowa krytyka mediów. W ubiegłym roku powiedział Pan w rozmowie z „Naszym
Dziennikiem”, że: „Być może potrzebny byłby zwrot akcji na miarę afery Rywina,
by Polacy uświadomili sobie, że są manipulowani”. Czy ostatnia tragedia choć
trochę to odkryła?
– W obu przypadkach nastąpiło odsłonięcie. W
przypadku afery Lwa Rywina wyborcom ukazano część kulis gry
polityczno-gospodarczej – niektóre jej reguły stały się widoczne. Pokazano, że
główni aktorzy świata polityki i biznesu nie działają na rzecz dobra wspólnego,
a jedynie toczą wyścig o władzę i bogactwo. Z kolei czas żałoby, który nastąpił
po katastrofie smoleńskiej, uświadomił wyborcom kreacyjną i deformującą władzę
mediów. Dostrzegliśmy, jak selektywnie i nieuczciwie media potrafiły przekazać
Polakom skrzywiony obraz prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego rodziny i jego
polityki. Po ujawnieniu afery Rywina nastąpiła społeczna edukacja co do
faktycznych mechanizmów polityki, zaś czas żałoby to był odwrócony pokaz tego,
co media potrafią zrobić z naszą wyobraźnią. To podobieństwa, ale są też nie
mniej istotne różnice między tymi sytuacjami.
Wymiar poznawczej odsłony jest
podobny, ale pole interesów grupowych odmienne. Przy aferze Rywina odsłonięcie
części prawdy o polityce było możliwe dzięki mediom – myślę, że dlatego, iż
część właścicieli mediów miała wówczas interes, by pokazać machinacje polityków,
głównie ze środowiska SLD. W dniach skupienia po katastrofie smoleńskiej
obywatelom odsłonił się inny fragment rzeczywistości: siła mediów w kreowaniu
sztucznej rzeczywistości. Problem w tym, że tym razem ta sztuczna rzeczywistość
(fałszywy obraz prezydenta RP) został wykreowany przez polityków idących ręka w
rękę z mediami. Media niechętnie uczestniczą w odsłanianiu prawdy na swój temat.
Stąd polityczna przemiana jest znacznie trudniejsza. Wtedy odsłonięcie gier
środowiska Rywina było na rękę ważnym grupom medialnych interesów. A dzisiaj
komu na rękę jest utrwalenie prawdy o wspólnocie interesów wielkich mediów z
rządzącymi?
Czy zatem tragedia katyńska nie wymusi pozytywnych zmian w naszej
polityce?
– Przyniesie je tylko wtedy, gdy zmobilizujemy się jako
obywatele. Afera Rywina uświadomiła ludziom manipulacyjne wymiary polityki. Ale
sama gra Rywina z Adamem Michnikiem mogła być postrzegana jako coś odległego, co
toczy się w życiu elit, bez bezpośredniego wpływu na zwykłych obywateli.
Tragedia smoleńska to zwrot innego kalibru. Zginął prezydent RP, na dodatek
okazało się, że to NASZ prezydent, bo wreszcie media ukazały jego prawdziwe
oblicze; podobnie ludzie zobaczyli Pierwszą Damę, jakiej wcześniej im nie
ujawniano. Zginęło wiele innych wspaniałych osób, patriotów. Poczuliśmy
namacalną stratę. Okazało się, że Polacy mogą być razem, że oddolny impuls
społeczny zaskoczył media i był w stanie przekroczyć (choć na razie na krótko)
manipulacje mediów. Jednak jeśli szansa nowego otwarcia ma się spełnić,
potrzebny jest ruch obywatelski – tworzenie tkanki społecznego poparcia dla
wypełnienia testamentu Lecha Kaczyńskiego dla budowania państwa, które jest
sprawne i nasze. Na eksponowaniu afery Rywina zależało wtedy potężnym graczom –
obywatele byli tylko widzami. Dzisiaj zwrot nastąpi tylko pod warunkiem oddolnej
obywatelskiej, patriotycznej mobilizacji.
Dziękuję za rozmowę.
