Ta sprawa przerosła Parulskiego

Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem części rodzin smoleńskich,
rozmawia Anna Ambroziak

Minął dwudziesty miesiąc od katastrofy rządowego Tu-154M pod
Smoleńskiem. Jak ocenia Pan dotychczasowe działania prokuratury, która prowadzi
śledztwo w tej sprawie?

– Stoję na stanowisku że prokuratura to jedyny organ, który jeśli nie wyjaśni
tej sprawy, to przynajmniej ma szanse na zgromadzenie materiału, który w
przyszłości będzie mógł być poddany rzetelnej ocenie. Dlaczego? Choćby ze
względu na ekshumację, która już nastąpiła, być może będą kolejne. Inny przykład
to ostatnio przeprowadzone, na żądanie polskiej prokuratury, badania w
Smoleńsku, niestety spóźnione o kilkanaście miesięcy. Ponadto rodziny ofiar i
ich pełnomocnicy mają wgląd w akta, a także częściowo wpływ na tok postępowania.

Mówi Pan o zgromadzonym materiale, który jest przecież albo cząstkowy,
albo sfałszowany, mam na myśli dokumentację medyczną ofiar.

– Ale żaden inny organ, jak choćby komisja, której przewodniczył pan Jerzy
Miller, nie zajął się kwestią wiarygodności dokumentów przysłanych przez stronę
rosyjską. Prokuratura jest jedynym organem, który może, chociaż w części, zebrać
materiał, i nawet jeśli nie dokona ocen generalnych, to te informacje dotyczące
fałszowania dokumentacji pozostaną i będą ważne dla przyszłych ocen i prac. Nie
ulega jednak wątpliwości, że ze względu na zaniedbania, które były na początku,
również ze strony prokuratury, wyjaśnienie przyczyn tej katastrofy w obecnych
realiach jest praktycznie niemożliwe. Dlatego uważam, że niezmiernie ważne jest
drążenie tej sprawy i wykazywanie choćby najmniejszych wątpliwości, tak aby w
przyszłości ten materiał poddać rzetelnej ocenie.

Jakie konkretnie zaniedbania ma Pan na myśli?
– Oczywiście te związane z niepowołaniem wspólnego zespołu śledczego, a także
mocno ograniczony udział w czynnościach śledztwa rosyjskiego, na co pozwalały
wszakże przepisy procedury karnej. Dalej – nieprzeprowadzenie sekcji zwłok ofiar
w Polsce, nieprzeprowadzenie własnych pełnych oględzin miejsca zdarzenia,
spóźnione wnioski o pomoc prawną, jak choćby te dotyczące pomiarów na miejscu
katastrofy czy wcześniejszy dotyczący badań archeologicznych.

Brak jakich dowodów pierwotnych jest odczuwalny najdotkliwiej?
– Żeby ocenić dokładnie to, czego brakuje w materiale przysłanym nam z Rosji,
trzeba byłoby mieć pełny wgląd w całą dokumentację prokuratury rosyjskiej. Na
pewno nie ma większości tych dokumentów, które wskazano jako brakujące podczas
sporządzania polskich "Uwag" do raportu MAK. Jestem przekonany, że realizacja
wniosków o pomoc prawną będzie trwała jeszcze wiele miesięcy, a może nawet lat.
Ponadto w świetle tego, co zdarzyło się ostatnio choćby w przypadku dokumentacji
pana śp. Zbigniewa Wassermanna trzeba przestać myśleć o jej wiarygodności. Co z
tego, że strona rosyjska przekaże nam protokół z oblotu lotniska Siewiernyj.
Jaką mamy gwarancję, że nie został on sfałszowany?

Prokuratura zajęła stanowisko, że wnioski z ekspertyzy lekarskiej zwłok
ministra Wassermanna, dokonanej przez wrocławskich lekarzy sądowych, są w
zasadzie zbieżne z ekspertyzami wykonanymi przez biegłych rosyjskich.

– To jakieś kompletne nieporozumienie. Ten komunikat prokuratury jest
absurdalny. Może porównanie nie jest do końca stosowne, ale to wygląda mniej
więcej tak, jakby był mecz Polska – Anglia, wynik jest 1:0, a w telewizji byłaby
transmisja zupełnie innego meczu, tyle że jego wynik jest taki sam. Co z tego,
że wynik ekspertyz jest ten sam, jeżeli opis jest zupełnie inny? To, że biegli
doszli do tych samych wniosków, nie znaczy, że Rosjanie przeprowadzili rzetelne
badania. To, że na podstawie fałszywej analizy Rosjanie doszli do tych samych
wniosków co polscy biegli, nie zmienia faktu, że dopuścili się fałszerstwa
intelektualnego protokołów z sekcji zwłok, a takie działanie jest penalizowane
przez kodeks karny i w sposób oczywisty utrudnia prowadzenie śledztwa w sprawie
katastrofy.

Jakich efektów spodziewa się Pan po kolejnych wyjazdach polskich
biegłych i prokuratorów do Moskwy i Smoleńska?

– Wartość tych czynności dziś jest bardzo ograniczona. One byłyby bezcenne,
gdyby zrobiono je dzień czy tydzień po katastrofie. A nie półtora roku po.
Chociaż oczywiście dobrze, że w ogóle były. Być może pozwoli to znaleźć punkt
odniesienia do dokumentacji przesłanej przez Rosjan i pewnych dokonanych przez
nich ocen, wskazać oczywiste nieprawidłowości w materiałach przez nich
sporządzonych. Mamy prawo podejrzewać, że nieprawidłowości dotyczą nie tylko
dokumentacji sekcyjnej czy pomiaru wysokości, na jakiej samolot zderzył się z
brzozą. Oczywiście, prokuratura popełniła pewne zaniedbania, ale nie zawsze ze
swojej winy.

A z czyjej? Zabrakło wsparcia rządu?
– Między innymi. Gdyby była decyzja polskich polityków, żeby tuż po katastrofie
wysłać do Smoleńska nie kilku, a kilkudziesięciu śledczych, tak samo było z
oddelegowaniem lekarzy sądowych, którzy sami zgłaszali się do pomocy, a których
wyjazd został udaremniony właśnie przez stronę rządową. Gdyby ci ludzie byli
tam, na miejscu, uniknęlibyśmy tych wszystkich kłopotów z identyfikacją i
sekcjami zwłok. Nie byłoby wątpliwości, co do oględzin miejsca zdarzenia czy
zabezpieczania wraku samolotu. Nie można więc mówić tylko o zaniedbaniach
prokuratury lub prokuratorów szeregowych. Śledczy prowadzący to postępowanie,
szczególnie ci z pierwszej linii, muszą mieć świadomość tego, że ich działania
zostaną w przyszłości ocenione przez prawników i historyków. I mogą to być
bardzo surowe oceny. Dlatego ich działania powinny być oparte na obowiązujących
przepisach, zgodnie z interesem państwa, bez względu czy i jakie naciski są na
nich wywierane.

Prokuratura do zespołu biegłych przybrała eksperta, który wcześniej w
ramach tego samego postępowania zeznawał w charakterze świadka. Być może jest
więcej takich proceduralnych potknięć, ale nie wyszły jeszcze na jaw?

– Moim zdaniem, to nadmiar pracy i zła jej organizacja prowadzi do błędów
popełnianych przez prokuratorów, takich jak powołanie w charakterze biegłego
osoby wcześniej przesłuchiwanej w toku śledztwa. To efekt braku przepływu
informacji i czasu na analizę śledztwa. Warto choćby wspomnieć, że na samym
początku główny ciężar prowadzenia sprawy spoczywał na jednym prokuratorze,
potem dołączył do niego drugi, ale to nadal niewystarczający zespół ludzi. Są i
inni prokuratorzy delegowani do wykonywania poszczególnych czynności, którzy nie
orientują się w postępowaniu. Nie tak powinna wyglądać praca zespołu
prokuratorów prowadzących tak ważne śledztwo. Oczywiście nie znam szczegółów
organizacyjnych pracy śledczych, ale z tego, co zaobserwowałem, mam wrażenie, że
nie mają oni dostatecznego wsparcia. Dla mnie wygląda to tak, jakby sprawa
katastrofy smoleńskiej przerosła kierownictwo prokuratury. Nie było ono w
stanie, szczególnie na tym najważniejszym, pierwszym etapie zapewnić jej
sprawnej pracy. A jeśli pyta pani, czy pojawią się następne błędy, to najpierw
zadałbym sobie pytanie, ile błędów, właśnie przez złą organizację już
popełniono. Przecież zarzuty, jakie poczyniono w stosunku do prokuratora
Pasionka, który nadzorował to śledztwo, jedynie zaszkodziły temu postępowaniu.
Nie wierzę, że gdyby prokurator obecnie nadzorujący to postępowanie robił to
rzetelnie, znając całość akt, nie wychwyciłby tak oczywistego błędu, jak
powołanie w charakterze biegłego wcześniejszego świadka w sprawie. Pytanie, komu
służyło odwołanie prokuratora Pasionka i czy kierownictwo prokuratury zacznie
wyciągać wnioski z popełnianych przez siebie błędów.

W grupie biegłych powołanych przez prokuraturę nie znalazł się żaden
ekspert komisji Millera. Czy należy traktować to jako wotum nieufności dla tego
gremium?

– Nie oceniałbym tego w taki sposób. Biegli komisji Millera już sporządzili
swoją opinię. Niestety, jej wiarygodność jest w dużej części ograniczona.
Korzystanie z tych samych osób byłoby powielaniem ich błędów. Lepiej więc
sięgnąć do innej grupy niezależnych biegłych, mieć kontropinię, która albo
potwierdzi albo zakwestionuje ustalenia komisji. Raport komisji Millera jest w
aktach śledztwa smoleńskiego, a tamci biegli mogą zawsze być wykorzystani przez
prokuraturę, jeśli zajdzie taka potrzeba. Prokurator nie powinien natomiast
kierować się wyłącznie wcześniejszymi ustaleniami. Ma raport, który jest
publicznie podważany, dlatego korzysta z wiedzy innych biegłych.

Prokuratorzy w kontaktach z mediami niechętnie mówią o współpracy ze
stroną rosyjską. Dlaczego?

– Problem współpracy ze stroną rosyjską pojawia się nie tylko w ramach wątku
głównego, ale również w sprawach pobocznych, wyłączonych dzisiaj do odrębnego
postępowania. W każdym z tych przypadków Rosjanie miesiącami nie przekazują
podstawowej dokumentacji. Sądzę, że brak stanowczej reakcji prokuratury wynika z
kilku przyczyn. Po pierwsze, widząc uległość rządu wobec strony rosyjskiej,
prokuratura nie może być pewna wsparcia swoich działań i dlatego pozostaje
bierna. Drugi powód to pewnie wciąż istniejące, a moim zdaniem, błędne
przekonanie, że uległością uzyskamy więcej. Wreszcie, i to trzeba sobie
powiedzieć bardzo jasno, żaden organ państwowy nie będzie skłonny przyznać się,
że jest notorycznie ignorowany przez drugą stronę, i to w sprawie tak
prestiżowej. To przecież wstyd nie tylko dla tej instytucji, ale dla całego
państwa polskiego, które nie jest traktowane podmiotowo przez Federację
Rosyjską.

Były jednak pewne ruchy prokuratury dające do myślenia, jak na przykład
wyłączenie tezy o udziale osób trzecich czy też odsunięcie wspomnianego przez
Pana prokuratora Marka Pasionka od śledztwa…

– Rzeczywiście, wykluczono – moim zdaniem – w sposób nieuprawniony – tezę o
możliwym udziale osób trzecich. Wszyscy pamiętamy wypowiedź prokuratora
generalnego Andrzeja Seremeta. Osobiście uważam, że jest nie bardzo zorientowany
w śledztwie. Na pewno nie zna tak dobrze tego postępowania jak prokuratorzy,
którzy je prowadzą. Należy jednak rozróżnić prokuratorów nadzorujących śledztwo,
jak pana Parulskiego czy Seremeta, od prokuratorów referentów. Warto też
przypomnieć inną publiczną wypowiedź Seremata na temat ekshumacji, że nie
wykonuje się ich w okresie letnim. Moim zdaniem, takie opinie mogą wpłynąć na
postępowanie podwładnych. W dodatku przeczą one obowiązującym przepisom. Jeżeli
przełożony zajmuje niezrozumiałe stanowisko, to może być ono odebrane jako próba
wywarcia presji na podwładnych, aby odstąpili od określonej czynności.
Prokuratura powinna opierać swoje działania na przepisach kodeksu postępowania
karnego. Wielokrotnie oceniałem, że tego nie robi, jak choćby podczas
realizowania uprawnień pokrzywdzonych, pamiętnego unieważniania zeznań
rosyjskich kontrolerów czy wreszcie czynności związanych z ekshumacjami. Ale w
innych przypadkach działania prokuratury należy ocenić pozytywnie, choć nie
należy uznawać tego za plus, a co najwyżej realizację urzędniczego obowiązku.
Warto choćby wspomnieć sprawę dowodu śp. Tomasza Merty. To postępowanie nie
zostało zainicjowane złożeniem przez nas wniosku, prokurator z urzędu podjął
decyzję o wyłączeniu akt i wszczęciu odrębnego postępowania karnego. To my
wskazaliśmy na rozbieżności, ale nie było tak, że prokuratura pozostawała
całkowicie bierna.

Nie ma Pan wrażenia, że skuteczniejszy nadzór nad śledztwem smoleńskim
sprawują niekiedy dziennikarze niż prokurator Parulski?

– Trzeba tę kwestię rozpatrywać w kilku aspektach. Po pierwsze, to właśnie
redaktor "Naszego Dziennika" zwrócił mi uwagę na tak oczywisty błąd, jak wybór
biegłego spośród wcześniejszych świadków w sprawie. Przyznam się, że to ogromny
wstyd nie tylko dla prokuratury, ale i dla nas, pełnomocników, iż takie
uchybienie w ogóle nastąpiło. A do tego, że wychwytuje je dziennikarz. Trzeba
wyrazić uznanie dla takiej wnikliwej i rzetelniej analizy sprawy. Ale praca
dziennikarzy to nie tylko ten jeden wychwycony błąd. Jestem przekonany, że
dziennikarze pracujący nad sprawą katastrofy smoleńskiej walnie przyczyniają się
do jej wyjaśnienia. Częściej robią to jednak ci niezauważani, którzy może
szukają mniej sensacji i rozgłosu, ale rzetelnie krok po kroku wskazują na
błędy, wątpliwości i nieprawidłowości. Za to należy się im uznanie i
podziękowanie. Trzeba przyznać, że pod tym względem to właśnie redakcja "Naszego
Dziennika" wybija się na pierwszy plan, wykonując najcięższą, ale i najbardziej
wartościową pracę. Fakt, że nie wiąże się ona z szukaniem sensacji czy szybkiego
rozgłosu, ale w ostatecznym rozrachunku to te działania należy uznać za
najbardziej wartościowe dla prokuratury, rodzin czy też pełnomocników. Sam fakt,
że prokuratorzy, i to wielokrotnie, sięgali do materiałów zamieszczanych w
"Naszym Dzienniku", świadczy o jakości pracy tej redakcji. Sam znalazłem w
aktach postępowania odniesienia, np. w toku przesłuchań świadków, do wątków
wcześniej wskazywanych w państwa artykułach. Uważam, że właśnie na tym powinna
polegać praca dziennikarzy, to dobrze świadczy zarówno o nich, jak i o
prokuraturze, że artykuły prasowe są poważnie traktowane, analizowane w toku
postępowania. Również z tej perspektywy uważam za błąd wprowadzony zakaz
dokonywania fotokopii akt śledztwa. Być może gdyby pozwolono dziennikarzom
zapoznawać się z postępowaniem, można by wyjaśnić szereg wątpliwości czy
zapobiec błędom, które kiedyś w przyszłości będą wytykane. Oczywiście pod
warunkiem, że dziennikarze czyniliby zadość etyce swojego zawodu, starali się
dociec prawdy, a nie szukać sensacji.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj