System dwupartyjny zbankrutował

Zwycięstwo Bronisława Komorowskiego może doprowadzić do bankructwa kolejnego
chwytu PR-owskiego Platformy Obywatelskiej, a mianowicie twierdzenia, że reformy
w Polsce się nie udają, bo rządowi przeszkadza prezydent. Prezydent z PO
przeszkadzać nie będzie, zatem przez ponad rok Donald Tusk będzie oceniany przez
wyborców w sposób niezwykle surowy. Macie pełnię władzy – pokażcie, co
potraficie. Można oczekiwać, iż taki scenariusz może wzmocnić zarówno PiS, jak i
SLD.

Po blisko trzech latach zatoczyliśmy pewne koło polityczne. Jesienią 2007 r.
parlament został rozwiązany na skutek konfliktu w koalicji rządzącej, w której
dominującym ugrupowaniem było Prawo i Sprawiedliwość. Po stronie PiS pojawiło
się pragnienie przejęcia elektoratu Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony, manewr
ten się udał, jednakże jego koszty były ogromne. W wyniku tych działań PiS
straciło wielu wyborców z tzw. centrum, którzy przenieśli swoje sympatie na
Platformę Obywatelską. Wykorzystując poparcie mediów, Platforma przez następne
lata skutecznie straszyła PiS-em wyborców. Udawało się to aż do katastrofy
smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku. Narodowa tragedia załamała strategię wyborczą
PO. To bardziej politycy Platformy niż Jarosław Kaczyński stawali się agresywni.
Wyłagodzeniu wizerunku PiS służyć miały również nowe twarze w otoczeniu
kandydata tej partii, w szczególności posłanka Joanna Kluzik-Rostkowska. Szefowa
kampanii Jarosława Kaczyńskiego miała gwarantować bardziej lewicowe odniesienia
kandydata PiS. Szczególnie mocno były eksponowane jej poglądy z dziedziny
polityki społecznej, życia moralnego, dodajmy, zapatrywania mocno odbiegające od
stanowiska środowisk konserwatywnych czy katolickich. Ukłony w kierunku
lewicowego elektoratu pogłębiły się po względnie dużym sukcesie Grzegorza
Napieralskiego, który osiągnął niezły – jak na kandydata lewicy – wynik
wyborczy. Nazwanie przez Jarosława Kaczyńskiego Edwarda Gierka patriotą aż nadto
dobitnie świadczyło, jaki elektorat chciał pozyskać prezes PiS w drugiej turze
wyborów prezydenckich.

Zabiegi o elektorat
Można powiedzieć, że kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego nie miała
charakteru przebojowego. Sztabowcy PO szykowali się na ustawienie całej gry
wyborczej w paradygmacie "obrony kraju przed rządami Kaczyńskiego". Katastrofa
smoleńska, a także odmienny sposób prowadzenia kampanii wyborczej przez sztab
kandydata PiS zburzyły skuteczność tego typu strategii. Można śmiało powiedzieć,
że Komorowski w tych zmaganiach był słabszy. Nie chodzi tutaj tylko o rozliczne
gafy, ale również o zasadniczą klęskę, jaką poniósł, a mianowicie stracił
mnóstwo głosów w pierwszej turze na rzecz Grzegorza Napieralskiego. Platformie
chodziło nade wszystko o przejęcie elektoratu lewicowego już w pierwszej turze.
Stąd radykalne decyzje PO tuż przed wyborami, a mianowicie podpisanie noweli
ustawy o IPN, wprowadzenie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie,
mianowanie Marka Belki prezesem Narodowego Banku Polskiego, rozwiązanie Krajowej
Rady Radiofonii i Telewizji itp. Chodziło o to, aby całkowicie zadowolić
elektorat i aparat lewicowy i wytworzyć przekonanie, że Bronisław Komorowski
jest najlepszym gwarantem interesów lewicy w Polsce. Tymczasem wyniki pierwszej
tury obnażyły fiasko tego typu poczynań.
Dodatkowym problemem dla Komorowskiego był brak większego zaangażowania w
kampanię wielu jego partyjnych kolegów. Wydaje się, że szereg osób w PO zdało
sobie sprawę, iż zwycięstwo ich kandydata może doprowadzić do bankructwa
kolejnego chwytu PR-owskiego, a mianowicie twierdzenia, że reformy w Polsce się
nie udają, bo Platformie przeszkadza prezydent. Prezydent z PO przeszkadzać nie
będzie, zatem przez ponad rok Donald Tusk będzie oceniany przez wyborców w
sposób niezwykle surowy. Macie pełnię władzy – pokażcie, co potraficie. Można
oczekiwać, że taki scenariusz może wzmocnić zarówno PiS, jak i SLD. Pamiętajmy,
iż wyborców o poglądach liberalnych w Polsce mamy najwyżej dziesięć procent,
wszystko inne to są marketingowe sukcesy specjalistów od inżynierii społecznej.

System dwupartyjny do lamusa
Niewątpliwie należy podkreślić, że wielkim wygranym wyborów jest SLD. Po
pierwsze, postkomuniści w końcu po kilku latach wewnętrznych konfliktów znaleźli
w swoich szeregach jednoznacznego lidera, który sprawdził się w walce wyborczej.
Po drugie, jego wynik daje im szansę na przesunięcie sceny politycznej na lewo.
Pierwsze symptomy tego stanu rzeczy były już widoczne podczas debat przed drugą
turą wyborczą. Pojawienie się SLD jako ewentualnego koalicjanta po
przyszłorocznych wyborach parlamentarnych oznacza bezwzględne wprowadzenie
tematów lewicowych oraz postkomunistów na najwyższe stanowiska w kraju. Patrząc
z tej perspektywy, musimy stwierdzić, że dla Platformy jest to sytuacja
niewygodna, gdyż SLD z pewnością byłby koalicjantem o wiele bardziej wymagającym
niż PSL. Jednakże sytuacja jest również skomplikowana dla PiS. Trudno sobie
bowiem wyobrazić koalicję tego ugrupowania z SLD. Jest to trudne do przyjęcia
nie tyle dla polityków (wszak posłanka Kluzik-Rostkowska wspominała, że koalicja
PiS – SLD jest dla niej zupełnie do wyobrażenia i do zaakceptowania), co dla
wyborców nieakceptujących koalicji partii prawicowej z postkomunistami. Po
prostu Prawo i Sprawiedliwość, osiągając w przyszłorocznych wyborach nawet dobry
wynik wyborczy, może nie dojść do władzy z powodu braku koalicjanta. I tu
pokutuje po raz kolejny wielki błąd likwidowania przed trzema laty partii
położonych na prawo od PiS, które mogłyby ustawiać wizerunkowo Prawo i
Sprawiedliwość jako partię centrową, a z drugiej strony poszerzałyby spektrum
możliwych centroprawicowych koalicji. O tym, że społeczeństwo coraz bardziej
dostrzega tego typu problem, świadczy chociażby względnie dobry wynik wyborczy
Janusza Korwin-Mikkego, który w połączeniu z wynikiem Marka Jurka daje pewną
perspektywę na przyszłoroczne wybory parlamentarne.
Wynik Waldemara Pawlaka jest na tyle słaby, że PSL musi walczyć o przetrwanie na
scenie parlamentarnej. Szansą na poprawienie notowań tej partii będą jesienne
wybory samorządowe, w których ludowcy zwykle dostają duże poparcie. Dla Donalda
Tuska – wobec dobrego wyniku SLD – likwidacja PSL może być nie na rękę.
Dwubiegunowy układ partyjny byłby dla PO korzystny, natomiast jeśli ten układ
będzie trzybiegunowy, z silną pozycją SLD, to łatwiejszym partnerem koalicyjnym
dla partii Tuska będzie PSL (układ czterobiegunowy). Można zatem przypuszczać,
że jednym z ubocznych efektów tegorocznych wyborów prezydenckich jest bankructwo
koncepcji stworzenia dwupartyjnego systemu politycznego w Polsce. System taki
byłby wprawdzie korzystny dla PiS i PO, ale jest raczej nieakceptowany przez
społeczeństwo. Wielkie manipulacje polską sceną parlamentarną, podszyte siłą
pieniędzy uzyskiwanych z dotacji partyjnych, kompromitują się.

Kto rozliczy Komorowskiego
Tegoroczna kampania wyborcza świadczy o jeszcze jednym niezwykle ważnym
zjawisku. Chodzi o wszechwładzę medialnego marketingu, gdzie ważniejszą kwestią,
niż to, co dany polityk rzeczywiście prezentuje, jest jego wizerunek. We
wszelkich debatach nie podnoszono fundamentalnych kwestii związanych z polską
polityką zagraniczną (dodajmy – polityka ta w dużym stopniu należy do
kompetencji głowy państwa), a podejmowano kwestie nieraz drugorzędne. Unia
Europejska stoi dziś w obliczu wielkiej dyskusji o przyszłości, o tworzeniu
rządu gospodarczego w UE. Niemieckie projekty dotyczące zaostrzenia kontroli nad
budżetami poszczególnych państw członkowskich to nic innego jak kolejna redukcja
suwerenności gospodarczej państw członkowskich UE. Czy politycy polscy godzą się
na to, że np. budżet polskiego państwa, zanim trafi do polskiego parlamentu,
będzie oceniany przez Brukselę? Czy bliżej jest nam w tej kwestii do Berlina czy
do Londynu? Na takie pytania odpowiedzi nie usłyszeliśmy, bo telewizyjna
maszynka PR-owska woli podnosić tzw. tematy wizerunkowe.
Widzimy zatem, że obecne wybory prezydenckie nie rozstrzygnęły najważniejszych
batalii politycznych w Polsce. SLD jest w ofensywie, mimo zabiegów Platformy o
realną likwidację tej partii (przypomnijmy chociażby poparcie, jakiego udzielił
Komorowskiemu Włodzimierz Cimoszewicz jeszcze przed pierwszą turą wyborów).
Platforma będzie najprawdopodobniej coraz bardziej okrążana z lewa i z prawa,
gdyż ofensywie SLD towarzyszyć będzie najprawdopodobniej szarża PiS, coraz
bardziej szukającego poparcia w centrowym (bardziej lewicowym) elektoracie.
Trudno się spodziewać, aby przez najbliższe półtora roku ktoś zbytnio przejmował
się postulatami środowisk prawicy konserwatywno-narodowej, pozbawionej swojej
reprezentacji w parlamencie.
Pełnia władzy, jaką osiąga dziś Platforma Obywatelska, nie jest jej wcale na
rękę, szczególnie że Bronisław Komorowski wygrał bardzo niewielką różnicą
głosów. Jest to szczególnie niekomfortowa sytuacja dla Donalda Tuska. Komorowski
nie będzie wszak musiał się wiele wysilać jako prezydent, premier zaś musi
pokazać społeczeństwu, że jest w stanie zrealizować wszystkie obietnice złożone
przez PO w czasie parlamentarnej i prezydenckiej kampanii wyborczej. A obietnic
tych była taka ilość, iż naprawdę trudno będzie zrealizować choćby niewielką ich
część. Największym smutkiem napawa fakt, że w najbliższym czasie możemy się
spodziewać coraz bardziej na lewo idących ustaw, że wspomnę sztandarową w
ostatniej kampanii wyborczej kwestię uregulowania procedury in vitro. Polska
polityka zmierza w niebezpiecznym kierunku również w dziedzinie międzynarodowej,
co może się objawiać w prostym przyjmowaniu pomysłów, które powstaną w niedługim
czasie w Berlinie czy w Brukseli. Politycy Platformy nie od dziś dają dowody
braku podmiotowości w fundamentalnych kwestiach na arenie międzynarodowej.

Prof. Mieczysław Ryba

Autor jest kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, wykładowcą w WSKSiM,
członkiem Kolegium IPN.

drukuj