Systemowe krzywdzenie dzieci

Z Tomaszem Elbanowskim, prezesem Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców i
członkiem zarządu Fundacji Rzecznik Praw Rodziców, inicjatorem, wraz z żoną,
akcji Ratuj Maluchy, od 2008 r. skupiającej rodziców krytycznie nastawionych do
reformy obniżenia wieku szkolnego, rozmawia Bogusław Rąpała

Z końcem czerwca upływa czas zbierania podpisów pod obywatelskim projektem
ustawy oświatowej, będącym odpowiedzią na przyjętą przez Sejm w 2009 r. reformę
minister Hall, która zakłada, że od 2012 r. posyłanie sześciolatków do pierwszej
klasy stanie się obowiązkowe. Państwa fundacja chce temu zapobiec. Czy akcja
zakończy się sukcesem?

– Mamy taką nadzieję. Jesteśmy poruszeni tym, jak dużo osób włączyło się w nią i
jak duża jest społeczna potrzeba powstrzymania tej wprowadzanej w nieprzemyślany
sposób i krzywdzącej dla dzieci reformy. W akcję zbierania podpisów zaangażowały
się setki osób z całej Polski, zarówno z miast, jak i wsi. Rodzice robią, co
mogą. Jest to budujące, bo pokazuje, że mamy jednak społeczeństwo obywatelskie,
a rodzice potrafią walczyć o swoje dzieci. Akcja trwa do końca czerwca. Dotarło
do nas już ponad 33 tys. podpisów, a potrzebujemy ich w sumie 100 tysięcy. Czasu
mamy coraz mniej i większość pracy przed sobą. Dlatego gorąco prosimy
wszystkich, by włączyli się w akcję zbierania podpisów. Na początku lipca
nadesłane formularze złożymy w Sejmie.

Czy nowe przepisy wprowadzane przez MEN rozwiązują któreś z rzeczywistych
problemów polskiej oświaty?

– Polska szkoła już przed reformą miała duże problemy. Ministerialne zmiany nie
tylko ich nie rozwiązują, ale wręcz powodują ich nawarstwianie się. Przede
wszystkim brakuje miejsc przedszkolnych. Przedszkola zaczęły być masowo
zamykane, kiedy na początku lat 90. ich finansowanie przejęły samorządy. Jest to
ogromny problem dla rodziców, którzy pracują zawodowo i chcieliby, aby ich
dziecko rozwijało się w grupie, tym bardziej że jakość edukacji przedszkolnej w
naszym kraju jest na wysokim poziomie. Mogę to powiedzieć z perspektywy ojca,
którego dziecko w zerówce przedszkolnej nauczyło się świetnie czytać. Tam nauka
wygląda zupełnie inaczej niż w szkole. Dzieci uczą się, tańcząc i śpiewając,
dlatego wszystko przychodzi im łatwiej. Problem braku miejsc w przedszkolach
widoczny jest bardzo dobrze w Warszawie, tymczasem miasto inwestuje w stadiony.

Niedofinansowanie polskiej oświaty powoduje także zamykanie wielu szkół,
szczególnie w małych miejscowościach.

– Odkąd finansowanie oświaty spoczywa częściowo na barkach samorządów, te, chcąc
zaoszczędzić, zamykają małe szkoły. Reforma pogłębiła ten problem, ponieważ
umożliwiła samorządom takie działania bez konsultacji z lokalną społecznością.
Nie ma również możliwości odwołania się do kuratorium. Od dwóch lat, a więc od
kiedy ta ustawa o reformie weszła w życie, już ponad tysiąc szkół zostało
zgłoszonych do likwidacji. To powoduje, że mniejsze miejscowości są pozbawiane
często jedynego ośrodka kulturowego, jakim jest szkoła. Oprócz tego dzieci muszą
dojeżdżać do większych zespołów szkół, gdzie najczęściej napotykają gorsze
warunki, bo takie zespoły, łącząc różne typy szkół, nastawione są głównie na
oszczędność. Zdarzają się sytuacje, że dzieci siedzą w klasach w czapkach i
rękawiczkach, bo szkoła jest nieogrzewana. Kilkadziesiąt szkół w Polsce jest
jeszcze nieskanalizowanych. Powszechnie brakuje też środków czystości i ciepłej
wody. Trudno uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się w XXI wieku. Do stowarzyszenia
i fundacji przychodzi wiele listów od rodziców i nauczycieli z całej Polski,
którzy opisują nam prawdziwą szkolną rzeczywistość.

Czy wprowadzone przez ministerstwo zmiany biorą pod uwagę to, że dzieci są
teraz inne niż jeszcze kilka lat temu, jest więcej dzieci z ADHD, dysleksją czy
dysgrafią?

– Dzieci nie są w stanie odnaleźć się w tym systemie. Nie radzą sobie również
nauczyciele. Z tego, co obserwujemy, głównym celem, który przyświeca
wprowadzanym zmianom, jest tak naprawdę oszczędność. Okres wczesnej edukacji
ulega skróceniu, a dziś dzieci potrzebują szczególnej uwagi. Chodzi nie tylko o
dysleksję, dysgrafię, ale o wiele innych problemów związanych z tym, że dzieci
coraz więcej czasu spędzają przed komputerem, a coraz mniej pracują rączkami.
Kiedyś np. lepiły ze swoimi mamami ciasto, teraz nie wykonują tym podobnych
czynności, wobec czego bardzo często ich rączki nie są przygotowane do tego, aby
móc sprawnie pisać. W przedszkolu są komfortowe warunki, żeby tym dzieciom
zapewnić potrzebną pomoc. Jest też dyżur logopedy i psychologa. Wychowawcy są w
stanie wyłapać pewne nieprawidłowości i skierować rodziców na dodatkowe
konsultacje.

W szkole nie ma już na to czasu?
– Tam się realizuje program. On jest najważniejszy, a to, czy dziecko za nim
nadąży, czy nie, jest rzeczą wtórną. A takie problemy jak np. dysleksja mogą
zostać po prostu przegapione, dlatego że nie ma czasu, aby przyglądać się
każdemu uczniowi z osobna. To już jest tzw. masówka. Już dzisiaj mamy problem
wtórnej analfabetyzacji dzieci w gimnazjum, które choć potrafią czytać, to nie
rozumieją treści. Ten problem będzie się nasilał, ponieważ do problemów
nierozpoznanych na początku edukacji dochodzi zbyt trudny program, który w
dodatku nie przewiduje czasu na powtórki. Skutkiem będzie widoczne obniżenie
poziomu edukacji. Ten początkowy okres nauki jest najważniejszy, bo stanowi bazę
dla dalszych etapów zdobywania wiedzy. Zbyt szybkie tempo wprowadzania liter,
wymaganie od sześciolatków kaligrafii i brak powtórek to jest po prostu
wyrządzanie krzywdy dzieciom.
Nie tak dawno, gdy byłem z moją młodszą córeczką w przedszkolu, widzieliśmy, jak
jeden z sześciolatków popłakał się w łazience. Nauczycielka mogła nadal
normalnie prowadzić zajęcia z całą grupą, bo tym płaczącym dzieckiem zajęła się
pani wydająca posiłki: zaopiekowała się nim, zmieniła mu zamoczoną bluzkę i
przytuliła. Proszę sobie teraz taką sytuację wyobrazić w szkole, ponieważ według
nowej reformy to dziecko powinno być już w pierwszej klasie. Kto miałby się nim
zająć? Nauczycielka, która ma na głowie całą klasę? Nie zrobi tego, ale powie
mu: "Uspokój się i pisz!". To też jest różnica między szkołą a przedszkolem.

Jak zmienia się rola rodziców w procesie kształcenia ich dzieci? Czy mają na
niego wpływ i czy są zadowoleni z poziomu edukacji?

– Rodzice nie akceptują obniżenia wieku szkolnego. Pokazały to ostatnie dwa
lata, kiedy mając możliwość posłania swoich sześcioletnich dzieci do pierwszej
klasy, ponad 90 procent z nich nie zrobiło tego. A mimo wszystko to rozwiązanie
jest na siłę wdrażane. Zobaczymy, czym to się skończy. Czujemy się
ubezwłasnowolnieni nie tylko w skali ogólnopolskiej, a więc przez rząd. Piszą i
dzwonią do nas z prośbami o pomoc rodzice traktowani bardzo źle przez swoje
samorządy. Taka sytuacja wystąpiła parę miesięcy temu w Krośnie Odrzańskim,
gdzie zdecydowano, że połowa szkół w gminie zostanie zlikwidowana. Kilkuset
rodziców, protestując pod urzędem gminy, starało się powstrzymać tę decyzję.
Władze ugięły się jednak dopiero wtedy, kiedy o sprawie zrobiło się głośno w
ogólnopolskiej prasie i "góry" partyjne postanowiły zadziałać. Wydawałoby się,
że rodzice w państwie demokratycznym powinni mieć wpływ na to, jak i gdzie
edukowane są ich dzieci. Dużo mówi się też o samorządzie, który daje możliwość
sprawowania władzy lokalnej ludności. Ale okazuje się, że to wszystko jest
fikcją.

Takich sytuacji jak ta w Krośnie Odrzańskim jest coraz więcej…
– To jest nagminne. Nawet łamiąc prawo, gminy zmuszają rodziców do
podporządkowania się oszczędnościom. Poszkodowane są dzieci. Tak jest np. na
Mokotowie w Warszawie, gdzie miejsc w przedszkolach jest o połowę za mało i
rodzice są zmuszeni posłać swoje sześcioletnie dzieci do pierwszej klasy, co
jest opłacalne z punktu widzenia samorządu. W państwie demokratycznym musimy
pogodzić się z tym, że nasze dzieci są krzywdzone? Więc jak tu mówić o
jakichkolwiek innych prawach?

Ministerstwo wprowadzane zmiany uzasadnia wyjściem naprzeciw oczekiwaniom
uczniów. Czy zgadza się Pan z tą argumentacją?

– Podstawa programowa jest fatalna. Mówi o tym wielu ekspertów. Na początkowym
etapie nauczania, który obserwujemy u swoich dzieci, program w pierwszej klasie
jest niedostosowany ani do starszych, ani do młodszych dzieci. Sześciolatki
sobie nie radzą i zdarza się, że muszą powtarzać rok. Znam taki przypadek choćby
z klasy naszej córki, gdzie jedyny sześciolatek powtarza pierwszą klasę.
Natomiast siedmiolatki przez pierwsze miesiące nauki nudzą się, bo już potrafią
czytać. Ale dla sześciolatków, które mają być docelowo w pierwszej klasie, ten
program jest po prostu za trudny.

Jakie to może mieć konsekwencje?
– Mołdawia wycofała się z podobnej reformy i myślę, że u nas program w tym
kształcie nie ma szans się utrzymać. Jest w nim np. wymóg kaligrafowania,
podczas gdy te dzieci często nie mają jeszcze tak sprawnej raczki, żeby nauczyć
się pisać. Największy problem jest więc na początkowym etapie edukacji, gdzie
program z dwóch lat skumulowany zostaje w jednym roku i zaadresowany do rok
młodszych dzieci. Doprowadzi to do tego, że dzieci będą się uczyły bezmyślnie,
tj. mechanicznie, bo np. każe im się zapisywać dźwięki, których one jeszcze ze
względów fizjologicznych mogą nie słyszeć, jak np. "dź" czy "ć". Potem na każdym
kolejnym etapie pojawi się już teraz dobrze widoczny problem, czyli konieczność
brania przez dzieci korepetycji. I do tego spotęgowany skumulowaniem wymagań,
ponieważ w każdej kolejnej klasie uczyć się będą dzieci o rok młodsze niż do tej
pory. Będzie im więc trudniej poradzić sobie z programem.

Kłopoty czekają również młodzież uczącą się w liceach ogólnokształcących.
– Liceum przestaje być ogólnokształcące. Takie przedmioty, jak biologia,
historia, geografia, które były dotychczas nauczane przez cały okres trwania
liceum, przestają być obowiązkowe. Teraz będą nauczane w pierwszej klasie, a
potem już tylko w formie fakultetów. Spowoduje to drastyczne obniżenie poziomu
intelektualnego, który i tak jest niski. Co z tego, że 80 proc. uczniów będzie
miało maturę, jeżeli będą oni po prostu analfabetami humanistycznymi, bo
przykładowo wybiorą tylko przedmioty ścisłe, a np. historii uczyć się będą na
zajęciach uzupełniających? Do tego dochodzi "testomania", która po reformie
jeszcze bardziej się nasiliła. Doprowadzi ona do tego, że dzieci będą po prostu
bezmyślnie wypełniać testy i tylko tego będzie się od nich oczekiwać. Powstaje
tylko pytanie, jakie pokolenie wychowamy. Łatwo się domyślić: nisko
wykwalifikowanych pracowników.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj