To czekamy na wyniki czy stawiamy zarzuty?

Z Witoldem Waszczykowskim, dyplomatą i byłym wiceszefem Biura
Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Marcin Austyn

Krzysztof Kwiatkowski, minister sprawiedliwości, zasygnalizował, że w sprawie
katastrofy Tu-154M "istnieje prawna możliwość wydania postanowienia o
postawieniu zarzutów także Rosjanom". Jednak zaraz dodał, że zadecydują o tym
prokuratorzy prowadzący postępowanie, więc na obecnym etapie trudno wyrażać
jednoznaczne sądy. Jak rozumieć takie wypowiedzi?

– One przede wszystkim są niezrozumiałe w kontekście linii, jaką polski rząd
obecnie prezentuje. Wielu polityków koalicji, łącznie z premierem, nie komentuje
tej sprawy, mówi: Czekajmy na raport, niech on będzie nawet później, ale ważne,
by był rzetelny, bardziej obiektywny niż raport MAK. W tym kontekście
twierdzenie, że można by coś zrobić, postawić komuś zarzuty, jest dziwne. Jednak
to nie pierwszy problem, wobec którego rząd nie prezentuje jednej linii.

Minister uznał, że i dla niego "najważniejsze ustalenia to te, które poczyni
prokuratura i komisja ministra Millera"…

– Po co w takim razie te wypowiedzi? Być może wynika to z jego małego
doświadczenia politycznego.

Jednak fakty są takie, że to raport MAK jest znany opinii międzynarodowej, i
nie oszukujmy się, ale główne śledztwo w sprawie katastrofy prowadzą Rosjanie. W
tej sytuacji polski raport, polskie śledztwo w ogóle zostaną dostrzeżone?

– Przede wszystkim obecnie w świecie znany jest tylko raport MAK. Osobiście
widzę ten problem nieco szerzej, jako swego rodzaju pułapkę, w jaką wpadł polski
rząd w relacjach z Rosjanami. Założono, że trzeba walczyć z "kaczyzmem", i
stworzono do tego całą politykę. W sprawach wschodnich uznano – na długo przed
katastrofą – że trzeba przyjąć politykę pragmatycznego dogadania się z Rosją.
Widzieliśmy, jak za wszelką ceną starano się ściągnąć Władimira Putina do
Polski. Czyniono to w duchu, że nieważne są realne sukcesy, ale to, że pokażemy,
iż możemy z Rosjanami rozmawiać. Chodziło o to, by ściągnąć prominentnych
polityków rosyjskich do Polski i publicznie się z nimi pokazać – to uznano za
sukces. Takiemu myśleniu w 2009 roku podporządkowana została cała polska
polityka wschodnia. Zabiegano, by premier Putin pojawił się na Westerplatte, a
potem poświęcono temu sprawę katyńską. Stało się to po tym, jak tylko premier FR
pokazał, iż jest możliwość zorganizowania krótkiej wizyty w Katyniu wspólnie z
Donaldem Tuskiem. Złapano się na ten lep i porzucono pomysł polskich wspólnych
obchodów. W tę samą pułapkę wpadł pod koniec ubiegłego roku nasz rząd, kiedy już
wiadomo było, co będzie zawierał raport MAK. Nie podjęto stanowczych działań, bo
czekano na wizytę prezydenta FR w Polsce, która znów miała symbolizować wielki
sukces tego rządu. Widać więc, że postanowiono, iż to kontakty na najwyższych
szczeblach będą uznawane za sukces, i cała reszta działalności była tego
zakładnikiem. Taka postawa miała też przełożenie na samo śledztwo w sprawie
katastrofy, bo jako priorytet obrano to, by nie zniszczyć dobrej relacji z
Rosjanami.

Zeznania kontrolerów odebrane w ubiegłym tygodniu mogą mieć szczególne
znaczenie dla prac polskiej prokuratury?

– W tej kwestii jedyną wiarygodną rzeczą, jaką znamy, jest zapis rozmów z wieży
kontroli lotów. Z tego, co usłyszeliśmy, można wnioskować, że kontrolerzy byli
pogubieni, w końcu machnęli ręką i stwierdzili: róbcie sobie, co chcecie.

Ale chyba nie sądzi Pan, że po dziewięciu miesiącach kontrolerzy uderzyli się
w piersi i powiedzieli: Tak, to nasza wina?

– Oczywiście, że nie. Przecież wiemy, że zeznania kontrolerów były już
zmieniane. Nie wiemy, w jakim kierunku idą te trzecie zeznania – jeśli
oczywiście byli to ci sami kontrolerzy, bo nie wiemy, kogo przesłuchiwali
prokuratorzy. W mojej ocenie, nie ulega wątpliwości, że lot z 10 kwietnia 2010
r. był wojskowy i na lotnisko wojskowe, a zatem wszystkie procedury, jakim
podlegał, były wojskowe – myślę tu zarówno o samym locie, jak i późniejszym
śledztwie. Zdaje się, że tylko dlatego, by nie urazić Rosjan, zdecydowano się na
przyjęcie reguł cywilnych i oddanie Rosjanom śledztwa zgodnie z tą procedurą.
Niestety, konwencja chicagowska jednoznacznie uprzywilejowuje państwo, na
terenie którego zdarzył się wypadek, i przyjęcie tych zasad dało Rosjanom
możliwość decydowania o sposobie badania katastrofy. Przecież samolot rozbił się
na terenie FR, samolot był produkcji rosyjskiej, był remontowany w zakładach na
terenie FR. Można było przewidywać, że będą próby wybielania się strony
rosyjskiej.

Wizyta polskich śledczych w FR spowodowała, że "klimat do współpracy został
odbudowany". Można podzielać radość ministra sprawiedliwości z tego powodu,
mając świadomość, że prokuratorzy tylko przesłuchali kontrolerów, dostali
obietnicę przekazania akt, ale nie mieli do nich wglądu?

– Musimy wierzyć na słowo, bo efektów ocieplenia na razie nie widzimy. Realia są
takie, że po zakończeniu badań przez MAK dowody w postaci czarnych skrzynek i
wraku samolotu zostały oddane prokuraturze FR. Obawiam się, że jeszcze długo
możemy ich nie odzyskać, bo dopóki trwa śledztwo, dowody nie zostaną nam wydane.
Nie widzę też powodów do radości, kiedy strona rosyjska kłamie, że samolot
został pocięty, bo trzeba było wydobyć z niego ciała. To zostało wykonane w
ciągu pierwszej doby po katastrofie, a z tego, co wiemy, samolot był cięty
później.

W tej sprawie Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła postępowanie.
Minister Kwiatkowski sugeruje, by czekać na jej ustalenia, ale jakie są
możliwości polskich prokuratorów w sytuacji, kiedy nie mamy wraku, a komitet
śledczy uznał, że były to działania konieczne?

– Mam wrażenie, że polscy prokuratorzy prowadzą to śledztwo "przez szybę". Nie
mamy przecież dostępu do głównych dowodów.

Minister sprawiedliwości pytany, czy ICAO może zweryfikować MAK, uznał, że
"decyzja o tym, jakie dalsze kroki będziemy jako rząd podejmowali na arenie
międzynarodowej w celu wyjaśnienia zdarzeń z 10 kwietnia, zapadnie po publikacji
raportu komisji ministra Jerzego Millera". Warto tak długo czekać?

– Nie. Już dawno sugerowałem, że powinniśmy skorzystać jeśli nie z ICAO, to z
usług grupy niezależnych ekspertów międzynarodowych, którzy byliby audytorami,
doradcami władz Polski. Oni mogliby na różnych etapach – takich jak np.
przekazanie projektu raportu MAK czy występy ekspertów rosyjskich – dokonać
oceny. Nie mielibyśmy wówczas do czynienia z "polską kontrą", ale niezależną
ekspertyzą czy opinią. Jesteśmy członkami UE, NATO i warto było – z tytułu
wielkiej wagi tej sprawy – poprosić o międzynarodową pomoc. Być może taka grupa
ekspertów mogłaby pracować po cichu, ale byłaby do dyspozycji, monitorowałaby
sytuację i doradzała. Przecież dobrze jest mieć ekspertyzę od osób, które po
pierwsze znają się na rzeczy, a po wtóre są w stanie dokonać mniej emocjonalnych
ocen.

Jak Pan ocenia deklaracje, że raport komisji Millera "zapewne zostanie
opublikowany już po pierwszej rocznicy katastrofy"?

– To bardzo prawdopodobne. Obawiam się, że wiele decyzji będzie odsuniętych do
wyborów, a może i na "po wyborach". Mamy złe doświadczenia z tym rządem. Wiemy,
że w przeszłości wiele niepokojących informacji było zatrzymanych przed wyborami
– np. przed wyborami samorządowymi nie ujawniano stanu finansów państwa czy
problemów z budową dróg. Dlatego nie wykluczam, że i w tym przypadku pewne
kwestie będą przeciągane.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj