Tea Party rzuca wyzwanie elitom
Mają dość lewicy, zawłaszczania wolności przez administrację Baracka Obamy,
obciążania obywateli rosnącym gigantycznym długiem USA. Prezydenta i amerykański
establishment obarczają winą za obecny kryzys gospodarczy. Tea Party – nowy ruch
amerykańskiej klasy średniej – ma szansę wstrząsnąć sceną polityczną
najpotężniejszego państwa świata podczas listopadowych wyborów do Kongresu.
Pytanie tylko, co wyłoni się z tego wstrząsu.
Nie są partią polityczną, ale już pokazali swoją siłę w wyborach stanowych.
Mówią o sobie "patrioci", chcą przede wszystkim utrzymania niskich podatków.
Sprzeciwiają się obecnej administracji i amerykańskim elitom władzy. Niechętne
są im największe media, popierany przez nie prezydent Barack Obama boi się ich
kampanii w zbliżających się wyborach.
Ich sukcesy wywołują też zamieszanie w szeregach Republikanów, którzy w
ostatnich latach coraz mniej różnią się od amerykańskiej lewicy. Czym jest ruch
o wymownej nazwie Tea Party, odwołujący się do "bostońskiej herbatki", protestu
mieszkańców Bostonu sprzed prawie 250 lat, który przyczynił się do wybuchu
amerykańskiej rewolucji przeciwko kolonialnym rządom Wielkiej Brytanii i
założenia Stanów Zjednoczonych Ameryki?
Bunt przeciw Obamie
Współczesna Tea Party to "społeczność zaangażowana we wspólną walkę w obronie
naszej konstytucji, będącej podstawą naszego państwa" – można przeczytać na
oficjalnej stronie internetowej ruchu, który wprost uznaje obecną administrację
Obamy za zagrożenie dla amerykańskiej demokracji.
Największy niepokój członków ruchu budzi wielkość długu publicznego USA, który
według nich grozi amerykańskiej suwerenności narodowej, osobistej i
ekonomicznej, wolności przyszłych pokoleń. Dlatego w krótkiej deklaracji
programowej przedstawiciele Tea Party wzywają do poszanowania konstytucji USA i
zasad wolnego rynku.
Wszystko z powodu światowego kryzysu, który zaczął się właśnie od Stanów
Zjednoczonych. Tea Party krytykuje administrację prezydenta Baracka Obamy, że w
czasie, gdy dług publiczny przekroczył gigantyczny poziom 13 bilionów USD,
zbliżając się do 100 proc. amerykańskiego PKB, wprowadza on uparcie kosztowne
powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Reforma Obamy została ponadto odebrana przez
ruch jako zamach na wolność osobistą i konstytucję. Dlaczego? – Dla nich
sprzeczność reform Obamy z amerykańską konstytucją polega na niedozwolonym
przymuszaniu obywateli do wykupywania polis ubezpieczenia zdrowotnego dla
pracowników – tłumaczy Jan Filip Staniłko, ekspert Instytutu Sobieskiego ds.
polityki.
Antylewicowa kontrrewolucja?
– Obecny ruch Tea Party jest zdominowany przez amerykańską klasę średnią, która
bardzo niechętnie odnosi się do dążeń lewicy przekształcenia USA w kolejną
socjalistyczną utopię – zwraca z kolei uwagę profesor Peter Redpath, publicysta,
wykładowca filozofii z Uniwersytetu Świętego Jana w Nowym Jorku. Do Tea Party
należą ludzie, dla których ważna jest wolność osobista. – Członkowie tego ruchu
nie cierpią centralnego planowania i biurokratycznej, scentralizowanej dyktatury
– dodaje.
Takie zagrożenie – zdaniem prof. Redpatha – jest realne, a członkowie
"herbacianej rewolucji" chcą powstrzymać Obamę przed zawłaszczeniem
amerykańskiej sceny politycznej, podmyciem konstytucji USA, podstaw gospodarki i
suwerenności i przed przekształceniem Ameryki w socjalistyczne państwo na wzór
tych europejskich.
Jan Filip Staniłko ocenia, że Tea Party tak naprawdę spaja przede wszystkim
sprzeciw wobec płacenia za skutki kryzysu gospodarczego oraz negatywny stosunek
do obecnej administracji. – Katalizatorem Tea Party był kryzys gospodarczy,
wzmocniony niechęcią do prezydenta Obamy i jego polityki – podkreśla.
Rzeczywiście, gdy Obama dosypywał kolejne miliardy dolarów do rządowego pakietu
antykryzysowego, powiększając i tak gigantyczną dziurę budżetową, aktywiści
organizujący Tea Party grzmieli, że nie chcą płacić za błędy banków, spekulantów
i menedżerów, których chciwość doprowadziła do światowego kryzysu.
– Dlatego Tea Party charakteryzuje też ostry sprzeciw wobec amerykańskiego
establishmentu: finansistów, prawników, dziennikarzy, politologów, lekarzy itd.
To właśnie na nich zrzucają winę za swoje problemy finansowe i za wywołanie
kryzysu w USA – tłumaczy Staniłko. Jego zdaniem, kryzys jest dla nich tym
bardziej bolesny, że w USA coraz bardziej widoczny jest wzrost różnicy dochodów
w poszczególnych klasach społecznych. Dlatego – jak twierdzi – aktywiści Tea
Party leczą się sami lekami kupionymi w internecie, słuchają interaktywnego
radia mówionego, chcą jeździć dużymi samochodami i uczyć dzieci w domach.
Kto ma zapłacić za kryzys?
Ekspert Instytutu Sobieskiego podkreśla, że to właśnie ofiary kryzysu
gospodarczego zasilają w większości Tea Party. – W USA w ostatnich latach
zmienił się model gospodarki. Spirala konsumpcji wykreowana przez dostępność
taniego kredytu sprawiła, że powstały setki tysięcy miejsc pracy związanych z
jego obsługą. Chodzi tu np. o dealerów samochodowych czy agentów nieruchomości,
budowniczych domów albo firmy turystyczne. Ci ludzie stracili w wyniku kryzysu
pracę i szybko jej nie odzyskają w tym samym miejscu. Kryzys uderzył też w ich
styl życia – wyjaśnia Jan Filip Staniłko.
Ruch jest jednak niekonsekwentny zarówno w swoich receptach na walkę z kryzysem
i długiem publicznym, jak też w wielu innych kwestiach. – Dziura budżetowa jest
niemożliwa do zlikwidowania przy zrealizowaniu postulatu Tea Party, aby utrzymać
w USA niskie podatki. To jest przedłużenie paradoksów z prezydentury George’a W.
Busha, który jednocześnie obniżył podatki dla najbogatszych i zwiększył
świadczenia dla biednych i starszych, co już wówczas doprowadziło do
powiększania deficytu budżetowego – twierdzi ekspert Instytutu Sobieskiego.
Ale aktywiści Tea Party mają i na to odpowiedź. Twierdzą, że należy dopasować
wydatki rządu do jego obecnych możliwości finansowych. – To oznacza gwałtowną
redukcję amerykańskich sił w różnych częściach świata. Z kolei gdyby rząd chciał
je utrzymać, musi zmniejszyć wydatki na politykę socjalną i zdrowotną – zauważa
Staniłko. Tyle że aktywiści Tea Party opowiadają się właśnie za cięciem wydatków
socjalnych, a przede wszystkim za zablokowaniem obowiązkowych ubezpieczeń
zdrowotnych. W tym wymiarze Tea Party staje się ruchem obrony amerykańskiego
liberalnego modelu państwa, opartego na prawach jednostki i przedsiębiorczości.
Niejednoznaczni… jak obywatele
Członkami ruchu Tea Party są zarówno tradycyjni polityczni konserwatyści,
libertarianie, niezależni republikanie, jak i niektórzy demokraci zniechęceni do
obecnego establishmentu. Tak szeroka paleta politycznych barw sprawia, że ruch
nie ma jednoznacznego oblicza ideowego, zwłaszcza w tak ważnych dla
konserwatywnego elektoratu sprawach moralnych. Jan Filip Staniłko zarzuca
niektórym członkom Tea Party wręcz otwartość na żądania lobby homoseksualistów i
wytyka, że część z nich to rozwodnicy, inni zaś popierają hasła równouprawnienia
płci, jak choćby popularna Sara Palin, kandydatka na wiceprezydenta USA,
startująca w ostatnich wyborach prezydenckich u boku republikańskiego kandydata
Johna McCaina.
Jednak prawdą jest także to, że wielu członków Tea Party opowiada się za
powrotem do zasad wiary, jak choćby Christine O’Donell, która uzyskała
republikańską nominację na senatora w stanie Delaware. Kandydaci popierani przez
Tea Party wygrali republikańskie prawybory w niektórych stanach, a tam, gdzie
zwyciężyli republikańscy kandydaci, musieli oni zająć bardziej radykalne
stanowisko w takich sprawach jak aborcja, legalizacja związków homoseksualnych
czy walka z długiem publicznym.
Członkowie ruchu na swojej stronie internetowej określają się jako patrioci i
podkreślają rolę rodziny. Sama Sara Palin, która najprawdopodobniej uzyska
poparcie Tea Party w wyborach prezydenckich za dwa lata, ma pięcioro dzieci.
Profesor Redpath zwraca uwagę, że Tea Party wbrew nazwie nie jest partią
polityczną. – Nie jest profesjonalną partią, nie ma wybieralnych w wyborach
liderów. Tak naprawdę jest konfederacją lokalnych i stanowych ruchów – wskazuje.
To zaś oznacza, że skupia zwykłych obywateli połączonych sprzeciwem wobec
polityki obecnej administracji i elit nieograniczanych jeszcze partyjnym
programem. – To jest coś, co Amerykanie nazywają ruchem dla zwykłych ludzi,
ludowym powstaniem wielu klas społecznych, na wzór bostońskiej Tea Party – mówi
prof. Redpath. To przesądza na razie o sile ruchu, który może się skupić na
sprzeciwie wobec konkretnej polityki, nie tracąc energii na rozwiązywanie
wewnętrznych sporów.
Trzecia siła?
Luźna formuła ruchu sprawia ekspertom trudności w oszacowaniu realnego poparcia
dla niego. Jan Filip Staniłko ocenia, że jest ono zróżnicowane w różnych
stanach, a średnio waha się w granicach 15-25 proc. poparcia. Na pewno Tea Party
mogłaby mieć większe poparcie, gdyby miała czytelne przesłanie i sprawnych
liderów politycznych, ponieważ amerykański system polityczny opiera się w dużej
mierze na przywódcach.
Rzecz w tym, że przywódcy Tea Party właściwie dopiero się wyłaniają, startując
zwykle w stanowych prawyborach republikańskich. Taka formuła sprawia, że
stanowią wyzwanie nie tyle dla dwupartyjnego, dominującego od dziesięcioleci
amerykańskiego systemu politycznego, co dla Partii Republikańskiej.
Część analityków twierdzi, że rywalizacja z Tea Party osłabi wynik Republikanów,
i zamiast spodziewanego ich zwycięstwa w listopadowych wyborach do Kongresu
zapewni sukces Demokratom. Może nawet pogrzebać szanse republikańskiego
kandydata na wygraną w wyborach prezydenckich za dwa lata. – Tea Party jest
dużym problemem dla Partii Republikańskiej rozdartej między populistyczny ruch
Partii Herbacianej a rosnącą z wyborów na wybory grupę wyborców umiarkowanych.
Grand Old Party nie ma silnego lidera – nie jest nim Mitt Romney ani Newt
Gingrich, a musi znaleźć kandydata, który będzie w stanie zmierzyć się z
Barackiem Obamą. Ruch, który nie toleruje hierarchii, nie będzie go zresztą w
stanie wyłonić – uważa Jan Filip Staniłko. Jego zdaniem, obecnemu prezydentowi
nie jest w stanie zagrozić nawet Sara Palin, która ma szansę stać się główną
twarzą Tea Party.
Nowy ruch może jednak znacząco zaważyć na wyniku wyborów do Kongresu. –
Konserwatyści mogą przejąć większość miejsc w Senacie oraz Izbie Reprezentantów.
Rosnący wpływ Tea Party sprawia, że Partia Republikańska przesuwa się coraz
bardziej na prawo i może przejąć kontrolę nad izbą niższą, a prawdopodobnie
także nad Senatem – spekuluje prof. John Redpath.
Taka kalkulacja opiera się na założeniu, że dzięki współpracy Tea Party z
Republikanami uda się zdobyć poparcie dużej w USA grupy wyborców
niezdecydowanych, zniechęconych ostatnio do obu dużych partii. To, czy taki plan
się powiedzie, będzie zależało zapewne w dużej mierze od kampanii wyborczej, w
której praktycznie pozbawieni wielkich funduszy, rządzących do tej pory
elekcjami, kandydaci Tea Party świetnie sobie radzą.
Sukces dzięki sieci
Motorem sukcesu Tea Party stały się współczesne środki komunikacji, zwłaszcza
internet. – Ich sposób na zdobywanie popularności jest typowo amerykański:
polega na organizowaniu się poprzez rozsyłane informacje. Pomijają mainstreamowe
media popierane przez rząd, za to wykorzystują strony społecznościowe w
internecie, takie jak Facebook i Twitter.
Aktywiści Tea Party wykorzystują też lokalne stacje telewizyjne i radiowe,
gazety, organizują spotkania. Cieszą się również poparciem jednej z największych
sieci telewizyjnych w USA. – Ten ruch jest antyestablishmentowy, ale z drugiej
strony potrzebuje animatorów, ludzi mediów, takich jak Glenn Beck, wpływowy
dziennikarz stacji Fox News, czy Rush Limbaugh, kultowy dziennikarz radia
mówionego. Palin obecnie także pracuje dla Fox News – zauważa Staniłko.
Sukces ruchu jest tym większy, że osiągnięty niejako w opozycji do elit. –
Korzystając z efektu zaskoczenia, udało im się "oskrzydlić" plutokratów (bogaty
establishment amerykańskiego Wschodniego Wybrzeża), przywódców partyjnych,
którzy w przeszłości tradycyjnie wykorzystywali pieniądze i kontrolę sieci
medialnych do wspierania wysuwanych przez siebie kandydatów – wskazuje prof.
Redpath.
Czy żywiołowy ruch obywatelski przyczyni się do odnowy Ameryki? Ma duże szanse,
bo stoją za nim rzesze zwykłych ludzi, którzy przypominają elitom, że polityką
muszą rządzić zasady moralne.
Mariusz Bober
