Szkoda, że wybory nie są jawne

Z posłem Europejskiej Grupy Konserwatystów i Reformatorów (EKR) Pawłem Kowalem rozmawia Łukasz Sianożęcki



Jak Pan ocenia formę dokonywania wyboru najwyższych przedstawicieli Unii Europejskiej? Czy nie powinno się to odbywać w bardziej przejrzystej formie?

– Rzadko mogę powiedzieć kilka ciepłych słów o naszym obecnym Ministerstwie Spraw Zagranicznych, ale bardzo podobało mi się to, że próbowało ono zablokować takie właśnie zakulisowe rozmowy. Niestety, bardzo szybko zaczęto się z tego wycofywać rakiem, kiedy tylko pojawiły się pomruki niezadowolenia w niektórych stolicach europejskich. Wydaje mi się natomiast, że jest to na tyle poważna decyzja, iż powinna być podejmowana w sposób bardzo trasparentny. Jeżeli ktoś traktuje Europę poważnie i tak samo traktuje to, co mówił przez tyle miesięcy, nie powinno być dla niego dyshonorem zaprezentować swój program, zwłaszcza dla tych polityków, którzy myślą o sobie w kategoriach przywódców europejskich. Nie ma także powodu, by kandydaci do tych stanowisk twierdzili, iż w przypadku nieudanej prezentacji ich pozycja w kraju, z którego pochodzą, będzie słabsza. Jeśli stawiają sprawę w ten sposób, pokazują, iż ich interes narodowy jest na tyle mocny, że nie ma mowy o reprezentowaniu interesu Wspólnoty. To zdecydowanie dyskwalifikuje takie osoby w sprawowaniu tego typu funkcji.

Presja prezydencji szwedzkiej, aby wyboru dokonać jak najszybciej, była bardzo silna.

– W tym miejscu należy sobie zadać pytanie – co jest tak naprawdę ważne? Często mieliśmy wątpliwości co do intencji niektórych zwolenników traktatu lizbońskiego. Dziś te wątpliwości się potwierdzają. Okazuje się, że traktat ten jest tylko zasłoną, za którą stoją interesy poszczególnych państw, i jego przyjęcie wcale nie przybliża nas do myślenia o wspólnej Europie. Tak więc, czy ważny jest sukces prezydencji szwedzkiej, czy ważne jest dobre samopoczucie jednego czy drugiego polityka w Berlinie lub Paryżu, czy wreszcie ważny jest dobry wybór?

Nie wszyscy miłośnicy traktatu lizbońskiego, dla których stał się on nową biblią, okazali się szczerzy. Dziś, kiedy dochodzi do wyboru kluczowych postaci w zarządzaniu Unią i reprezentowaniu jej na zewnątrz, Brukselę zdominowało niemal w stu procentach myślenie w kategoriach narodowych. I jest to ogromny problem. Obecnie należy przyłożyć się do kwestii wyboru wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej, ze względu na to, iż jest to nowy urząd. Ważne jest przy tym, by był to polityk doświadczony, mający sukcesy, którego polityka na wcześniejszych stanowiskach nie budzi kontrowersji. I przede wszystkim posiadający zdolność do reprezentowania szerszego interesu niż tylko interes własnego państwa.

Obecnie jednak to nie kompetencje mają decydować, ale obawa, by osoba na tym stanowisku nie przyćmiewała pani kanclerz Angeli Merkel czy prezydenta Sarkozy’ego…

– Jeżeli mówimy o szefie Rady, to jego pozycja i tak będzie w dużym stopniu związana z praktyką aktualnej prezydencji. Nie ulega wątpliwości, że im prezydencja będzie pochodziła z silniejszego kraju, tym pozycja szefa Rady będzie trudniejsza. Jeśli będzie to polityk o ugruntowanej pozycji i szanowanym nazwisku, będzie sobie radził łatwiej. Jeśli będzie to jednak polityk słaby, to będzie w stanie oddziaływać jedynie na te prezydencje mniej wyraźne i mniej ofensywne. W tym kontekście zmienia się także sama definicja słowa „prezydencja”. Pozostaje pytanie, co to słowo będzie znaczyło w świetle traktatu lizbońskiego i jak to będzie działało w praktyce. W związku z tym, że teraz będzie się ustalała nowa praktyka, wybór osób na te nowe stanowiska jest niebagatelny. Nie bez znaczenia będzie to, czy osoby te są w stanie zajmować odważne stanowisko w sprawie bezpieczeństwa energetycznego Europy, czy są w stanie mówić o prawach człowieka w Rosji, mówić o wolności religii bez strachu przed jakimś lobby.

Naturalnie nasuwa się pytanie, kto wobec powstania stanowiska wysokiego przedstawiciela będzie ważniejszy – krajowy minister spraw zagranicznych czy dyplomata reprezentujący całą Unię?

– Myślę, że zdanie krajowego ministra będzie jednak ważniejsze. Nie sądzę, by w tej kwestii zmieniło się coś z dnia na dzień. Planowanie tego typu zmian na zasadzie rewolucyjnej nie ma najmniejszego sensu. Obecnie trzeba będzie próbować wykorzystać traktat lizboński do czegoś dobrego. Na pewno jednak niczym dobrym nie będzie unifikacja polityki zagranicznej wszystkich państw w jeden dzień. W praktyce byłoby to sztuczne i oznaczałoby dominację silnych państw nad słabymi.

W trakcie tych targów o obsadę stanowisk nie pojawiło się w ogóle nazwisko polskiego kandydata.

– Niektórzy mają taki syndrom, że w związku z pozycją Jerzego Buzka nie można mówić o polskich kandydatach. Nie jest to właściwe. Za dwa lata premier Buzek opuści swój fotel i dobrze by było, żeby wśród najważniejszych stanowisk w Unii był ktoś z Europy Środkowo-Wschodniej, kto rozumie specyfikę tej części kontynentu. Ja oczekuję, że Polska zawalczy o pozycję jednego z zastępców wysokiego przedstawiciela i wydaje mi się, że to nie byłyby zbyt wygórowane oczekiwania.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj