Trzeba umieć powiedzieć nie

Z Krzysztofem Szczerskim, politologiem, specjalistą ds. polityki
europejskiej i posłem PiS, rozmawia Maciej Walaszczyk

Napisał Pan ostatnio, że rządząca Polską ekipa Donalda Tuska trwa
przy władzy, będąc uzależniona od zewnętrznego przyzwolenia. W tym samym czasie
Unia Europejska buduje nową polityczną konstrukcję. W jaki sposób tak słaba
władza wpisuje nasze państwo w Europę silnych Niemiec i Francji?

– Odnoszę wrażenie, że polski rząd zachowuje się tak, jakby nie był
przekonany, iż jest reprezentantem silnego społeczeństwa, które ma własne
państwo. Odwrotnie, ma poczucie, iż rządzi tylko dlatego, że pozwalają na to
zewnętrzne okoliczności – rynki, agencje ratingowe, instytucje europejskie itp.
Gdyby stało się coś złego na zewnątrz tego państwa, gdyby ktoś się "na nas
obraził", ta ekipa jest przekonana, że zupełnie by sobie z rządzeniem nie
poradziła. Na tym polega "rządzenie z przyzwolenia". Nie tworzy się
samodzielnych scenariuszy na przyszłość, lecz boi się wszystkiego wokół, co może
w efekcie spowodować utratę władzy. Dlatego toczące się negocjacje dotyczące
nowego zarządzania gospodarczego w Europie w takim kraju, jak rządzona przez
Platformę Polska, pchają nas w kierunku ugruntowania sytuacji, w której
rządzenie w naszym państwie to władza z europejskiego przyzwolenia. Jest jeszcze
czas, by to zatrzymać, by stanąć śmiało na własnych nogach, ale do tego potrzeba
cnoty zwanej odwagą. Premier zasygnalizował, że się waha. My, jako Prawo i
Sprawiedliwość, apelujemy już od pewnego czasu: Odwagi, Panie Premierze, słowo
nie istnieje w języku polityki europejskiej!

Twierdzi Pan jednak wprost, że dominuje w Polsce uzależnienie działań
rządu od sygnałów płynących z Brukseli i największych stolic europejskich…

– Tak, bo presja jest bardzo silna. Dobrym przykładem ilustrującym tę
sytuację jest przywoływanie do porządku Węgier. Viktor Orbán – niezależnie od
tego, jak oceniamy jego poszczególne decyzje – jest bez wątpienia politykiem,
który jest przekonany, iż źródłem jego siły i mandatu do rządzenia jest fakt, że
w ostatnich wyborach parlamentarnych trzy czwarte narodu poparło jego partię.
Jednak dzisiaj ten demokratyczny mandat zderza się ze sprzeciwem Komisji
Europejskiej i wielkich światowych stolic, które mówią mu: jak będziesz rządzić
po swojemu, to przywołamy cię do porządku, w imię naszych zasad, a nie dlatego,
że łamiesz prawo. Dlatego Donald Tusk i jego obóz rządowy, choć pełni władzę już
drugą kadencję i mógłby wskazywać na swój silny mandat społeczny, nie próbuje
nawet w najmniejszym stopniu drogi Orbána – drogi podmiotowej zmiany. Przeciwnie
– robił do tej pory wszystko, by wpisać się w ten główny nurt europejski, by być
prymusem, bo jak nie, to wypadnie z gry.

Z sytuacją analogiczną do węgierskiej mieliśmy do czynienia kilka lat
temu, gdy prezydent Lech Kaczyński i rząd PiS akcentowali polski interes w
polityce międzynarodowej, w tym w relacjach wewnątrz UE.

– Jedną z największych szkód, jakie wyrządzono w mentalności współczesnych
Polaków, jest ośmieszanie działania według naszych racji sloganem o
"wymachiwaniu szabelką". To dewastacja wyobraźni politycznej Polaków. Każdy, kto
chciałby uczynić z Polski podmiot polityki, zrobić coś, nie oglądając się na
innych, jest atakowany tego rodzaju stereotypem, ośmieszającym po prostu
samodzielne myślenie. W to wpisuje się głęboki polityczny kompleks obecnego
obozu władzy. Ujawnia się on w wielu sytuacjach i jest wzmacniany przez medialny
przekaz oparty na zasadzie: jeśli ktoś dobrze wypowiada się o Polsce, to jest to
uznawane za wyróżnienie dla obozu rządzącego na zasadzie pochwały ze strony
nauczyciela. Platforma, podsumowując w Sejmie polską prezydencję, skupiała się
na obszernym cytowaniu fińskiego premiera, który w ciepłych słowach wyrażał się
o naszym przewodnictwie. Czyli to miał być ostateczny argument – prezydencja się
udała, bo potwierdzają to komplementy od premiera Finlandii. Czy to jest
poważne? Ma to jednak i swoją drugą stronę. Rządzący naszym krajem naprawdę
wierzą w to, że jeśli ktoś w Brukseli lub Berlinie się na nas obrazi, to
automatycznie może to oznaczać dla nich utratę w Polsce władzy. Ta postawa
objawia się nie tylko w mentalności ludzi rządzących, ale w sferze faktów
politycznych. Jest to postawa słabej, wycofanej i przestraszonej grupy
rządzącej, która bez zewnętrznego wsparcia upadnie. Dlatego wbrew propagandzie
przedstawiającej Platformę jako silną partię rządzącą niepodzielnie Polską widzę
raczej przestraszonego olbrzyma, trzymającego się na nogach tylko dzięki
monopolowi medialnemu, który go utrzymuje przy życiu.

Co ten kolos na glinianych nogach może zafundować Polsce?

– Można mówić o sytuacji, gdy będą nas dotyczyły wyłącznie obowiązki
wynikające z przynależenia do UE bez jakichkolwiek praw? Rząd, przyjmując na
Polskę kolejne obowiązki, zgadza się powoli na degradację naszej pozycji w
gronie krajów UE.

UE nie będzie już wspólnotą państw o równych prawach?

– Obserwujemy wyraźną hierarchizację krajów członkowskich, czego zresztą nie
ukrywają najważniejsze kraje zachodniej Europy, a więc duet francusko-niemiecki.
Co prawda, każdy z tych krajów widzi tę hierarchię nieco inaczej, ale co do
ogólnej zasady jest między nimi zgoda: należy zróżnicować państwa członkowskie w
zakresie i praw, i obowiązków.

Gdzie w tej nowej hierarchii znajdzie się nasze państwo?

– Raczej w drugim kręgu integracji, a więc w gronie państw, które nie
prowadząc samodzielnej polityki, przyłączają się do regulacji strefy euro, nawet
jeśli oznacza to same obowiązki, bez żadnych praw. To najgorsza pozycja. W tym
nowym układzie wewnętrznym Unii widać bowiem, że tworzą się trzy grupy krajów.
Kategoria pierwsza to oczywiście państwa strefy euro, które przyjmują
automatycznie nowe obowiązki, ale również automatycznie przysługują im prawa do
decydowania o kształcie tych obowiązków. Ta grupa będzie miała dwóch wyraźnych
superliderów, a więc Francję i Niemcy. Kategoria druga to kraje, które zobowiążą
się do przestrzegania paktu fiskalnego i szeregu nowych regulacji, ale nie będą
miały głosu. Ich zgoda na przyjęcie na siebie wielu obowiązków, bez żadnych
praw, wynika z obawy rządzących nimi ekip politycznych, że jeśli nie zgodzą się
na te rozwiązania, utracą przyzwolenie na rządzenie w swoich krajach, a wraz z
nim dopływ pieniędzy czy dystrybucję posad i zaszczytów. I wreszcie grupa
trzecia, która uznała, że skoro traktatowy obowiązek przyjmowania waluty euro
ich w praktyce nie dotyczy, również nie ma konieczności brania na swoje barki
tych wszystkich wymogów, które wynikają z paktu fiskalnego czy mechanizmu
stabilności.

Jaką pozycję w UE mogłaby optymalnie zapewnić sobie Polska?

– Nowa architektura strefy euro oznacza polityczne zwolnienie Polski z
zapisanego w traktacie akcesyjnym wymogu przystąpienia do strefy euro. Ta unia
walutowa, która rodzi się obecnie, jest na tyle odmienna od tej, do której
zobowiązaliśmy się wejść w 2004 r., że zwolnienie nas z tego obowiązku jest w
pełni uzasadnione. Moim zdaniem, nie tyle oznacza to proste wchodzenie do tej
trzeciej grupy i stanie się zewnętrznym obserwatorem, ile otwiera możliwość
stworzenia w Europie alternatywnego bieguna wzrostu.

Na czym miałoby to polegać?
– Istnieje w Europie grupa państw, a wśród nich jest Polska, które nie przyjęły
waluty euro i jednocześnie dobrze radzą sobie gospodarczo. Tak przynajmniej
przekonuje nas premier. Wchodzenie do pogrążonej w kryzysie strefy euro nie jest
dla nich jedynym wyjściem. Można stworzyć alternatywną grupę rozwijającą się
poza strefą euro, jednocześnie mającą równy głos w UE poprzez siłę swoich
gospodarek. Wtedy obie grupy mogą istnieć w ramach jednej wspólnoty, ale
rozwijając się w różnych reżimach regulacyjnych. Trzeba tylko wyjść z taką
propozycją, poszerzyć paletę rozwiązań. Tymczasem problemem rządu Donalda Tuska
jest niewychodzenie z żadną propozycją.

Ale negocjacje trwają, nic do końca nie zostało uzgodnione…

– Prawo i Sprawiedliwość zachęca rząd, aby zrezygnował z przystępowania do
paktu fiskalnego. Na to jest jeszcze szansa, tylko by tak się stało, trzeba mieć
odwagę powiedzenia NIE, i to teraz. Skoro premier mówi, że jest skłonny to
rozważyć, to trzeba pielęgnować w nim to ziarenko samodzielności, może tym razem
wykiełkuje? Jestem ciekaw, jaka byłaby reakcja na tak zdecydowaną postawę
polskiego rządu. Nie jestem tu jednak optymistą. Moje doświadczenie, zwłaszcza z
sejmowej Komisji ds. Unii Europejskiej, pokazuje, że politycy Platformy
Obywatelskiej, przedstawiciele rządu mają ogromny mentalny problem z wyrażeniem
zdecydowanej niezgody na płynące z Brukseli propozycje. Jako opozycja
wielokrotnie pokazywaliśmy rządowi, że jego działania są złe, błędne politycznie
lub prawnie, pokazywaliśmy również sposoby wyjścia z sytuacji. Zachęcaliśmy
czasem do tego, by pewne propozycje przygotowywane przez Komisję Europejską
potraktować po prostu odmownie. Za każdym razem jednak rząd nie chciał
podejmować naszych propozycji. Wiem, że ostateczny kształt paktu fiskalnego nie
jest jeszcze znany i trwają negocjacje. Chciałbym więc wiedzieć, że rząd na
poważnie rozważa powiedzenie dla pewnych propozycji NIE i jest na to gotowy
teraz, zanim zapadną końcowe decyzje. W przeciwnym razie stosowana przez rząd
taktyka byłaby błędna. Nie można najpierw zachwycać się rezultatami szczytu
europejskiego, jak premier w Sejmie, potem mówić, że wszystko jest pod kontrolą,
potem wyrażać wątpliwości, ale nie czynić żadnych ruchów, a na koniec
powiedzieć, że się nie zgadzamy. Bo wtedy może się okazać, że to na nas wszyscy
wskażą palcem jako na winnych niepowodzenia negocjacji, a takiej presji obecny
rząd na pewno nie wytrzyma i przystąpi do paktu, na który się nie zgadzał. Teraz
jest ten moment, by w czasie rozmów twardo powiedzieć: takie decyzje – to bez
nas, i to dałoby może szansę na zmianę przebiegu tych negocjacji. Potem będzie
za późno.

Będą Państwo skarżyć traktat o Europejskim Mechanizmie Stabilności do
Trybunału Konstytucyjnego?

– Żeby traktat o EMS wszedł w życie, trzeba zmienić traktat lizboński. Rząd
proponuje tę zmianę zwykłą większością głosów według art. 89 Konstytucji. Naszym
zdaniem, ale także dwóch z trzech ekspertyz prawnych, jakie przygotowano w tym
celu na potrzeby komisji sejmowej, do ratyfikacji zmian w traktacie potrzeba 2/3
głosów, dlatego że oznacza ona przeniesienie praw suwerennych do instytucji
międzynarodowej. Oczekujemy więc od rządu zmiany procedury ratyfikacyjnej na
art. 90 Konstytucji oraz wpisania do ustawy ratyfikacyjnej, że przystąpienie
Polski do europejskiego mechanizmu stabilności będzie wymagało odrębnej,
ponownej zgody 2/3 Sejmu. Co do tego żadna z ekspertyz nie pozostawia
wątpliwości. To są nasze warunki brzegowe: dwa razy 2/3 Sejmu. Jeśli rząd ich
nie spełni, będzie to oznaczało, według nas, naruszenie Konstytucji i spowoduje
zaskarżenie ustawy ratyfikacyjnej do Trybunału Konstytucyjnego. Moim zdaniem,
zupełnie skuteczne. A to dla rządu oznacza wielki ambaras, ponieważ ratyfikacja
zostanie zawieszona do czasu wydania przez sędziów orzeczenia w tej sprawie.
Będzie to zresztą sprawa precedensowa dla Trybunału, bo po raz pierwszy
nowelizujemy traktaty europejskie w tej procedurze. Mam nadzieję, że Trybunał
uznałby, jeśli będzie taka konieczność, że w pierwszym rzędzie zadaniem władz
publicznych w Polsce jest ochrona demokratycznych praw suwerennych.

Co stanie się ze słynnymi 300 mld zł, które w nowym budżecie UE ekipa
Tuska miała nam załatwić? Chyba już się gdzieś zapodziały?

– Są one – mówiąc delikatnie – wątpliwe, bo kierunek zmian w zasadach
budżetowych na kolejne lata jest dla nas niekorzystny. Ale jednocześnie zwracam
wszystkim uwagę, że przyjęcie na siebie obowiązków wynikających z paktu
fiskalnego, a więc konieczności redukowania wydatków publicznych, może postawić
pod znakiem zapytania wykorzystanie funduszy europejskich w Polsce. Gdzie
dzisiaj rząd szuka oszczędności poprzez redukcję długu? W samorządach, które
zadłużały się po to, by współfinansować inwestycje z funduszy strukturalnych. W
mojej ocenie, jeśli będziemy musieli spełnić warunki paktu fiskalnego poprzez
cięcie wydatków, to może to podważyć możliwość wykorzystania tych środków, nawet
jeśli te 300 mld zł zostanie Polsce przyznane. To bardzo poważny problem.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj