Święta w spartańskich warunkach

W najtrudniejszej sytuacji bytowej znaleźli się ci mieszkańcy gminy
Wilków, którzy nie zdołali odbudować lub wyremontować swoich zdewastowanych
przez powódź domostw i zmuszeni są mieszkać w wynajętych kwaterach. W okresie
zimowym schronienie muszą mieć zapewnione aż 84 rodziny, choć liczba może się
zwiększyć.

Gdy późną wiosną tego roku w Wilkowie szalała powódź, "dom młynarza" był bodaj
najczęściej fotografowanym budynkiem w kraju. Wszystkie ekipy telewizyjne,
fotoreporterzy, a także politycy pragnący pokazać troskę o los ofiar kataklizmu
dojeżdżali do mostu na rzece Chodelce w Kolonii Szczekarków, gdzie zaczynała się
wielka woda, a najbliższym obiektem zatopionym przez powódź był właśnie bardzo
malowniczy, przypominający ziemiański dwór, XIX-wieczny "dom młynarza". Dziś,
jak wiele innych zalanych budynków w Wilkowie, przechodzi on gruntowny remont.
Jego właścicieli, podobnie jak większość mieszkańców gminy, czeka zima w
spartańskich warunkach.
"Dom młynarza", należący od czterech pokoleń do rodziny państwa Kwiryny i
Andrzeja Głodkowskich, ogrzewany jest dwoma kaflowymi piecami, jednak w dużych,
pustych pokojach z betonowymi posadzkami panuje chłód, aż para leci z ust.
Ubrani ciepło właściciele nie wyglądają na zmarzniętych, ale trudno sobie
wyobrazić zimowanie w takich warunkach.
– Jeden pokój przyszykowaliśmy sobie specjalnie na zimę, nie zrywaliśmy podłogi,
wnieśliśmy tam nasze łóżka polowe, postawiliśmy piecyk-kozę i jest dość ciepło –
nie traci ducha pani Kwiryna. – Choinka się tam nie zmieści, zastanawialiśmy się
właśnie z mężem, że może w tym roku postawimy ją na podwórku albo w którymś z
tych pustych pokoi – planuje.
Liczący 115 lat "dom młynarza" nigdy wcześniej nie został zalany przez powódź. –
Ma bardzo grube mury i może dlatego wytrzymał napór Wisły – uważa pani Kwiryna.
– Gdy w końcu woda zeszła, bałam się, że się rozleci. Był bardzo zniszczony, dwa
razy pod wodą, ale nie wyobrażam sobie, żeby go nie odbudować – dodaje.
Państwo Głodkowscy postanowili po remoncie zachować dawny styl wnętrz. Dlatego
zamiast powszechnego dziś centralnego ogrzewania odtworzyli kuchnię kaflową i
normalny kaflowy piec. Jednak możliwości finansowe dwojga emerytów są dość
ograniczone.
– Na razie otynkowaliśmy pokoje, wstawiliśmy okna, wylaliśmy posadzki,
postawiliśmy piece i tyle, na więcej nie ma pieniędzy. Mebli nie ma, łóżek nie
ma, śpimy na polówkach. Po takim kataklizmie wszystkiego nie da się zrobić od
razu. Ważne, że są piece, które grzeją i osuszają ściany – mówi pani Kwiryna.
Wprawdzie nadzór budowlany oszacował koszty remontu "domu młynarza" na ponad 200
tys. zł, państwu Głodkowskim przyznano połowę tej kwoty. Wydali już wszystko, co
otrzymali, a nawet więcej.
– Tu się za wszystko nie płaci w setkach, ale w tysiącach, bo firmy drą, jak
mogą – podkreślają. – A na dodatek państwo nie zwolniło powodzian z VAT, czyli z
tego, co łaskawie dało, odebrało sobie 22 proc. – skarżą się.
Państwo Głodkowscy chcieliby położyć w domu drewnianą podłogę, ale to wiąże się
z kosztami przekraczającymi ich możliwości finansowe.
– Może gdyby znalazł się jakiś sponsor, przynajmniej na podłogi, choćby nawet do
jednego pokoju, mógłby tu później przyjeżdżać na jakiś odpoczynek. To jest
naprawdę piękny dom, a dookoła ciekawa okolica, do Kazimierza 8 km, a tam
zjeżdża tak wielu warszawiaków – marzy pani Kwiryna.

Woda pokrzyżowała plany
Z raportu wojewody dotyczącego pomocy mieszkańcom terenów zalanych podczas
tegorocznej powodzi wynika, że do 25 listopada br. z zasiłków celowych na
odbudowę domów w niemal całkowicie zatopionej gminie Wilków skorzystało 1055
rodzin. Na ten cel przekazano ogółem 45,7 mln zł i nie jest to koniec pomocy,
zwłaszcza w przypadku zasiłków do 100 tys. złotych. Raport stwierdza, że
wypłacono pierwszą transzę środków, tj. 50 proc. zasiłku przyznanego decyzją
administracyjną, a kolejne transze osoby poszkodowane otrzymują systematycznie
po przedstawieniu faktur lub rachunków za zakupione materiały budowlane.
W takiej sytuacji są państwo Barbara i Władysław Wójtowiczowie z Zastowa
Karczmiskiego, którym woda zatopiła dwa domy mieszkalne. Do jednego z nich tego
lata miał wprowadzić się wnuczek z żoną, ale wielka woda pokrzyżowała te plany.
Z przyznanego im zasiłku na remont w wysokości 70 tys. zł otrzymali dotąd
połowę.
– Ale już złożyliśmy rachunki i czekamy na resztę – wskazuje pani Barbara.
Na razie został wyremontowany jeden z domów, ten dla wnuka. Od kilku dni państwo
Wójtowiczowie śpią już w wyremontowanym domu. Ale większość dnia spędzają w tym
drugim ze skutymi w środku i na zewnątrz tynkami.
– Ściany są jeszcze zamoknięte, mrozy mogą spowodować, że popękają, jeśli nie
będzie palone – tłumaczy pan Władysław.
Pani Barbara czuje żal do pracowników gminy, że nie pamiętają o nich przy
rozdzielaniu darów. – Rozdawali lodówki, meble, a nas nawet nie poinformowali –
narzeka. – Wszystko dlatego, że ja i mąż mamy emerytury i wszystkim się wydaje,
że nam się dobrze powodzi. Ale 48 lat na to ciężko pracowaliśmy, wszystko sami
pobudowaliśmy, od fundamentów. Mąż był murarzem, a ja pomocnikiem. Nigdy nie
prosiliśmy o wsparcie. Mieliśmy troje dzieci, nigdy do gminy po jałmużnę nie
poszliśmy. Zawsze mieliśmy jakieś krowy, świnie, drób, chodziłam do ludzi
pracować. Nie piliśmy, nie bawiliśmy się, tylko całe życie ciężko pracowaliśmy.
Dlaczego teraz za to nas się karze? – pyta kobieta.

Byle na swoim
Nie wszyscy zdążyli z wyremontowaniem lub budową domu – zimą schronienie muszą
mieć zapewnione aż 84 rodziny. Pewna nerwowość zapanowała na początku grudnia,
gdy gmina, która do tej pory refundowała koszty wynajmu mieszkań dla powodzian,
ogłosiła, że nie ma pieniędzy na ten cel. Ale na szczęście nowy marszałek
województwa w geście dobrej woli obiecał wyasygnowanie potrzebnych środków.
Pani Genowefa Szast i jej syn Jerzy Kuś, którzy mieszkają w kontenerze tuż obok
wałów przeciwpowodziowych w Zastowie Karczmiskim, należą do tych rodzin, które
nawet nie zaczęły odbudowywać zniszczonego przez powódź domu. Winą za ten stan
rzeczy matka i syn obarczają urzędniczą biurokrację nieczułą na ludzkie
nieszczęście.
– Wszystko dlatego, że działka nie była sądownie podzielona na spadkobierców. I
choć rodzina chciała zrzec się prawa do spadku, powiedziano nam, że aby dostać
pieniądze na odbudowę domu, trzeba wszystko przeprowadzić sądownie – tłumaczy
pan Jerzy. A to wymaga czasu i pieniędzy.
– Jak w zimie uda się nam załatwić sprawę w sądzie, to na wiosnę będziemy
budowali dom – mówi pani Genowefa. – Sąsiad za 100 tys. – a tyle i nam obiecali
– wybudował taki nieduży dom – dodaje.
Na razie jednak wraz synem – jako jedna z trzech rodzin w gminie Wilków –
zamierza spędzić zimę w kontenerze, przeciwstawiając się stanowczo próbom
przekwaterowania do lokalu zastępczego. O ile jednak dwie pozostałe rodziny
mieszkają w dwupokojowych kontenerach z kuchnią i łazienką, udostępnionych przez
Caritas, o tyle pani Genowefa z synem przebywają w najprostszym blaszaku
składającym się z jednego pomieszczenia. Gotowi są myć się całą zimę w misce i
gotować posiłki na zewnątrz, w małej komórce zwanej kuchnią letnią, byle zostać
na swoim.
– To nie są warunki do przeżycia zimy, dla mnie oni już tam nie mieszkają –
denerwuje się Grzegorz Teresiński, wójt Wilkowa. – Zrobię wszystko, co w mojej
mocy, żeby ich stamtąd zabrać – zapewnia.
Nie będzie to jednak takie proste.
– Wszyscy się uwzięli, żeby nas stąd usunąć. Straszą zimą. Ale mamy dobry piecyk
elektryczny. Teraz jest włączony tylko na dwójkę, a jak ciepło – pani Genowefa
pokazuje sześciostopniową skalę na grzejniku. Rzeczywiście, choć na dworze
temperatura oscyluje wokół zera, w kontenerze jest naprawdę bardzo ciepło.
O opuszczenie kontenerów apelowały już do mieszkańców Wilkowa władze gminy i
województwa lubelskiego. Ale pani Genowefa stanowczo mówi "nie": – Mam już
prawie osiemdziesiąt lat i jak gdzieś indziej jestem, to wszystko mi doskwiera.
Nawet gdybym miała tu umrzeć, nigdzie nie pójdę.

Nie wyrzucić w błoto
Z usuwaniem skutków tegorocznej powodzi na Wiśle wiążą się ogromne koszty,
wielka praca, trud i ofiarność tysięcy ludzi. Tylko w gminie Wilków na odbudowę
i remont zniszczonych domów przeznaczono grubo ponad 50 mln zł, na pomoc
socjalną – kilkanaście milionów, na odbudowę infrastruktury gminnej – kolejne
kilkanaście… Niemal wszyscy poszkodowani przez żywioł nie wyobrażają sobie
życia poza swoją gminą. Nakładem wielkich wyrzeczeń odbudowują i remontują swoje
domy stojące w zasięgu potencjalnej fali powodziowej. Liczą, że państwo zapewni
im bezpieczeństwo.
Wśród niezbędnych inwestycji wymienia się regulację koryta Wisły, tworzenie
polderów zalewowych oraz budowę wałów przeciwpowodziowych. Zadaniem szczególnie
pilnym dla gminy Wilków jest dokończenie obwałowań. Tymczasem w planach
wojewódzkich strategów ich ukończenie planuje się dopiero za dwa lata.
– Jeżeli państwo polskie, które przeznaczyło miliony na pomoc ludziom w
odbudowie, nie dostrzega palącej potrzeby dokończenia inwestycji wałów – nie w
perspektywie wieloletniej, tylko przyszłorocznej, to te pieniądze, które już
państwo przekazało na rzecz gminy Wilków, mogą się okazać wyrzucone w błoto –
uważa Grzegorz Teresiński, wójt gminy Wilków, wybrany na kolejną kadencję już w
pierwszej turze. Wyraża on obawy wszystkich mieszkańców gminy.
Na 22 km wałów, które znajdują się na terenie gminy Wilków, 16 km jest już
umocnionych, a prace przy 6 km się rozpoczęły. Ukończenie dwóch odcinków
planowane jest w roku 2011, a dwa następne w 2012. – Środki są zabezpieczone –
zapewnia dyrektor Andrzej Pichla z Wojewódzkiego Zarządu Melioracji i Urządzeń
Wodnych w Lublinie.
Oby do tego czasu Wisła znowu nie wezbrała.
 

Adam Kruczek

drukuj