Szukam grobu Ojca od pół wieku

Z dr. Witoldem Mieszkowskim, architektem i urbanistą, synem komandora
Stanisława Mieszkowskiego, dowódcy Marynarki Wojennej, zamordowanego przez
Informację Wojskową, rozmawia Zenon Baranowski

Rzekomy spisek komandorów, absurdalne zarzuty szpiegostwa, bestialskie
śledztwo, zbrodnia sądowa i strzał w tył głowy – to wszystko stało się udziałem
Pańskiego ojca.

– Mój Ojciec, obrońca Helu w 1939 r., dowódca Floty, został terrorystycznie
uwięziony i bestialsko umęczony, a następnie zamordowany w grudniu 1952 r. przez
komunistyczny reżim. Zamordowano go sowiecką metodą – strzałem w tył głowy, i
prawdopodobnie pogrzebano tuż po rozstrzelanych parę dni wcześniej (również po
procesie "odpryskowym") podpułkownikach: Marianie Orliku i Aleksandrze Kicie.

Rodziny nie powiadomiono o miejscu jego pochówku?
– W 1956 r., od chwili kiedy wręczono mojej Matce, a także paniom Janinie
Staniewiczowej i Helenie Przybyszewskiej, żonom zamordowanych komandorów Jerzego
Staniewicza i Zbigniewa Przybyszewskiego, zapisane na maszynie połówki papieru
kancelaryjnego zwane "rehabilitacją", występowaliśmy o ekshumację zwłok
zamordowanych komandorów i o umożliwienie rodzinom ich godnego, cywilizowanego
pochówku. Na nasze ponawiane podania i wnioski nie było jednak odpowiedzi. Tak
więc na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych włączyłem się do
rozpoczętych już wówczas społecznych prac nad wzniesieniem na Powązkach pomnika
pomordowanym przez reżim komunistyczny w więzieniach warszawskich.

Pomnik jest dokładnie ustawiony w miejscu domniemanego pochówku Pańskiego
ojca i innych ofiar stalinowskich represji?

– Wiedzieliśmy tylko tyle, że było to gdzieś na cmentarzu Komunalnym, przyległym
wówczas do cmentarza Wojskowego. Dzisiaj te cmentarze są połączone. Obecnie jest
to kwatera "Ł", którą my nazywamy Łączką. I na tej Łączce wystawiliśmy pomnik.
Wcześniej mieliśmy tzw. szeptane dane, że to było właśnie tam, no i tzw.
protokół Kosztyrki. Szczęśliwie w 1989 r. odnaleziono protokół komisji Kosztyrki
z 1956 r., która miała znaleźć wówczas miejsce pochówku straconych. Rodziny
dwóch podpułkowników: Kity i Orlika, doprowadziły do tego, że została ona
powołana, o czym wówczas pozostałe rodziny straconych nie wiedziały. Z
odnalezionego protokołu wynikało, że właśnie tu, w obecnej kwaterze "Ł"
cmentarza Komunalnego na Powązkach, chowano skrycie, nocą, straconych z wyroków
kapturowych sądów reżimowych, m.in. właśnie we wczesnych latach pięćdziesiątych.

Zwrócił się Pan wówczas o interwencję?
– Wystąpiłem wówczas do ministra sprawiedliwości o ekshumację zwłok mojego Ojca.
Domagałem się ekshumacji. Zyskałem nawet poparcie zastępcy prokuratora
generalnego Stefana Śnieżki, potem niezwykle zasłużonego w poszukiwaniach miejsc
pochówków ofiar zbrodni katyńskiej. Postępowanie prowadzone na Krakowskim
Przedmieściu w Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu
przez panią prokurator Marię Grabską-Taczanowską trwało długo po to tylko, by
zakończyć się… niczym! Po prostu kolejna pani prokurator Urbanek-Pindor, tym
razem z Prokuratury Wojewódzkiej w Warszawie, w roku 1993 umorzyła śledztwo w
sprawie grzebania zwłok. Protestowałem przeciw temu umorzeniu, wskazując na
konieczność odszukania i przesłuchania dodatkowych świadków, np. zatrudnionego
do niedawna w WSI funkcjonariusza śledczego w GZI MON Kazimierza Turczyńskiego –
brata Włodzimierza Turczyńskiego, grzebiącego w roku 1952 pomordowanych
oficerów, czy też prokuratora wojskowego Mariana Frenkla, podpisanego pod
protokołem Kosztyrki.

Ale odwołał się Pan od decyzji o umorzeniu.
– Na próżno. Prokuratura apelacyjna na Krakowskim Przedmieściu z podpisem
prokuratora Bogusława Michalskiego zmieniła co prawda kwalifikację prawną
umorzenia, ale stwierdziła jednocześnie, że żadnej ekshumacji nie będzie, dając
mi do zrozumienia, że nie jest to sprawa publiczna, tylko moja "prywatna".
Oczywiście po latach zeszli z tego świata odpasieni, z wysokimi emeryturami i
nie "nękani" przez nikogo kolejni funkcjonariusze stalinowscy podpisani pod
protokołem Kosztyrki: najpierw komendant więzienia mokotowskiego Alojzy
Grabicki, a następnie znany brydżysta Marian Frenkiel, który miał co prawda
dobrą pamięć do kart, ale jakby gorszą do popełnionej zbrodni sądowej i do
zacierania jej śladów. Zmarł też niedawno, zanim stanął przed sądem, oprawca
mojego Ojca – Kazimierz Turczyński, który był funkcjonariuszem śledczym na Oczki
w Informacji Wojskowej. Prokurator Piotr Dąbrowski z warszawskiego Instytutu
Pamięci Narodowej chciał go jeszcze przesłuchać kilka lat temu, ale w tym czasie
oprawca zmarł.

Pana zdaniem, to efekt niewydolności wymiaru sprawiedliwości?
– Nie chciałbym mówić, że w sprawach ścigania i pociągnięcia do
odpowiedzialności karnej za zbrodnie ludobójstwa i za zbrodnie przeciwko
ludzkości komunistycznych władz i konkretnych oprawców, m.in. za udręczenie i
zamordowanie trzech komandorów, prowadzono dotąd dochodzenia ze zbyt małym
impetem; nie zawsze profesjonalnie i przez to nieskutecznie; że czynnościom tym
nie sprzyjała zbyt słaba "wola polityczna". Takie bowiem pisanie byłoby
pleceniem banałów z pokrętnych eufemizmów, a ponadto mylnie sugerowałoby, że nie
tylko zaczynano, ale poważnie prowadzono owe dochodzenia w imię ustalenia winy i
ukarania winnych. Prawda w tym względzie jest bowiem inna.

To znaczy?
– Mimo moich kilku artykułów prasowych (w latach 1990-1993), wystąpień do
ministra sprawiedliwości Wiesława Chrzanowskiego i wiceministra Stefana Śnieżki
(w roku 1991), do Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu
(w latach 1992 i 1993), do premiera Jana Olszewskiego, do prokuratury
Warszawskiego Okręgu Wojskowego i Naczelnej Prokuratury Wojskowej (w 1993 r.),
Izby Wojskowej Sądu Najwyższego (w 1994 r.), do prezesa Sądu Najwyższego Adama
Strzembosza (w 1994 r.), a nawet zupełnie już bez przekonania po kuriozalnym
dojściu postkomunistów do władzy: do kolejnego ministra sprawiedliwości Leszka
Kubickiego (w 1996 r.)…

Jakie były rezultaty?
– Otóż mimo tych moich wystąpień żadna z wyszczególnionych wyżej instytucji ani
żadna prominentna osoba nigdy nie wystąpiły do Zgromadzenia Narodowego III
Rzeczypospolitej o uznanie za organizacje zbrodnicze takich gremiów, jak:
Komisja Biura Politycznego PZPR (w składzie: Bierut, Berman, Radkiewicz, Minc),
Naczelna Prokuratura Wojskowa (z Zarakowskim i Azarkiewiczem), Główny Zarząd
Informacji MON (z Wozniesienskim, Skulbaszewskim, Kochanem i Niedzielinem), a
także Najwyższy Sąd Wojskowy (z Świątkowskim, Tomaszewskim, Parzenieckim,
Krupskim i Karczmarzem), w okresie ich zbrodniczych działań, tj. co najmniej od
20 października 1950 do 16 grudnia 1952 roku. Tyle bowiem czasu upłynęło od
chwili terrorystycznego uwięzienia mojego Ojca w Gdyni do zamordowania go
strzałem w tył głowy w więzieniu mokotowskim w Warszawie.
Niestety, nasza III Rzeczpospolita nie spisała się w tym względzie.

Gdzie zapala Pan znicze ku pamięci Ojca?
– W Warszawie składamy kwiaty i zapalamy znicze na Powązkach w kwaterze "Ł", na
tzw. Łączce, pod wzniesionym pośród modrzewi pomnikiem-murem, przypominającym
niegdysiejszy mur Mokotowa. To właśnie więzienie mokotowskie obok Rembertowa,
Rakowieckiej, Koszykowej, Suchej i Oczki będzie zawsze jednym z jakże licznych,
wstydliwych symboli powojennej Warszawy.
Jeździmy także do Gdyni, najczęściej w przeddzień najbardziej znamiennego dla
tego miasta dnia – 17 grudnia. Wspominamy wówczas ze wzruszeniem tragiczne
momenty naszej historii, zarówno te z 1970 r., jak i z 1952 r. i kładziemy
wiązankę pod spiżową tablicą komandorów. Tablicę tę, z dyskretną pomocą
londyńskiego Stowarzyszenia Marynarki Wojennej i przy poparciu miejscowego
proboszcza ks. Tadeusza Makowskiego, a także ks. bp. Mariana Przykuckiego,
siłami rodzinnymi wiosną 1984 r. wmurowaliśmy we wschodnią ścianę kościoła św.
Michała Archanioła na Oksywiu. To przecież skromny, ale i najpiękniejszy
zarazem, często odwiedzany przez brać marynarską Panteon Polski na Morzu.

Zamordowanych komandorów skazano na zapomnienie?
– W Marynarce Wojennej PRL pod kierownictwem Czerokowa, Winogradowa,
Studzińskiego i Janczyszyna dobrze pilnowano przez lata, aby nie ukazała się w
publikacjach najmniejsza wzmianka i bodaj jedno zdjęcie, na którym można by
dopatrzyć się któregoś ze straconych czy choćby tylko więzionych komandorów. Z
czasem, w miarę odchodzenia zbrodniczego garnituru i gorliwych potakiwaczy,
zaczęto pisywać o komandorach – ofiarach terroru komunistycznego na Wybrzeżu.
Przydzielono więc im, odebrane wprzódy drugorzędnym i nikomu nieznanym
komunistom, trzy czwartorzędne ślepe uliczki na gdyńskim Grabówku. Poświęcono na
odrzwiach oksywskiej uczelni niewielką i mało czytelną granitową tabliczkę. W
rogu cmentarza redłowskiego nawet sprokurowano w sposób amatorski bardzo brzydki
i tandetny zbiorowy lastrykowy nagrobek.

A w Warszawie?
– Wydawać by się mogło, że wraz z ponownym ukoronowaniem orła w godle i
wyekwipowaniem go w złocony manicure sytuacja powinna zmienić się diametralnie.
Ale już pierwsza poważniejsza propozycja uczczenia w III Rzeczypospolitej
konkretnych postaci, a mianowicie wniosek historyka wojskowości o pośmiertne
awanse i odznaczenia choćby tylko dwudziestu straconych oficerów, przepadł w
czeluściach biurek ministerstwa obrony. I to przepadł, jak dotychczas,
bezpowrotnie. Już dobrych kilkanaście lat temu, za radą ówczesnego szefa Sztabu
MW admirała Ryszarda Łukasika, przypominałem o tym wniosku gen. Romanowi
Harmozie z Wydziału Kadr MON, a następnie już tylko w odniesieniu do trzech
komandorów ówczesnemu ministrowi ds. kombatantów Jackowi Taylorowi. Jak dotąd,
wciąż bez widocznego skutku, jeśli nie liczyć pisemka skierowanego do mnie w
roku 1996 przez płk. Jana Szałaja, dyrektora departamentu w Urzędzie Kombatantów
i Osób Represjonowanych, w którym zostałem pouczony, z kim to mam się
"kontaktować" i co komu mam "zasugerować". Zupełnie tak jakby to miała być moja
sprawa prywatna, a nie publiczna, którą reprezentowany przez niego urząd już
dawno powinien się zająć!

Według zapowiedzi Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, pojawia się szansa
na przeprowadzenie ekshumacji na Łączce.

– Rzeczywiście. Tym razem szef Urzędu Kombatantów i Osób Represjonowanych
minister Jan Stanisław Ciechanowski jest już po mojej stronie. Minęły przecież
dwie dekady w wolnej III Rzeczypospolitej. Dokonały się nawet na obcej ziemi
ekshumacje polskich oficerów z mogił katyńskich. Myślę, że już najwyższy czas,
by przeprowadzić również ekshumacje polskich oficerów Marynarki Wojennej… u
siebie (!). Dążę do tego od przeszło pół wieku. I nadal będę za tym obstawał,
ażeby wreszcie odnaleziono dowody na pochówek w tym miejscu wybitnych Polaków i
obrońców jej niepodległości – ofiar terroru komunistycznego w Priwislei, wciąż
jeszcze… skazanych na zapomnienie.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj