Spotkanie Międzyreligijne w Centrum Kulturalnym im. Jana Pawła II
Przez sport wychowuję i prowadzę do Boga
Z ks. Mirosławem Mikulskim, „Tygrysem”, duszpasterzem sportowców, rozmawia Maria Popielewicz
Gdzie się nie obejrzę, widzę tygrysa…
– Prezentów nie przyjmuję. Wszyscy jednak wiedzą, że wszystko, co w jakikolwiek sposób związane jest z tygrysem – przyjmę. Dostałem ich już 252.
Dlaczego Ksiądz przyjął pseudonim „Tygrys” i skąd się wziął sentyment do tych zwierząt?
– Na cześć wujka – ks. Feliksa Kowalika, brata mojej mamy, który był kapłanem w diecezji sandomierskiej, wyświęconym w 1941 roku. W czasie wojny za dnia był duszpasterzem, a w nocy prowadził oddział partyzancki i rozbrajał pomniejsze posterunki niemieckie na Kielecczyźnie. Miał wtedy pseudonim „Zagłoba”. Przez półtora roku był kapelanem u Antoniego Hedy „Szarego”. A potem działał na własną rękę. Jak się skończyła wojna i trzeba było zdać broń oraz ujawnić się, on tego nie zrobił, ale dalej rozbijał więzienia i uwalniał akowców uwięzionych przez komunistów. Nosił wtedy pseudonim „Tygrys”… Niestety, potem został schwytany i siedział w więzieniu z ks. bp. Czesławem Kaczmarkiem z Kielc. Zwolniono go po paru latach ze względu na stan zdrowia. Przeniósł się wówczas do diecezji warmińskiej. Ksiądz kardynał Stefan Wyszyński patrzył bardzo perspektywicznie w przyszłość i wiedział, że za jakiś czas będzie się w tych rejonach rozwijać turystyka. Zlecił zatem mojemu wujkowi i ówczesnemu proboszczowi z Józefowa ks. Wincentemu Malinowskiemu, żeby zorganizowali szkolenie dla księży przygotowujące ich do duszpasterstwa turystycznego. Każdy biskup wysyłał z diecezji jednego czy dwóch księży na taki kurs. Szkolenie odbywało się oczywiście „nielegalnie”. Uczono np., jak przygotować walizeczkę ze sprzętem liturgicznym i jak zorganizować Mszę św. dla turystów. Księża mieli „wpadać” na kemping w sobotę wieczorem, wieszać karteczkę z napisem: „Msza jutro tu i tu, o godz. 7.00 rano”, a następnego dnia odprawić Mszę św. i uciekać.
Gdy odwiedzałem wujka w Reszlu, opanowało mnie takie pragnienie, by robić coś podobnego z dziećmi mającymi „smutne dzieciństwo”. Zacząłem więc już od 1963 r. organizować dla nich obozy. Nazywałem dzieciaki „Tygrysami” i sam również zostałem „Tygrysem”. Od tamtego momentu minęło 45 lat, a ten pseudonim pozostał. Na obozach zawsze stoi brzozowy krzyż, na maszcie powiewa flaga obozowa z tygrysem, a poniżej mały namiocik, w którym jest tygrys.
Obok tygrysów nie brakuje tu również trofeów sportowych. Kiedy się zaczęła ta wielka przygoda Księdza ze sportem?
– Pochodzę spod Radomia. Urodziłem się w 1937 roku. W szkole podstawowej na sporcie się nie znałem, wiedziałem, że jest piłka siatkowa – w szkole mieliśmy jedną… Zresztą byłem wtedy mały i gruby, i chłopaki nie pozwalali mi grać. Dopiero w 1952 roku, gdy poszedłem do małego seminarium w Krakowie, zapoznałem się ze sportem. Tam wśród wielu pobożnych ćwiczeń i nauki sport był jedyną godziwą rozrywką, którą pokochałem. Byłem bardzo żywym chłopcem i w sporcie mogłem się wyżyć. Stąd imałem się różnych dyscyplin sportowych, zimą to były narty, hokej, a latem wyścigi rowerowe. Grałem oczywiście w piłkę nożną, siatkową, uprawiałem lekkoatletykę. Interesowały mnie szczególnie sporty – jak to dzisiaj nazywam – walki, które mobilizowały do zmagania się ze sobą, z czasem, z przeciwnikiem. To mnie porywało.
Czym się Ksiądz kierował, wybierając kapłaństwo jako swoją drogę życiową?
– Pamiętam, że mama przynosiła mi i bratu książki z plebanii – wtedy nie było jeszcze w szkołach bibliotek. Dwie z nich utkwiły mi szczególnie w pamięci. Jedna była o św. Janie Bosko. Zajmował się w Turynie biednymi chłopakami, którzy przyjeżdżali tam do pracy i często źle się prowadzili. Jan Bosko chciał ich prowadzić do Pana Boga, ale – co mi się bardzo podobało – nie zaciągał ich od razu do kościoła, żeby się nie zrazili, ale nawiązywał z nimi kontakt przez gry, zabawy i ówczesny sport. Tak mnie porwała lektura tej książki, że zapragnąłem być takim właśnie księdzem, zajmować się dzieciakami i przez sport prowadzić ich do Boga. Druga książka była o błogosławionym już dziś zakonniku z Belgii – o. Damianie De Veuster, który udał się na wyspę Molokai, gdzie zwożono trędowatych. Przywracał tym ludziom nadzieję, chciał im stworzyć warunki do godnego umierania. A młodymi chłopcami zajmował się właśnie przez gry i zabawy. I tak zrodziło się to pragnienie zostania kapłanem i wyjazdu na misje.
Czy wtedy rozpoczął Ksiądz naukę w małym seminarium salwatorianów?
– Nie, z tym nie było tak łatwo. Najpierw zgłosiłem się do małego seminarium Księży Zmartwychwstańców do Krakowa. Ale otrzymałem odpowiedź, że nie mogę być przyjęty – jak napisali w odpowiedzi – „ze względu na dość ujemną opinię kierownika szkoły”… Dostałem kilka innych adresów, ale taką samą odpowiedź otrzymałem od orionistów w Zduńskiej Woli, bo zmartwychwstańcy przesłali do nich dokumenty. Początkowo nie wiedziałem, dlaczego mnie nie chcieli przyjąć, ponieważ nie znałem tej opinii, ale orioniści przesłali moje dokumenty do domu. Jak przeczytałem tę opinię, okazało się, że było w niej wymienionych 10 przymiotników, które miały mnie charakteryzować – 9 negatywnych i 1 pozytywny.
Jaki był ten pozytywny?
– Inteligentny. Wymieniony był na końcu.
A negatywne?
– Nieposłuszny, pyskaty, krnąbrny…
Czyli dzisiaj, patrząc z perspektywy czasu, też nie przyjąłby Ksiądz siebie do takiej szkoły…
– Nie, dziś się im nie dziwię.
A salwatorianie nie wymagali opinii kierownika szkoły?
– Nie, i oni mnie przyjęli. Ukończyłem tam 8. i 9. klasę. W 1952 r. władze komunistyczne likwidowały wszystkie małe seminaria. Salwatorianie powiedzieli nam tak: „Kto chce, może iść do nowicjatu albo wrócić do domu i tam zrobić maturę”. Wybrałem nowicjat. Żeby nas nie zabrano do wojska, odziali nas w habity i złożyliśmy pierwsze śluby. Mimo że miałem 16 lat, przeszedłem do wyższego seminarium. Tam dopiero zaczęli przygotowywać nas do matury. Zdawałem ją trzy razy… Pierwszej wewnętrznej państwo nie uznało. Gdy zdawałem drugą, to znowu komisja egzaminacyjna im się nie podobała. Dopiero uznali trzecią, którą zdawałem we Wrocławiu eksternistycznie z 10 przedmiotów…
Jak to się stało, że zaczął Ksiądz trenować boks? To zupełny ewenement wśród księży…
– Kiedyś w połowie lat 50. głośny był jeden wypadek śmiertelny w boksie. Dyskusje dotyczyły problemu szkodliwości boksu w ogóle i u nas też zaczęto o tym mówić. Podczas rekreacji odbyła się burzliwa rozmowa na ten temat z jednym z naszych prefektów. I gdy tak wszyscy byli przeciwko boksowi, to ja – pewnie z przekory – byłem jedynym, który nie zgadzał się z resztą. Oczywiście zmyto mi głowę, ale ten problem zaczął mnie bardzo interesować.
Dodam jeszcze, że mnie i paru kolegom nie wystarczał zakres studiów, jaki mieliśmy, i postanowiliśmy założyć tzw. KKO – Kleryckie Kółko Odczytowe. Uczyliśmy się podczas tych spotkań pracy naukowej. Mój pierwszy referat nosił tytuł: „Zgodność fizyki współczesnej z Księgą Genesis 1,5” (czyli ze słowami „Niech się stanie światłość”). Potem postanowiłem napisać referat o moralności boksu. I wtedy za wiedzą spowiednika i dyrektora studiów zacząłem jeździć do Wrocławia do sekcji bokserskiej w PAFAWAG-u, do trenera Michała Szczepana. Pojechałem tam w habicie, przedstawiłem się, powiedziałem, co mnie interesuje, że chcę zapoznać się z boksem, a pan Michał Szczepan bardzo serdecznie mnie przyjął.
Wtedy zaczął Ksiądz trenować boks?
– Dokładnie wtedy.
A jak został przyjęty referat na temat moralności boksu?
– Przełożeni wiedzieli, że piszemy takie referaty dla naszego kółka, więc zaproponowali, żebyśmy je przedstawili w szerszym gronie. Na spotkanie przyszli wszyscy klerycy i profesorowie. I na mnie padło, żeby wygłosić referat. Wystąpiłem z tematem „Moralność boksu”… Oj, dostało mi się po tym referacie…
Czy były wezwania do przełożonych?
– Tak, dziwili się, jak przyszły ksiądz może mieć takie zainteresowania. Ale to były inne czasy… Dziś bym takiego kleryka popierał!
Ale pasji sportowej nie udało się zgasić?
– Pasji nie, ale… Miałem już rok do święceń kapłańskich. I wtedy mi podziękowano…
A jak trafił Ksiądz na KUL?
– Mój wujek, ksiądz Kowalik, był znajomym ks. bp. Władysława Miziołka, rektora seminarium warszawskiego, ale przyjęcia zależały od ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Ksiądz Prymas powiedział, żebym poszedł na studia i potem zobaczymy. Zrobiłem 1,5 roku psychologii i znowu się zgłosiłem. Wtedy mnie przyjęli, ale cofnęli o półtora roku.
Żeby się lepiej Księdzu przyjrzeć?
– Owszem. Ale wujek i tak musiał podpisać dokument, że bierze odpowiedzialność za mnie… Zostałem księdzem w archidiecezji warszawskiej w 1962 roku.
Już od pierwszej parafii w Jasieńcu zaczął Ksiądz organizować obozy dla dzieci. Czy spełniło się w ten sposób pragnienie zrodzone pod wpływem dziecięcych lektur?
– Po święceniach pamiętałem o moich ideałach, które stały się motywacją do wstąpienia do seminarium, czyli o wychowywaniu „smutnych dzieci” przez sport i zabawę. Zacząłem więc organizować obozy. Zbierałem w parafii dzieci z domów, gdzie była bieda materialna lub moralna, półsieroty, sieroty, oczywiście do nich dobierałem trochę dzieciaków z porządnych domów. Mówimy o czasach, w których nie wolno było księżom robić żadnych obozów, bo monopol na wszelkie akcje związane z dziećmi i młodzieżą miał Wydział Oświaty kierowany przez partię. Pokończyłem wszystkie kursy wychowawców, kierowników obozowych, ale starając się w Warszawie o pozwolenie, podpisywałem się „ks. Mirosław Mikulski”, skreślano mój podpis flamastrem, a nawet dopisywano jeszcze: „skreślony”, a obóz niezatwierdzony. Pewnego razu zapytałem, dlaczego. Do dzisiaj pamiętam uzasadnienie decyzji wypowiedziane przez I sekretarza partii w Mińsku Mazowieckim: „Wy nie jesteście właściwą kadrą wychowawczą w Polsce Ludowej”.
Ale mimo wszystko i tak organizował Ksiądz obozy…
– Wszystko było „nielegalne”. Najpierw obozy były małe, potem się rozrastały. Teraz liczą już około 500 osób. Do 1990 roku każdy obóz był w innym miejscu. Bywało i tak, że nas wykrywali, próbowali rozpędzać… bywały też kolegia, ale nigdy mnie nie złapali, bo ukrywałem się w krzakach. Próbowałem też robić to legalnie. Nawiązałem kontakt z harcerzami, ze strażą pożarną, z KIK, żeby ukryć, kto naprawdę organizuje te obozy. Po roku 1990 już nie musieliśmy się bać i kryć.
Czy to są nadal obozy pod namiotami?
– Tak, od początku tak było.
I Ksiądz ma siłę tak mieszkać pod namiotem?
– Ale ja to robię dla dzieciaków… Zabieram je teraz z najbiedniejszych domów, z rodzin rozbitych, z domu dziecka, z ośrodków wychowawczych, a w ostatnich latach także z Białorusi, Litwy, Łotwy. Nie mam serca odmawiać zgłoszeniom…
Zajęcia sportowe są doskonałą okazją, by młodych ludzi również wychowywać. Zyskuje ciało i dusza…
– Tak, to jest wychowywanie całościowe. Co innego, jak jestem tu w sutannie, a co innego, jak przebywam z dziećmi cały czas, gram, modlę się, śpiewam, pracuję i jadam z nimi. To cudowna sprawa. Wszystko sami robimy, przygotowujemy, urządzamy, sami gotujemy, ale bardzo dużo dobrych ludzi nam pomaga.
Dokąd teraz jeździcie?
– W 1990 roku odnalazł mnie kolega z małego seminarium w Krakowie Henryk Rodzim. Mieszkał koło Rucianego nad Bełdanami i miał tam ziemię nad jeziorem. Powiedziałem mu, że organizuję obozy i zapytałem, czy nie mógłbym ich urządzać u niego. Zgodził się bez problemu i przez kilkanaście lat obozy były tam urządzane. Ale Lew Rywin nas pogonił, bo wykupił obok działkę i dzieciaki mu przeszkadzały… I wtedy ten kolega dla świętego spokoju dał nam inny teren, który odpowiednio przystosowaliśmy z pomocą moich poprzednich parafian z Lubochni, od św. Floriana w Warszawie, z Mińska Mazowieckiego, a przede wszystkim z Radości.
Podobno Ksiądz chciał już zakończyć organizowanie obozów?
– Po 35 latach chciałem zamknąć życie obozowe, bo przez tyle lat nie miałem wakacji, a poza tym za każdym razem była to ogromna odpowiedzialność. Odbyło się już nawet oficjalne zakończenie. Wtedy przeniesiono mnie do Radości…, a tam był dom dziecka. Okazało się, że dzieci z tego domu jeżdżą na wakacje z baptystami… Dyrektor ośrodka tłumaczyła, że nie może sama zorganizować dzieciom obozu. Zapytała mnie: „A ksiądz weźmie te dzieci?”. Powiedziałem: „Wezmę”. I tak postanowiłem nie kończyć działalności obozowej mimo zakończenia…
Minęło kolejnych 10 lat i co dalej?
– Szukam księdza, który by to przejął. Mam dwa wielkie barakowozy sprzętu dla 500 osób: namioty, altanki, sprzęt gospodarczy, kuchenny, sportowy. Oddam za darmo, byle ktoś chciał się zająć tymi dzieciakami, co mają „smutne dzieciństwo”.
Z boksem też Ksiądz nie zerwał, ale zajął się moralną stroną tego sportu w pracy pt. „Moralność boksu”.
– Kiedy pracowałem jako wikariusz w parafii Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim w Warszawie, poprosiłem ks. kard. Wyszyńskiego, bym mógł iść na KUL pisać pracę naukową o moralności boksu. Zgodził się. Obroniłem tę pracę, została oceniona bardzo dobrze.
Czy wtedy zrodził się pomysł rekolekcji dla bokserów?
– Gdy pisałem pracę, jeździłem dużo po klubach, rozmawiałem z bokserami, patrzyłem, jak ćwiczą. Wtedy zrozumiałem, jak wielka jest potrzeba duszpasterstwa w świecie sportowym. Ci ludzie „zgubili” gdzieś Pana Boga. Zrodziło się we mnie takie pragnienie, by im pomagać powrócić do Boga. Dlatego urządzam od 17 lat dla nich dwa razy w roku rekolekcje, przygotowuję do sakramentów świętych, błogosławię związki małżeńskie, odprawiam pogrzeby… Ostatnio przygotowywałem Krzysztofa Włodarczyka, mistrza świata federacji IBF w wadze junior ciężkiej, do sakramentu bierzmowania i małżeństwa.
Zaczął Ksiądz od duszpasterstwa bokserów, ale w ogóle duszpasterstwo sportowców to była nowość w Polsce…
– Tak. Dziś to już jest norma. Od 1990 roku zacząłem organizować ogólnopolskie pielgrzymki sportowców na Jasną Górę i opłatki z Księdzem Prymasem. Ponowne zainteresowanie Kościoła rzeczywistością sportu, bo przecież przed wojną tak było, zaczęło się w 1990 roku. Wtedy z Włodzimierzem Strzyżewskim, który wynalazł ringo, założyliśmy Katolickie Stowarzyszenie Sportowe RP. Długa to była droga, ale dziś jest już w nim zarejestrowanych ponad 160 parafialnych klubów sportowych. Niezarejestrowanych jest ponad 500. Trzeba pamiętać, że powołaniem Kościoła jest cały człowiek, nie tylko dusza, ale władze przez lata spychały duszpasterzy do zakrystii. A we mnie ciągle była myśl, by wychowywać również przez kulturę fizyczną i sport całego człowieka.
A jak Ksiądz ocenia dzisiaj sytuację w sporcie? Tyle ostatnio wyszło na jaw afer korupcyjnych w polskiej piłce nożnej. Co, według Księdza, trzeba zrobić, by uzdrowić sytuację?
– Przede wszystkim przestać się nienawidzić, a potem przebaczyć. Należałoby chyba zamknąć przeszłość i teraz zacząć wszystko od nowa, bo nienawiść nigdy nie zrodzi niczego dobrego.
A co z tymi klubami, które przechodziły z ligi do ligi tylko dzięki korupcji? Nie degradować ich?
– Korupcja jest niestety powszechna, nie tylko w piłce nożnej. Całe nasze społeczeństwo jest w jakiś sposób przyzwyczajone do korupcji – popatrzmy na służbę zdrowia… Wyrzucić z pracy lekarzy? A urzędy i uzyskiwanie pozwoleń? W budownictwie… w sądach… na studiach… egzaminach… wszędzie można wykazać, że jeden drugiego jakimś prezencikiem popchnął… Media obecnie podają do wiadomości publicznej akurat to, co działo się w piłce nożnej. Ale zawieszenie większości klubów to byłby błąd. Przecież one utrzymują boiska, które podupadną, jeśli nie będzie meczów. Ktoś musi w piłkę grać. Inaczej będzie katastrofa. A utrzymanie stadionów… hal sportowych… przygotowanie kadry na Euro 2012…?
Jaka jest przyczyna tej sytuacji i czy można korupcję wyeliminować?
– To są skutki akcentowania w sporcie wyłącznie techniki, a zaniedbywania wychowania. Może należałoby wreszcie dostrzec potrzebę duszpasterstwa w sporcie. Są już pewne inicjatywy, które spotkały się z życzliwym przyjęciem niektórych klubów, ale to dopiero początki. Generalnie kluby i związki takiej pracy Kościołowi nie ułatwiają. Gdyby sportowcy i działacze liczniej brali udział w sportowych pielgrzymkach na Jasną Górę, w rekolekcjach czy opłatkach z ks. Prymasem, gdyby więcej zastanawiali się nad własnym życiem, robili rachunek sumienia, przystępowali do spowiedzi świętej, wtedy prawdopodobnie zmienialiby swoje postępowanie i naprawiali wyrządzone zło.
Ksiądz angażował się nie tylko w sport i organizowanie obozów, ale również wpadł na pomysł utworzenia uniwersytetu…
– Moją pierwszą parafią, w której byłem proboszczem, była Lubochnia (100 km od Warszawy). Bardzo zależało mi na tych ludziach, chciałem pogłębiać ich świadomość religijną, by nie tylko rozumieli prawdy wiary i Dekalog, ale także świadomie wykonywali to, co Kościół nakazuje. Zabiegałem o rozumienie Mszy Świętej. Bardzo zwracałem uwagę na dobre przygotowanie do sakramentów świętych, zwłaszcza do sakramentu pokuty i pojednania. Zrodziła się idea uniwersytetu parafialnego, który rozpoczął działalność 13 grudnia 1981 roku.
Jakże znacząca data…
– Tak, przez ogłoszenie stanu wojennego nie dojechał do nas profesor z pierwszym wykładem. Ale działalność się rozpoczęła. Ludzie zeszli się do mnie na plebanię i rozpoczęliśmy wykłady z Pisma Świętego własnymi siłami.
Uniwersytet działał potem do końca pobytu Księdza w Lubochni, czyli 8 lat. Jak wyglądały studia?
– Oficjalnie to się nazywało Instytut Kultury Chrześcijańskiej. Były to studia czteroletnie, taki quasi-uniwersytet, bo ludzie chociaż matur nie mieli, ale na wzór studiów otrzymywali indeksy. Zdawali egzaminy z lektur albo wykładów. Absolwenci stawali się świadomymi katolikami, patriotami i społecznikami zaangażowanymi w życie parafii i miejscowej ludności. Razem z nimi prowadziliśmy pracę wychowania w trzeźwości, zlikwidowaliśmy 38 melin i gospodę, która najbardziej rozpijała parafian. Pierwszym absolwentom dyplomy wręczał ks. Prymas Józef Glemp.
Podobno w Mińsku Mazowieckim parafianie jeszcze pamiętają, jak Ksiądz walczył ze spóźniającymi się na Mszę Świętą… Czy jest na to jakaś dobra metoda?
– Spóźnianie się to jest szkaradny grzech niedostrzegany przez ludzi i wielu księży. W Warszawie jedna trzecia spóźnia się na Eucharystię. Najpierw wszystkim tłumaczyłem, zachęcałem, by parafianie przychodzili na Mszę Świętą przed Mszą Świętą. Potem było różnie – wychodziłem przed kościół… uśmiechałem się… chrząkałem… patrzyłem na zegarek… liczyłem głośno spóźniających się… mówiłem, ile czasu minęło. To porażało. Ale to było wychowanie do szacunku dla Mszy Świętej. Po 7 latach pracy w parafii spóźniało się co najwyżej kilkanaście osób, a wcześniej były to setki.
Ale był Ksiądz też proboszczem u Świętego Floriana na Pradze…
– Ksiądz Prymas wskazał mi parafię św. Floriana. Powiedział: „To jest Praga, tam jest ulica Brzeska, ty uprawiasz boks, to się nie będziesz bał…”. I rzeczywiście najbardziej zakochałem się w tej Pradze, a szczególnie w Brzeskiej. Do dziś te miejsca wywołują u mnie wzruszenie, a Brzeska jest dla mnie ich symbolem.
Dlaczego to było takie szczególne miejsce dla Księdza?
– Tam dla samotników urządzałem Wigilie pod gołym niebem. Oni przygotowywali choinkę, żłóbek, ognisko, jedliśmy kapustę z grzybami, śpiewaliśmy kolędy, otrzymywali też „gwiazdkę”. Bardzo czekali na ten wieczór wigilijny i byli trzeźwi. Kiedyś podszedł do mnie taki pijaczek i mówi: „Księżulku, skończ już, bo ja od rana nic nie piłem”. Dla mnie to były takie małe cuda… Chodziłem do tych domów po kolędzie, wikariusze się bali. Oni skończyli już całą parafię, a ja jednej Brzeskiej nie mogłem, a było tam ze 25 numerów… Chodziłem po domach i rozmawiałem z ludźmi, często wracałem. Gdy przychodził Wielki Post, organizowałem Drogę Krzyżową ulicą Brzeską, szliśmy od podwórka do podwórka, a krzyż nieśli mieszkańcy Brzeskiej. To było piękne. Robiliśmy Majówki przy podwórkowych figurkach, odmawialiśmy Różaniec za zmarłych i pomordowanych na Brzeskiej. Ale były też tańce, np. polonez – gdy 100 par mieszkańców Brzeskiej (trzeźwych) ruszało od Ząbkowskiej do Kijowskiej. Były również na Brzeskiej biegi w różnych kategoriach wiekowych, a wieczorami śpiewanie piosenek. Chodziło o uczenie ich, że mogą być też inne radości. Zawsze powtarzałem sobie: „Jak na bagnach rosną lilie, to i na Brzeskiej mogą być święci”. Spowiadałem przez tyle lat, ale takich spowiedzi jak tam, na Brzeskiej, to nie zapomnę…
A Order Uśmiechu dostał Ksiądz właśnie wtedy, gdy pracował na Pradze. Ale został Ksiądz też Prażaninem Roku i Wawerczykiem Roku. Ludzie doceniali Księdza pracę…
– Tak, Order Uśmiechu był od dzieci z Pragi… To jedno z cenniejszych moich trofeów.
Czym się Ksiądz zajmuje teraz, na emeryturze?
– Tam, gdzie trzeba, służę, głoszę rekolekcje, organizuję turnieje sportowe i obozy dla tych dzieciaków ze „smutnym dzieciństwem”. Przygotowuję też do sakramentów świętych ludzi związanych ze sportem. Staram się robić to, co robiłem dotychczas.
Jest w psychologii taki test, po którym można pobieżnie powiedzieć, jaki człowiek ma charakter. Trzeba odpowiedzieć na pytanie, jakim zwierzęciem by się chciało być. Odpowiadam, że tygrysem.
Czyli o jakich cechach Księdza charakteru to świadczy?
– Tygrys jest bardzo opiekuńczy – nie tylko dla swoich małych, ale idzie do przodu mimo wszystko.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
