Testowa porażka jest oczywista
Z prof. Andrzejem Waśką z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wyższej Szkoły
Filozoficzno-Pedagogicznej "Ignatianum" w Krakowie, wiceministrem edukacji
narodowej w 2007 r., rozmawia Jacek Dytkowski
Wystawili Państwo bardzo surową ocenę minister Hall…
– Nie tylko ja, ale wszyscy zajmujący się edukacją oceniają ten stan bardzo
krytycznie. Kryzys jest spowodowany zaszłościami z dalekiej przeszłości. Jednak
pewne jego elementy pochodzą ze zmian wprowadzonych na fali reformy na początku
tej dekady. Kadencja pani minister edukacji narodowej Katarzyny Hall
spowodowała, że te błędy, które popełniono, zostały jeszcze pogłębione. Stąd
nastrój czarnego humoru w tych diagnozach, które się formułuje.
Które z błędów zostały utrwalone?
– Przede wszystkim nie wyciągnięto wniosków z powszechnej krytyki systemu
egzaminacyjnego, podporządkowania egzaminów zewnętrznych metodzie testowej. W
powszechnej opinii wszystkich środowisk nauczycielskich, akademickich, a także
polityków ponad podziałami partyjnymi, testy się nie sprawdzają.
Na czym polegają wady tego systemu egzaminacyjnego?
– Testy modelują system nauczania i sylwetkę absolwenta na podstawie tylko
wycinkowych wybranych parametrów tego, co powinno być celem kształcenia. Inne
kompetencje, umiejętności takie jak wiedza, możliwości poznawcze, wychowanie,
tożsamość, która jest częścią osobowości społecznej ucznia i każdego człowieka –
znikają ze szkoły dlatego, że na egzaminach ich po prostu nie ma. Więc nie jest
to dobre narzędzie egzaminacyjne.
Testy to jeden błąd, a Państwo mówią o wielu błędach…
– Wiadomo również, że wprowadzając gimnazja, skrócono długość trwania nauki w
liceum.
Jaki ma to wpływ na poziom nauczania?
– W trzyletnim liceum nie można zrealizować całego programu, który kiedyś
przerabiano w ciągu czterech lat. Zatem ten system nie funkcjonuje prawidłowo.
Pani minister Hall zdecydowała się przyjąć taki pomysł, że skoro nie ma czasu na
wykonanie wszystkich zadań szkoły ponadgimnazjalnej, to należy zmniejszyć liczbę
tych zadań. Należy więc uczyć mniej w liceum, żeby wykorzystać ten czas. Stąd
ten fatalny pomysł profilowania liceum, tzn. wybierania przedmiotów
rozszerzonych: humanistycznych, ścisłych czy przyrodniczych pod kątem egzaminu
na studia. Wiadomo, że taką decyzję uczeń musi już podejmować po pierwszej
klasie liceum, czyli kiedy ma dopiero 17 lat. Zawsze pojawia się więc ogromny
odsetek młodzieży niezdecydowanej, która zmienia swoje decyzje i kształt
zainteresowań. Jeśli ktoś będzie chciał zmienić to, co wybrał po pierwszej
klasie, znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji. Kursy przedmiotowe, przez które
przeszedł, uniemożliwią w zasadzie reorientację. Będzie ona bardzo trudna.
Jakie zaordynowałby Pan środki zaradcze?
– Przede wszystkim nie należy wyobrażać sobie kolejnej rewolucji, która wywróci
pracę szkół do góry nogami. Należy punktowo wyeliminować te procedury, które się
nie sprawdzają. Chociażby owe rozsławione testy na rozumienie tekstu na maturze
z języka polskiego czy prezentacje. Mówię o rzeczach, co do których konieczności
poprawienia wszyscy powszechnie się zgadzają. Można tego dokonać przy pomocy
rozporządzeń, nie podejmując jakiejś wielkiej kampanii ustawowej. Kiedy
ministrem edukacji narodowej był pan prof. Ryszard Legutko, tego typu działania
były przygotowywane i wcześniej czy później trzeba będzie do nich wrócić, bo
pewnych obiektywnych praw rządzących szkołą nie da się zmienić.
Dziękuję za rozmowę.
