Turowski na „ty” Komorowskim
Wszyscy szpiedzy ulokowani przez służby PRL w Watykanie pracowali także
dla Związku Sowieckiego – podkreślają historycy. Tak najpewniej było z Tomaszem
Turowskim, ambasadorem tytularnym, którego IPN podejrzewa o kłamstwo
lustracyjne, a który miał być w latach 80. szpiegiem w Watykanie.
– Nie było żadną tajemnicą, że polskie komórki wywiadu realizowały wprost
zlecenia centrali KGB – mówi dr Henryk Głębocki z krakowskiego oddziału
Instytutu Pamięci Narodowej. – KGB kierowało polecenia zgromadzenia, np.
określonych informacji albo inwigilacji kogoś – dodaje. Głębocki podkreśla, że
takie same relacje (czyli faktycznie podwójna zależność), jakie obowiązywały w
kraju, należy odnieść do agentów ulokowanych za granicą, a zwłaszcza w
Watykanie. – Kierunek watykański był jednym z priorytetów KGB – podkreśla
historyk.
W zeszłym tygodniu IPN skierował wniosek o lustrację Tomasza Turowskiego,
którego podejrzewa o kłamstwo lustracyjne. Wszystko wskazuje na to, że miał on
za sobą współpracę ze służbami PRL. Miał być tzw. nielegałem skierowanym w 1975
r. jako oficer wywiadu do zakonu jezuitów w Watykanie. Tam przez 10 lat
korzystał z dostępu do "największych tajemnic Watykanu dotyczących polityki
wschodniej". Meldunki Tomasza Turowskiego, przysłane odrębnymi kanałami, miały
oznaczenie "9596", a później były podpisywane pseudonimem "Orsom". W 1986 r.
Turowski tuż przed święceniami wystąpił z zakonu. Fakt wykorzystywania polskiej
siatki agenturalnej, także po upadku komunizmu, potwierdza dr Tadeusz Witkowski,
znawca tematyki służb specjalnych, były pracownik Służby Kontrwywiadu Wojskowego
i członek Komisji Weryfikacyjnej WSI.
– Wszystko wskazuje na to, że pan Turowski był absolutnie pewny, że to nie
zostanie ujawnione – ocenia w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Anna Fotyga, była
minister spraw zagranicznych. – Dosłownie rzutem na taśmę, tuż przed orzeczeniem
Trybunału Konstytucyjnego, przy całym rejwachu mediów (osobiście byłam o to
atakowana) doprowadziliśmy do złożenia większości oświadczeń lustracyjnych przez
dyplomatów – mówi Fotyga. – Ci, którzy przyznali się do współpracy, zaczęli
rezygnować z pracy – dodaje.
Tomasz Turowski pracował w MSZ od 1993 r., a kilka lat później trafił do Moskwy.
Ostatnio został nawet ambasadorem tytularnym. Jak przypuszcza Ryszard Czarnecki,
deputowany do Parlamentu Europejskiego (Europejscy Konserwatyści i
Reformatorzy), Turowskiego szykowano na głównego ambasadora. – Jaki był wrzask w
mediach w Polsce, gdy został mianowany ambasadorem w Moskwie absolutny
fachowiec, Wojciech Zajączkowski, merytorycznie przygotowany, bez związków np. z
PiS – mówi Czarnecki. – Ewidentnie grano o to, żeby to Turowski został
ambasadorem, nie tytularnym, jak do tej pory – podkreśla.
Był to zresztą fragment większej rozgrywki. Turowski sam o sobie miał mówić, że
jest człowiekiem prezydenta Bronisława Komorowskiego (w przeciwieństwie do
ambasadorów reprezentujących interesy Donalda Tuska). Chodziło o zrównoważenie
wpływów. – Pan ambasador – minister pełnomocny Tomasz Turowski był i jest – jako
jeden z nielicznych polskich dyplomatów – na "ty" z prezydentem Bronisławem
Komorowskim, który nie ma zbyt wielu bliskich kolegów w tym środowisku,
dyplomacja to nie jego klimaty. Turowskiego jednak zna na tyle dobrze, że od lat
są właśnie po imieniu – wyjaśnia Czarnecki. – To jest duża zażyłość – dodaje.
Kwestia posiadania tytułu ambasadora tytularnego przez Turowskiego jest w ogóle
ciekawa. Jeszcze kilka dni temu rzecznik MSZ Marcin Bosacki zaprzeczał, jakoby
Turowski posiadał taki tytuł. Jednak wczoraj ten fakt potwierdziły "Naszemu
Dziennikowi" służby prasowe MSZ. Zresztą sam Turowski od wielu miesięcy rozdaje
na prawo i lewo wizytówki z adnotacją: "ambasador pełnomocny".
– To jest tytuł dyplomatyczny w gestii ministra spraw zagranicznych – mówi
minister Fotyga. MSZ odsyła nas do ustawy o służbie zagranicznej, która na
pierwszym miejscu wymienia taki stopień dyplomatyczny.
Zenon Baranowski
