Szukajcie raportu Gorgonowa
– Dokument z 21 lipca 1945 r., w którym naczelnik kontrwywiadu wojskowego
(SMIERSZ) Wiktor Abakumow informuje Ławrientija Berię o planach likwidacji 592
"polskich bandytów", członków Armii Krajowej, aresztowanych w rejonie Puszczy
Augustowskiej, odnalazłem bardzo dawno, w 1990 r., w archiwum KGB. Nie
skopiowałem go, bo jeszcze niezbyt dobrze znałem historię polskiego ruchu oporu,
nie zdawałem sobie sprawy z jego wagi. Ale zrobiłem dokładny wypis i wiem, gdzie
teraz się znajduje. Polska prokuratura powinna wystąpić z wnioskiem o jego
udostępnienie do FSB – przekonuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" prof. Nikita
Pietrow. Federalna Służba Bezpieczeństwa nie ma żadnych podstaw prawnych, żeby
odmówić odtajnienia dokumentu. Szyfrogram jest dowodem masowych represji i
zgodnie z prawem – nie może pozostawać tajny. Rosyjskie przepisy nakładają na
archiwum obowiązek odpowiedzi w ciągu miesiąca. Jeżeli jest potrzeba
odtajnienia, przedłuża się to do trzech miesięcy. Odmowę można zaskarżyć do
sądu.
Dla profesora Pietrowa analogia między zbrodnią katyńską a sprawą obławy
augustowskiej jest oczywista: w obu przypadkach prokuratura Federacji Rosyjskiej
twierdziła lub nadal twierdzi, że nic nie wie. W 1995 r. Ambasada Polska w
Moskwie dostała odpowiedź, w której stwierdzono, że w przypadku 592 osób z
Puszczy Augustowskiej "sprawy karne nie były kierowane do sądów, a ich dalszy
los jest nieznany". Historyk wskazuje na interesującą frazę w dokumencie z 21
lipca 1945 r., w którym naczelnik kontrwywiadu wojskowego (SMIERSZ) Abakumow
informuje Ławrientija Berię o planach likwidacji 592 "polskich bandytów",
członków Armii Krajowej, aresztowanych w rejonie Puszczy Augustowskiej. Abakumow
pisze, po wymienieniu liczby zatrzymanych i aresztowanych, że "jeżeli operacja
ma zostać przeprowadzona, to odbędzie się to według następującego planu…".
Chodzi o to, że zatrzymano ponad 7 tysięcy osób, ale w więzieniu jest "tylko"
592. – Wysłany z Moskwy do Olecka gen. Iwan Gorgonow dziwił się, po co go
przysłano, spodziewał się znacznie większej liczby ludzi, którymi miał "się
zająć". Dla sześciu setek wystarczyłyby siły miejscowe kontrwywiadu 3. Frontu
Białoruskiego. Gorgonow pojechał, żeby zorientować się, co i jak na miejscu,
złożył raport swojemu przełożonemu Abakumowowi, a ten prawdopodobnie jego treść
przekazał Berii, do którego należała decyzja o postępowaniu z akowcami –
relacjonuje prof. Pietrow.
List Abakumowa do Berii uwzględnia aresztowanych tylko do 19 lipca, zatrzymania
trwały jeszcze dłużej, do 28 lipca. Czy to może oznaczać, że liczba ofiar jest
znacznie większa niż 592?
– Przyjmuje się, że obława trwała od 12 do 19 lipca. Następnie 20 lipca
przyleciał do Olecka z Moskwy gen. Iwan Gorgonow z grupą funkcjonariuszy SMIERSZ
w celu przeprowadzenia likwidacji aresztowanych. Plan przedstawiony Berii mówi,
że jeżeli znajdą się wśród aresztowanych kolejne osoby, które można
zakwalifikować jako akowców, to należy z nimi postąpić tak jak z tymi 592. Zatem
znamy tylko tę ostatnią liczbę. Nie wiadomo, ilu było tych dodatkowych. To jest
pole do dalszych badań historycznych. Powinny istnieć sprawy śledcze i potem
sądowe, aż po akta związane z wykonaniem wyroku śmierci i pochówkiem. Następnie
można odnaleźć te miejsca, obliczyć, ile jest w nich ciał, wykonać odpowiednie
badania, także ekspertyzy genetyczne.
Jest szansa, że w archiwach FSB są dokumenty pozostałe po realizacji tego planu,
jakiś raport Gorgonowa, protokoły rozstrzeliwań.
Piotr Falkowski, Moskwa
********************
Moskwa wie, co stało się z ofiarami obławy
Z prof. Nikitą Pietrowem rozmawia Piotr Falkowski
W swojej książce pt. "Według scenariusza Stalina" cytuje Pan dokument z 21
lipca 1945 roku, w którym naczelnik kontrwywiadu wojskowego (SMIERSZ) Abakumow
informuje Berię o planach likwidacji 592 "polskich bandytów", członków Armii
Krajowej, aresztowanych w rejonie Puszczy Augustowskiej. Prokuratorzy
białostockiego IPN chcieliby Pana przesłuchać w tej sprawie…
– Zaproszenie od prokuratorów… brzmi groźnie. Ale rozumiem, że w przypadku
polskich nic mi nie grozi. A tak poważnie, to wiem, że w Polsce jest
zainteresowanie tą sprawą, ale na razie nie dostałem żadnego zaproszenia. Byłem
już w Polsce, chętnie się jeszcze wybiorę.
Jak Pan dotarł do tego szyfrotelegramu?
– W rzeczy samej dokument został odnaleziony bardzo dawno. To było w 1990 roku,
kiedy przygotowywaliśmy materiały na proces o prawomocność dekretów Jelcyna
delegalizujących Komunistyczną Partię Związku Sowieckiego. Razem z kolegami
Nikitą Ochotinem i Arsienijem Roginskim byliśmy biegłymi Sądu Konstytucyjnego.
Mieliśmy pełnomocnictwa umożliwiające badanie dokumentów w archiwach i
poszukiwaliśmy dowodów na potwierdzenie zarzucanych partii komunistycznej
przestępstw przeciwko konstytucji. Że nie była ona organizacją społeczną, a
jednym z mechanizmów władzy. Znajdowaliśmy dużo dokumentów i te, które wydawały
się przydatne do sprawy przeciwko KPSS, szły bezpośrednio do sądu. Natomiast ten
dokument znalazłem w archiwum dawnego KGB, ale go nawet nie skopiowałem, bo
wtedy jeszcze niezbyt dobrze znałem historię polskiego ruchu oporu i nie do
końca zdawałem sobie sprawę z jego wagi. Ale zwróciłem na niego uwagę, zrobiłem
dokładny wypis, ale zostawiłem to, gdyż nie miał wówczas znaczenia dla naszej
sprawy: nie było tam żadnych konkretnych postanowień kierownictwa partii, a
tylko plan, propozycja działania. I o tym dokumencie właściwie zapomniałem, bo
nie zajmowałem się historią polskiego podziemia. Dopiero kilka lat temu
Aleksandr Gurianow opowiedział mi o wnioskach polskiej prokuratury do naszej w
tej sprawie. Wówczas przypomniałem sobie, że z czymś takim już się spotkałem,
zacząłem przeglądać swoje stare zapiski. A ponieważ przygotowywałem książkę na
temat działań organów bezpieczeństwa w Europie Wschodniej w latach 1945-1953,
postanowiłem, że go w niej umieszczę i w ten sposób zostanie on ujawniony.
A więc treść jest podana w książce na podstawie notatek i nie ma kopii
dokumentu?
– Właśnie tak, nie ma niestety kopii. Ale można ją łatwo uzyskać, bo zapisałem
dokładnie, gdzie ten dokument się znajduje. Trzeba napisać wniosek do Federalnej
Służby Bezpieczeństwa o jego udostępnienie. FSB nie ma żadnych podstaw prawnych,
żeby odmówić jego odtajnienia. Jest on dowodem masowych represji i według prawa
nie może pozostawać tajny.
Polskie władze kilkakrotnie już zwracały się do władz Federacji Rosyjskiej o
udostępnienie informacji na temat akowców aresztowanych przez Sowietów.
– Nie wiem, jaki jest obecnie status tego dokumentu. Trzeba napisać podanie i
będzie wiadomo. To może zrobić i osoba fizyczna, i prawna, i organizacja. Może
nawet "Memoriał" to zrobi w najbliższym czasie, ale może również polska
prokuratura. Według prawa archiwum musi odpowiedzieć w ciągu miesiąca. Jeżeli
jest potrzeba odtajnienia, to przedłuża się to do trzech miesięcy. Ale tak czy
inaczej archiwum musi się tym zająć, nie może zignorować wniosku. Ostatecznie
rezultatem może być odmowa, ale wówczas można zaskarżyć ją do sądu. W tym
przypadku trudno sobie wyobrazić przyczyny utajnienia tego materiału. Formalnie
dokument może być odtajniony po upływie dostatecznie długiego czasu i
zapewnieniu, że rozpowszechnienie zawartości nie narazi bezpieczeństwa państwa,
przy czym nie podlega wydłużeniu czas odtajnienia dokumentów dotyczących zbrodni
naruszenia praw człowieka.
Opublikowany przez Pana list Wiktora Abakumowa do Berii uwzględnia
aresztowanych do 19 lipca 1945 r., a zatrzymania odbywały się jeszcze później,
do 28 lipca. Czy to może oznaczać, że liczba ofiar jest znacznie większa niż
592?
– Przyjmuje się, że obława trwała od 12 do 19 lipca. Następnie, 20 lipca
przyleciał do Olecka z Moskwy generał Gorgonow z grupą funkcjonariuszy SMIERSZ w
celu przeprowadzenia likwidacji aresztowanych. Plan przedstawiony Berii mówi, że
jeżeli znajdą się wśród aresztowanych kolejne osoby, które można zakwalifikować
jako akowców, to należy z nimi postąpić tak jak z tymi 592. Zatem znamy tylko tę
ostatnią liczbę. Nie wiadomo, ilu było tych dodatkowych. To jest pole do
dalszych badań historycznych. Wydaje się, że nastąpiły jakieś przesłuchania,
zarzut współpracy z Armią Krajową był badany. Niezależnie od tego, czy
aresztowany przyznał się, czy nie, to i tak nie można go było tak po prostu
zastrzelić, chyba żeby był uzbrojony i stawiał opór. Tak więc powinny istnieć
sprawy śledcze i potem sądowe, aż po akta związane z wykonaniem wyroku śmierci i
pochówkiem. Następnie można odnaleźć te miejsca, obliczyć, ile jest w nich ciał,
wykonać odpowiednie badania, także ekspertyzy genetyczne. Wówczas okaże się, czy
liczba ofiar wynosi 592, czy jest znacznie większa.
Co jest takiego niezwykłego w sprawie obławy augustowskiej?
– W dokumencie, który znalazłem, jest interesująca fraza. Abakumow pisze do
Berii po wymienieniu liczby zatrzymanych i aresztowanych, że "jeżeli operacja ma
zostać przeprowadzona, to odbędzie się to według następującego planu…". Chodzi
o to, że zatrzymano ponad 7 tysięcy ludzi, ale w więzieniu jest tylko 592, gdyż
część wypuszczono, a jeszcze innych przekazano organom litewskim. I wysłany do
Olecka Gorgonow dziwił się, po co go przysłano. Zapewne spodziewał się znacznie
większej liczby ludzi, którymi miał się zająć. Dla sześciu setek wystarczyłyby
siły miejscowe kontrwywiadu 3. Frontu Białoruskiego. Gorgonow pojechał, żeby
zorientować się na miejscu, co i jak, złożył raport swojemu przełożonemu
Abakumowowi, a ten prawdopodobnie jego treść przekazał Berii, do którego
należała decyzja o postępowaniu z akowcami.
To była inna ścieżka działania niż wypracowana w dotychczasowej praktyce
sowieckiego aparatu terroru?
– Dla każdej z tych 592 osób powinna zostać założona sprawa. Są w niej zapisy
dotyczące aresztowania, przesłuchań. Na podstawie takich dokumentów można
później, jeżeli ci ludzie zostali zabici, stwierdzić, że doszło do zbrodni
wojennej, ponieważ nie można nikogo zabić bez śledztwa, sądu i wykazania winy –
choćby w rozumieniu stalinowskiego aparatu państwowego. Otwarta wojna to co
innego – na ogień odpowiada się ogniem, ale kiedy człowiek składa broń i idzie w
niewolę, to nie można go już było zabić. Owszem, tych ludzi więziono, przewożono
z łagru do łagru, niektórych nawet wypuszczano. Ale żeby rozstrzelać, trzeba
było najpierw skazać. A więc mamy zupełnie wyjątkowe postępowanie. Śledczy z
zarzutem współpracy z AK nie wysyłali zatrzymanych przez sądy wojenne, ale – na
podstawie rozkazów wyższego kierownictwa – od razu wymierzano karę.
Dostrzega Pan jakieś podobieństwo obławy augustowskiej do zbrodni katyńskiej?
– Jest ono takie, że w obu przypadkach prokuratura Federacji Rosyjskiej
twierdzi, że nic nie wie. Przecież jeszcze w 1995 roku wysłano do ambasady
polskiej w Moskwie odpowiedź, w której stwierdzono, że w przypadku tych 592
akowców "sprawy karne nie były kierowane do sądów, a ich dalszy los jest
nieznany". Ludzi zatrzymano, są ich sprawy, śledczy się nimi zajmowali, a niczym
się nie zakończyły. Ani ich nie wypuszczono, ani nie osądzono. Tak się nie
dzieje. Wszyscy przecież nie uciekli. Wówczas zresztą część wróciłaby do domu, a
innych by złapano albo gdzieś odnaleziono – ktoś mógłby żyć do dzisiaj. A skoro
oni ani nie wrócili do swoich, ani nie odnaleźli się w żadnym sowieckim łagrze,
stąd jasne, że realizowany był plan Abakumowa i Gorgonowa przedstawiony do
zatwierdzenia Berii. Zrozumiałem to dopiero niedawno, właśnie kiedy kolega
pokazał mi pismo prokuratury z 1995 roku. Bo wcześniej to był dla mnie tylko
plan, propozycja – planów robi się wiele, tym bardziej w NKWD. Ale ten był
realizowany.
Dla bliskich Polaków rozstrzelanych po obławie augustowskiej teraz
najważniejsze pytanie dotyczy miejsca ich pochówku.
– Po pierwsze, jest szansa, że w archiwach FSB są dokumenty pozostałe po
realizacji tego planu, jakiś raport Gorgonowa, protokoły rozstrzeliwań. W takich
dokumentach nie pisze się dokładnie miejsc. Ja np. widziałem wiele takich akt
rozstrzeliwań w Niemczech, dokonywanych pojedynczo i zbiorowo po wyrokach
sowieckich trybunałów wojskowych. I tam nie ma dokładnych miejsc. Były zapisy
typu: "w lesie, półtora kilometra na północny zachód od wsi Wuhlheide". I
wszystko. Więc nie spodziewajmy się w aktach FSB dokładnych współrzędnych i map.
To były sprawy tajne, więc nie było żadnego sensu opisywać miejsca pochówków.
Pochówki zbrodni katyńskiej są tu absolutnym wyjątkiem – ofiary grzebano w
miejscach, w których już wcześniej pochowano ofiary represji. Nie szukano nowych
miejsc. W naszym przypadku jest inaczej. Jest wielki las – Puszcza Augustowska –
i nie wiadomo, gdzie grupa Gorgonowa znalazła miejsce dla tych ciał.
Są wskazówki, że to może być na obecnym terytorium Białorusi, z tym że władze
tego kraju odmówiły pomocy.
– Mnie się tak nie wydaje. Chociaż rzeczywiście granica przecina puszczę. Ale i
Olecko, i Augustów, i większa część tego ogromnego lasu leży w Polsce. Po
drugie, trzeba zebrać świadectwa, gdzie ostatnio widziano aresztowanych (bliscy
mogli ich w ograniczonym zakresie odwiedzać), bo nie sądzę, żeby wywożono ich
gdzieś daleko. Przecież puszcza to bardzo dogodne miejsce. Wreszcie po trzecie,
duże efekty dają metody oparte na analizie zdjęć lotniczych. Wykonuje się je
jesienią, gdy nie ma już liści, a jeszcze nie spadł śnieg. Miejsca, które były
zakopywane, rożne jamy, w pewien sposób wyróżniają się na takich zdjęciach.
Zdaniem zajmujących się w Polsce tą sprawą, aby uzyskać jakąś pomoc ze strony
rosyjskiej, konieczna jest zgoda na najwyższym szczeblu politycznym.
– Tak jest nie tylko w tym przypadku, ale i Katynia, i innych. Dwadzieścia lat
temu to nie było jeszcze problemem. Można było łatwo otrzymać wszelkie
dokumenty, a międzynarodowy aspekt nawet to ułatwiał. Było trudno je znaleźć,
ale nie ujawnić prawdę. A teraz na swój sposób pojęty prestiż państwa zakazuje
przyznawania się do oczywistej zbrodni. Tak jak żadne prawo nie zabrania
odtajnić i przekazać polskiej prokuraturze wszystkich dokumentów sprawy
katyńskiej. Żadne. A doszło do zamknięcia tej sprawy i utajnienia jego
uzasadnienia. To samo jest z Augustowem. W 1995 roku prokuratura napisała coś,
co jest tylko pozorem prawdy. Bo przekazano pewne informacje, ale nie
dokończono. Przecież na pewno władze rosyjskie wiedzą, co się stało z tymi
ludźmi.
To ciekawe, co Pan powiedział o "prestiżu państwa". Jak rozumieją go obecne
władze Rosji?
– Jest to niewidoczna idea kierująca obecną polityką. Taki skryty stalinizm, gdy
najwyższe władze nie chcą uznawać zbrodni stalinowskiego reżimu. Obawiają się,
że jeżeli rozpowszechni się wiedza o przestępstwach tego okresu, to
społeczeństwo nabierze przekonania o zbrodniczości sowieckiego państwa jako
takiego.
Dzierżyński cieszy się w Rosji dużym uznaniem, jego grób znajduje się wśród
najbardziej zasłużonych pod murem kremlowskim, jest wiele ulic jego imienia,
widziałem ostatnio plakat z nim tu, w Moskwie, na komisariacie policji. Czy to
nie dziwne, że tak czci się komunistę z Polski, który odpowiada za śmierć
tysięcy Rosjan?
– I to nie takiego komunistę, który urodził się i żył na terytorium imperium,
jakich były miliony. Ale pochodzącego z Warszawy, z rodziny "wrogów klasowych".
Cóż powiedzieć: odżywające, dawne "ideały" są silniejsze niż zdrowy rozsądek.
Okazują się silniejsze niż uczucia narodowe. Bo one powinny dyktować
przekonanie, że Dzierżyński to wróg narodu rosyjskiego i nie tylko tego, także
innych: Białorusinów, Ukraińców, nawet Polaków (jeśli nie pasowali pod względem
klasowym) czy Niemców, Żydów… W elicie państwowej jest silna tęsknota za
Związkiem Sowieckim. Dlaczego? Myślę, że dlatego, że oni po prostu inaczej nie
potrafią rządzić. Oni sprawują władzę poprzez środki, które stosowała
Komunistyczna Partia Związku Sowieckiego. Czyli poprzez poniżenie ludzkiej
wolności, podporządkowanie osoby interesom państwa, odrzucenie przekonania o
wartości pojedynczego życia. Zatem mamy wszystkie elementy sowieckiej demagogii,
tylko bez marksizmu-leninizmu i sformułowań o proletariackim internacjonalizmie.
I to przeszkadza w dokończeniu takich spraw jak Katyń czy obława augustowska?
– To się zaczęło w połowie lat 90. Sprawę Katynia można było już wtedy
zakończyć. Ale nie, oni przedłużali bez powodu śledztwo. A dopóki ono trwa,
dokumenty muszą być tajne i nie ogłasza się jego rezultatów. Potem śledztwo po
cichu zamknięto, ale ogłoszono ten fakt dopiero po pół roku. Toż to chytrość i
podłość. Tym bardziej że zamyka się głośną sprawę, należy podać do publicznej
wiadomości rezultaty dochodzenia. A oni wręcz przeciwnie, utajnili je. W tamtych
czasach czy nieco wcześniej takie postanowienia były publikowane, miały miejsce
rehabilitacje. W ostatnich latach ZSRS i w pierwszych latach Federacji
Rosyjskiej wszystko było jawne, o zbrodniach można było mówić, badać je.
Publikowano dokumenty. A teraz tego się nie robi. Co to znaczy? Że odeszliśmy od
polityki głasnosti [jawności], nie przyznaje się już prawa do prawdy. A władza
czuje się w obowiązku przedstawiać Związek Sowiecki jako lepszy, niż był w
rzeczywistości.
Czy z punktu widzenia interesów politycznych Rosji w relacjach
międzynarodowych nie lepiej byłoby jednak zakończyć sprawy historyczne z Polską?
– Rząd Rosji uważa, że lepiej, jeśli te sprawy będą ukryte. Że tak jest dla
stosunków międzynarodowych lepiej. To błędne przekonanie, ale tak uważają. W
polityce zagranicznej poza sprawami gospodarczymi, wojskowymi itp. powinna być
też polityczna otwartość. A trudności z przeszłości należy rozwiązać tak, żeby
były nauką na przyszłość. Żeby nie można było mówić, że któraś strona coś
ukrywa. Najlepiej, żeby w sprawie Katynia albo Augustowa było prowadzone wspólne
śledztwo. Tak się nie stało. Ale skoro u nas jest zakończone albo w ogóle go nie
wszczęto, to jaki jest problem, żeby przekazać materiały. Ale rosyjskie władze,
przemilczając te problemy, nie pomagają polityce dwustronnej z Polską. To skutek
nastawienia neoimperialistycznego. Przecież mamy prezydenta i premiera. Obaj
przyznali, że w Katyniu dokonano zbrodni i kto jest jej sprawcą. To kto jeszcze
powinien dać zgodę na odtajnienie materiałów?
A naród?
– Ja i Gurianow to też naród. Ale większość społeczeństwa jest wychowywana tak,
że polityka międzynarodowa jest jak mecz piłki nożnej. Jest moja drużyna i wróg.
I nieważne, kto ma rację – ważne, że to są nasi.
Dziękuję za rozmowę.
*****************
Nikita Wasiljewicz Pietrow urodził się w 1953 r., jest historykiem
specjalizującym się w dziejach aparatu bezpieczeństwa Związku Sowieckiego,
zastępcą przewodniczącego stowarzyszenia "Memoriał", autorem kilku książek, w
tym ostatniej publikacji na temat roli organów bezpieczeństwa ZSRS w opanowaniu
państw Europy Wschodniej w latach 1945-1953 pod tytułem "Według scenariusza
Stalina".
OBŁAWA AUGUSTOWSKA, zwana również "lipcową", była największą akcją przeciwko
żołnierzom podziemia niepodległościowego i tym, którzy ich wspierali, w rejonie
północno-wschodniej Polski po zakończeniu wojny. W dniach 12-19 lipca 1945 r.
oddziały Armii Czerwonej i NKWD przeprowadziły masową pacyfikację w rejonie
Puszczy Augustowskiej. Działania te prowadzono głównie przy użyciu sił
sowieckich – oddziałów NKWD oraz SMIERSZ (kontrwywiadu wojskowego) 3. Frontu
Białoruskiego. Funkcjonariusze UB, MO oraz miejscowi konfidenci uczestniczyli w
akcji, wskazując osoby do aresztowania i pełniąc rolę przewodników, następnie
pełnili rolę tłumaczy oraz asystentów podczas brutalnych przesłuchań. W sumie
zaangażowano kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy i ich współpracowników.
Najprawdopodobniej zatrzymania żołnierzy AK trwały w dalszym ciągu, aż do 28
lipca. Dochodziło również do potyczek oddziałów podziemia z Sowietami, podczas
których wielu żołnierzy AK wzięto do niewoli, a spora część zginęła. Następnie
zatrzymani zostali uwięzieni i poddano ich brutalnemu śledztwu oraz torturom.
Spośród ok. 7 tys. osób kilka tysięcy przekazano organom litewskim, które
prowadziły analogiczną akcję. Dowództwo operacji znajdowało się w Augustowie.
Z pozostałych 2 tys. wybrano grupę ok. 600 osób (były w niej kobiety w ciąży i
nastoletni chłopcy), którą wywieziono ciężarówkami, a ich los jest nieznany.
List naczelnika SMIERSZ gen. Wiktora Abakumowa do Ławrientija Berii,
opublikowany przez Nikitę Pietrowa, jest pierwszym dowodem na to, że zostali
zamordowani. Istnieją poszlaki, że doszło do tego w pobliżu Grodna na Białorusi.
Dla przeprowadzenia egzekucji z Moskwy przybyła specjalna grupa funkcjonariuszy
SMIERSZ. Mieli oni staranny plan mający na celu ukrycie rozstrzeliwań i
zapobieżenie ucieczkom.
W sprawie obławy polscy prokuratorzy wielokrotnie zwracali się o pomoc prawną do
Rosji. Po raz pierwszy w 1994 roku. W odpowiedzi uzyskano potwierdzenia
aresztowania członków "antysowiecko nastawionej Armii Krajowej", jednak Rosjanie
nie udzielili żadnych informacji na temat ich losu. Śledztwo prowadzi
białostocki IPN, który ma zamiar, także w związku z dokumentem ujawnionym przez
Pietrowa, zmienić kwalifikację przestępstwa z zabójstwa na zbrodnię przeciwko
ludzkości, która zgodnie z konwencjami międzynarodowymi, ratyfikowanymi także
przez Rosję, nie podlega przedawnieniu.
Organizacje społeczne: Związek Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej 1945, Klub
Historyczny im. Armii Krajowej w Augustowie oraz Związek Sybiraków, zaapelowały
niedawno o podjęcie działań politycznych na najwyższym szczeblu w celu zmiany
nastawienia rosyjskich organów. W miejscowości Giby znajduje się pomnik ofiar
obławy, ustawiony jeszcze w 1987 roku, w miejscu, które przez lata uważano za
prawdopodobny cmentarz pomordowanych, co po ekshumacjach z lat późniejszych
okazało się błędem.
oprac. PF
