Spotkanie z Marianną Popiełuszko – mamą księdza Jerzego

W dniu 9 października 2009 roku nasza grupa salezjanów, uczestników rekolekcji w Różanymstoku, odwiedziła mamę księdza Jerzego Popiełuszki.

Do wsi Okopy dojeżdżamy stosunkowo dobrze utrzymaną drogą. „Ta droga jest po remoncie, za życia księdza Jerzego nie wyglądała tak dobrze” – wytłumaczył ks. Jan, nasz przewodnik, dodając: „Ten dom po lewej stronie to rodzinny dom księdza Jerzego. Jesteśmy na miejscu”.

Naprzeciw domu, po drugiej stronie ulicy znajduje się maleńka kapliczka, a przy niej przecięty wpół kamień z napisem: „Nie wolno milczeć. Ks. Jerzy. Dla upamiętnienia miejsca urodzenia i 10-tej rocznicy męczeńskiej śmierci ks. Jerzemu Popiełuszce, duszpasterzowi ludzi pracy, SOLIDARNOŚĆ Region Białystok 1994”. Widać, że ktoś tu niedawno był. Palą się znicze. (Pani Marianna wspomni o siostrze zakonnej, która dzień przed nami była razem z dziećmi. Pozostawiły one również swoje prace plastyczne we wnętrzu kapliczki).

W drzwiach domu ukazuje się mama księdza Jerzego. Stoi bosa i lekko zaskoczona – może widokiem kilku księży w sutannach, a może dlatego, że przerwaliśmy jej czas odpoczynku. Mieszka sama, a więc dłużące się chwile może poświęcić modlitwie i nabieraniu siły, by wykonać to, co konieczne wokół domu. Zaskoczenie ustępuje z twarzy pani Marianny, kiedy w naszym gronie dostrzega księdza Jana. To jej przyjaciel, który po skromnym domu naszej gospodyni porusza się jak domownik. Pani Marianna prosi o chwilę, zapraszając, byśmy udali się do kapliczki.

Wszyscy jesteśmy trochę skrępowani. Na początku nie wiemy, jak się odnaleźć w czasie tego niezwykłego spotkania. Witamy się bardzo serdecznie, chociaż widzimy się w większości pierwszy raz. To serdeczne powitanie sprawia, że czujemy się coraz swobodniej. Żartujemy, a przoduje w tym pani Marianna. „Starość nie radość, śmierć nie wesele, ale starości nie każdy dożyje”. Zapytana przez jednego ze starszych w naszym gronie księży o liczbę przeżytych lat odpowiada, że przeżyła ich tyle samo, co zim. Kaplica wypełnia się naszym śmiechem. Czujemy się jak w domu. Kierujemy do naszej gospodyni ciepłe słowo: „mamo”. To chyba dobry moment, aby zaproponować wspólną modlitwę.

Odmawiamy Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W czasie rozpoczętej modlitwy pani Marianna sięga po zawieszony na krzyżu w kaplicy różaniec. Modlimy się razem o rychłą beatyfikację księdza Jerzego – naszego brata w kapłaństwie, ale również o miłosierdzie Boże dla jego morderców.

W kaplicy oprócz krzyża z napisem: „Zło dobrem zwyciężaj”, znajduje się duża fotografia przedstawiająca księdza Jerzego w ornacie. Na tle tej fotografii dostrzegamy podobieństwo matki i syna, a ja po raz kolejny uświadamiam sobie, że w chwili śmierci odważny kapłan miał tyle samo lat, co ja dzisiaj. Mama księdza Jerzego jest pochłonięta modlitwą. Widać, że często się tutaj modli i że zaproponowane intencje też nie są jej obce.

Po wspólnej modlitwie próbujemy się jakoś wytłumaczyć, przeprosić za zakłócenie spokoju, że odważyliśmy się zawracać głowę. „Trochę rozweselić. Jak nikogo nie ma, całymi dniami jestem sama w domu” – przerywa pani Marianna.

Czasami udaje się mamie księdza Jerzego gdzieś wyjechać. Na 13 października ma zaplanowany wyjazd do Warszawy. „Tam, przy grobie księdza Jerzego – po raz pierwszy słyszę, jak o swoim synu mówi: ksiądz Jerzy – tam, w Warszawie, będą poświęcone pamiątkowe monety”. Coraz odważniej rozmawiamy o wydarzeniach sprzed 25 lat. „To wszystko dla ludzi na znak Pan Bóg dał. Bo przecież, żeby Pan Bóg nie chciał jego śmierci, to wrogowie nic by nie zrobili” – tłumaczy mama księdza Jerzego. Próbuję dopowiedzieć, że „Bóg dopuścił”, ale szybko się wycofuję. Mama Marianna stwierdza: „Potrzebne było”.

Każde jej słowo chowam w sercu jak cenną wskazówkę. Już wiem, że do tych słów nieraz powrócę, chciałbym mieć ich jak najwięcej. Pani Marianna wie, iż przyjechaliśmy z Różanegostoku, dlatego wspomina, że jak się urodził ksiądz Jerzy, to ofiarowała go w tym sanktuarium Matce Bożej. Sama stwierdza, że nie było w tym nic niezwykłego. „Wszystkimi Matka Boża się opiekowała”.

Pani Marianna jest coraz bardziej zaangażowana w nasze spotkanie. Wyczuwa się, że podejmuje tematy, które stanowiły przedmiot innych spotkań. Teraz ona zadaje nam pytania. Najpierw o krzyż. Czy wiemy, skąd ten krzyż? Z pomocą przychodzi ksiądz Jan: „Z katafalku”. „Ktoś wie!” – trochę zaskoczona pani Marianna po chwili kontynuuje: „Ten malutki to z katafalku, na którym stała trumna księdza Jerzego”. Po pytaniu o krzyż mama księdza Jerzego zapytuje nas o wygląd kamienia, który upamiętnia miejsce odnalezienia ciała jej syna we Włocławku. Co ma oznaczać jego wygląd? I tym razem sama wyjaśnia: „Ja powiem: kamień zwykły, nieociosany, niezrobiony na gładko, bo niedokończone życie… ale przerwali życie dla kapłana… To jest pamiątka przerwania życia”.

Znów zapada cisza. Po chwili słuchamy słów o krzyżach, które z napisem: „Zło dobrem zwyciężaj”, każdego roku są poświęcane na grobie i przekazywane do parafii, nie tylko polskich.

Wieś Okopy jak wiele małych miejscowości z biegiem lat pustoszeje. W czasie naszej wizyty u mamy księdza Jerzego nie spotkaliśmy żywej duszy. Pani Marianna wspomina: „Kiedyś u nas od pierwszego krzyża zaczynała się w Krzyżowe Dni procesja. Ludzie chodzili i śpiewali. A teraz, jak starsze poumierali, młodsze w szkołach, prawie wymarła wieś. Niektórzy powracają na dziadków miejsce i odbudowują domy. Ale nie ma młodzieży w wiosce, nie ma” – smutno kończy nasza rozmówczyni.

Czując, że nasze spotkanie ma się ku końcowi, powracam do zbliżającej się rocznicy męczeńskiej śmierci ks. Jerzego. Zdobywam się na odwagę, aby zapytać o jakieś „przesłanie” dla tych, którzy będą uczestniczyć w spotkaniach organizowanych przez salezjanów. Co powiedzieć tym, którzy będą wspominać jej syna? Pani Marianna nie odpowiada od razu. Po chwili zastanowienia wypowiada swoją myśl: „Żeby przestroga dla wszystkich była. Pan Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił. Wszystkich nawrócenia czeka Pan Bóg”.

Ksiądz Jan w naszym imieniu prosi mamę księdza Jerzego o błogosławieństwo. Po błogosławieństwie kapłana kaplicę wypełniają jej słowa: „Niech was błogosławi i strzeże Bóg w Trójcy Jedyny, aby wszyscy kapłani wytrwali do końca. W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Te słowa z pewnością usłyszał z ust swej matki ksiądz Jerzy w dniu prymicji: aby wytrwał do końca. I możemy powiedzieć, że błogosławieństwo matki towarzyszyło mu do ostatniej chwili. Dzisiaj ona błogosławi nas w Roku Kapłańskim. W roku szczególnym, w którym wierność Chrystusa ukazuje się w wierności kapłanów, wierności do końca.

Wzruszeni serdecznie żegnamy się z mamą Marianną. Powraca do swojego domu, ale zatrzymuje się w drzwiach. Uśmiecha się do nas, jakby na potwierdzenie wcześniej wypowiedzianych słów, że przyjechaliśmy ją „rozweselić”. Patrzy na nas, jak odjeżdżamy w kierunku Suchowoli. O czym myśli? Może o pożegnaniach z przybywającym do rodzinnego domu księdzem Jerzym? A może o wcześniejszym czasie, kiedy w tym samym kierunku podążał do szkoły. W sercu matki z pewnością jest wiele obrazów i wspomnień z przeszłości. Te z biegiem lat się zacierają, ale w sercu pozostaje wciąż żywa matczyna miłość do księdza Jerzego i do każdego kapłana, który kroczy za Chrystusem drogą wierności. Doświadczyłem tej miłości i daję o niej świadectwo.


Ks. Mariusz Wencławek, salezjanin
drukuj