Tężyzna lotników a sprawa sowiecka
Gdy Kreml ogłosił wznowienie lotów bombowców strategicznych poza granice Rosji, powszechnie odnoszono tę decyzję do praktyki wykonywania takich lotów w czasach zimnej wojny. Niektóre kraje nie uznawały zresztą tych lotów za szczególne zagrożenie. Między innymi rzecznik amerykańskiego Departamentu Stanu powiedział, że Rosja „wyciąga z naftaliny stare samoloty”, a tamtejsza prasa pisała o „zabawie w zimną wojnę”. Wkrótce tę ocenę – może nie tyle w odniesieniu do maszyn wykonujących loty poza Rosją, ile ogólnie do rosyjskiego lotnictwa – niemal jak na zamówienie potwierdził wypadek bombowca Su-24 w Kraju Chabarowskim.
Niezależnie od oceny faktycznego zagrożenia, którego sygnałem miałoby być wznowienie lotów, część ekspertów twierdzi, że „kolejny krok w deklarowaniu swojej obecności wojskowej w skali globalnej” (jak pisze „Washington Post”) może stanowić naruszenie zawartego w 1991 r. układu między USA i Wielką Brytanią a ZSRS o ograniczeniu zbrojeń strategicznych (po rozpadzie Związku Sowieckiego jego stroną są republiki poradzieckie, w tym Rosja). Rosjanie odpowiadają, że wznowienie lotów nie narusza traktatu, ponieważ ich zawieszenie spowodowane było przyczynami finansowymi i nie wynikało z jego treści.
Zdaniem pierwszego wicepremiera Federacji Rosyjskiej Siergieja Iwanowa, lotów nie należy interpretować również w ten sposób. Z kolei Władimir Putin stwierdził, że rosyjscy piloci po prostu „zasiedzieli się” i trening dobrze im zrobi. Jednak nie wiadomo, czy sami autorzy tych wypowiedzi wierzą, że ktokolwiek uznał je za szczere. Konsekwentny powrót Kremla do imperialnych sowieckich tradycji daje się zauważyć już od jakiegoś czasu. Moskwa zupełnie oficjalnie przyznaje, że dąży do zmiany jednobiegunowego obrazu świata ze Stanami Zjednoczonymi jako jedynym supermocarstwem i w widoczny sposób sprzyja tym podmiotom, które mogą osłabić hegemonię USA. Oczywisty jest w tym kontekście stosunek do Polski – kraju, który wyrwał się spod moskiewskiej dominacji, a jednocześnie pozostaje sojusznikiem USA.
Rosja w dającej się przewidzieć przyszłości nie stanie się mocarstwem o sile porównywalnej ze Stanami. Jednak mocarstwo nawet znacznie słabsze od Wuja Sama to nadal mocarstwo. Wkrótce po ogłoszeniu wznowienia lotów doszło do wypadku bombowca Su-24 w Kraju Chabarowskim. Wypadek ten w sensie propagandowym z pewnością jest dla Rosji niekorzystny, ale obiektywnie patrząc, takie incydenty w lotnictwie zdarzają się w różnych krajach i nie należy z ich powodu lekceważyć siły danej armii, zaś Rosja wyraźnie stara się wzmocnić swoją.
Między innymi rosyjskie lotnictwo strategiczne wkrótce otrzyma pierwszy egzemplarz zmodernizowanej wersji największego na świecie bombowca Tu-160. Naddźwiękowa czterosilnikowa maszyna osiąga pułap 18 000 m, zasięg 14 600 km i prędkość 2230 km/h. Może przenosić 40 ton bomb oraz 12 pocisków balistycznych z głowicami nuklearnymi bądź konwencjonalnymi. Nie tylko w powietrzu Kreml chce odzyskać utraconą pozycję. Jak zauważył na początku sierpnia szef rosyjskiej marynarki wojennej Władimir Masorin, jego formacja zamierza być znów stale obecna w basenie Morza Śródziemnego. Jednocześnie Masorin zaprzeczył, jakoby ambicją Moskwy był powrót do zimnowojennych standardów sowieckich.
Historia nigdy nie powtarza się identycznie, więc i układ sił z czasów zimnej wojny, wraz z jej równowagą strachu, być może nigdy się nie powtórzy. Ale nikt rozsądny nie zaprzeczy, że Rosja z powrotem staje się mocarstwem, które jest w stanie wywierać poważny wpływ szczególnie na bezpośrednich sąsiadów. Jednocześnie, jak wspomnieliśmy, nie jest to w obecnej chwili mocarstwo przyjazne Polsce. To się z czasem może zmienić, jednak dziś rosnący w siłę moskiewski niedźwiedź, utrzymujący kordialne stosunki z niedźwiedziem berlińskim, stanowi istotny składnik pogarszającej się dla Polski koniunktury międzynarodowej.
Koniunktura międzynarodowa ma to do siebie, że jest zmienna. W wyniku tej zmienności czasem bywa korzystna dla jednych państw, innym razem dla innych. Na przykład pod koniec XVIII w. koniunktura była dla Polski niekorzystna. Jednak wystarczyłoby utrzymać niepodległość choćby kilkanaście lat po drugim rozbiorze (a od pierwszego do drugiego minęło tych lat aż 21), by I Rzeczpospolita doczekała czasów napoleońskich, w których można byłoby już trwale zabezpieczyć bezpieczeństwo Polski na przyszłość. W kolejnych dziesięcioleciach brak korzystnej koniunktury boleśnie odczuli na sobie powstańcy listopadowi i styczniowi, z kolei cierpliwość kolejnych pokoleń pozwoliła doczekać „wojny powszechnej za wolność ludów”, by wybić się na niepodległość.
Dlatego ważną umiejętnością dla odpowiedzialnych za politykę międzynarodową jest wykorzystywanie czasów korzystnej koniunktury i powstrzymywanie się od działań, które w danym momencie nie dają widoków na powodzenie.
Kilkanaście lat temu koniunktura międzynarodowa dla Polski była bardzo korzystna. Polityka pieriestrojki i faktyczne zerwanie z doktryną Breżniewa przez sekretarza generalnego KPZR, a później prezydenta Związku Sowieckiego Michaiła Gorbaczowa pozwoliły najpierw Polsce, a potem innym krajom środkowej Europy wybić się na niepodległość. Samej Polsce Gorbaczow pomógł w rozwiązaniu – zgodnie z prawem i naszymi interesami – sporu z NRD o rozgraniczenie wód w Zatoce Pomorskiej. Wkrótce potem imperium sowieckie w ogóle się rozpadło i Moskwa nie była w stanie w jakikolwiek sposób przeciwdziałać dążeniom podległych jej do niedawna narodów. Z kolei Niemcy były początkowo podzielone, później zaś zajęte zjednoczeniem. Rola Polski w rozpadzie imperium zła była powszechnie uznawana, można powiedzieć, że cały świat odnosił się do nas z sympatią.
Niestety, w tym czasie my sami nie byliśmy w stanie wykorzystać tej korzystnej koniunktury. Co więcej, istotny wpływ na polską politykę miały środowiska, które, mówiąc otwarcie, błędnie identyfikowały cele tej polityki, uznając za zagrożenie „upiory endecji” i „klerykalizm” i w konsekwencji prowadziły ją mniej lub bardziej świadomie wbrew polskiemu interesowi. W ten sposób powstał rodzący dziś problemy traktat polsko-niemiecki. W ten sposób być może oszukano też Polaków na Wschodzie. Po tylu latach warto byłoby w końcu zweryfikować pomysł Gorbaczowa stworzenia odrębnej republiki na należących do ZSRS ziemiach II Rzeczypospolitej. Po rozpadzie Związku Sowieckiego mógłby zadziałać tu scenariusz podobny do enerdowskiego. Ciekawe byłoby sprawdzenie doniesień o wizytach przywódców ROAD (późniejszej Unii Demokratycznej) u sowieckiego przywódcy, którego mieli wręcz prosić, by nie realizował tego scenariusza.
Ostatni okres korzystnej koniunktury Polska zmarnowała. Takie mieliśmy elity – zastępcze, bo prawdziwe zginęły w Palmirach i Katyniu, takie środowiska zdobyły wówczas wpływ na polską politykę. Przed nami okres koniunktury niekorzystnej. Odpowiedzialna polityka jest w takim czasie niezbędna po to, by z niewczesnymi inicjatywami nie występować w nieodpowiedniej chwili. Również po to, by właśnie w tym czasie prawidłowo definiować interes narodowy i prowadzić takie działania, które są możliwe w istniejących warunkach. Niezależnie od decyzji w sprawie ewentualnych wyborów, która nie jest jeszcze znana, prędzej czy później pójdziemy do urn. Warto przy wyborze brać pod uwagę to, w jakim stopniu poszczególne ugrupowania i ich kandydaci posiadają umiejętność prowadzenia niezależnej, polskiej polityki.
