Sowieckie chwyty Litwinów

– Integrować się? Dlaczego i z kim mamy się integrować, skoro na tej ziemi
żyjemy od wieków i jesteśmy u siebie? – pytają mieszkający na Litwie Polacy,
którym premier Andrius Kubilius niedawno zarzucił niechęć do zintegrowania
Wileńszczyzny z resztą kraju. Jednym z elementów sprzyjających temu procesowi ma
być nowelizacja ustawy o oświacie, zgłoszona przez posła do litewskiego sejmu z
ramienia rządzącej partii konserwatystów Gintarasa Songailę. Zakłada ona, na
wzór rozwiązań wprowadzonych na Łotwie, że w szkołach należących do mniejszości
narodowych 60 proc. przedmiotów nauczanych będzie w języku państwowym, czyli
litewskim. Skutki takich działań już obserwujemy – zamiast integracji zamęt i
narastająca wzajemna wrogość.

Zdecydowana większość mieszkańców Wileńszczyzny to Polacy. W rejonie wileńskim
stanowią oni 63,5 proc. ludności, natomiast w rejonie solecznickim aż 80
procent. – Ręce opadają, gdy do głosu w debacie publicznej coraz częściej
dochodzą pseudoteorie, według których mieszkańcy rejonu wileńskiego i
solecznickiego nie są rdzennymi Polakami, ale spolonizowanymi na skutek
agresywnej polityki Polski Litwinami – mówi Michał Mackiewicz, przewodniczący
Związku Polaków na Litwie (ZPL). – Stąd próby zapędzania Polaków do litewskich
szkół – ocenia.
Na Litwie istnieje 116 szkół z polskim językiem nauczania, do których uczęszcza
około 16 tys. uczniów. Najwięcej w rejonach wileńskim i solecznickim. Planowany
na Litwie tzw. model łotewski polega na tym, że w klasach początkowych dzieci
nauczane są w języku ojczystym, zaś w klasach wyższych stopniowo przechodzi się
na język państwowy. – To próba lituanizacji Polaków z Wileńszczyzny – konstatuje
Mackiewicz. Według niego, ta wyraźnie antypolska polityka realizowana była od
zawsze, a teraz – być może z racji nadchodzących wyborów parlamentarnych –
nasiliła się. Szczególny niepokój Polaków wzbudziło stwierdzenie premiera
Kubiliusa, iż należy dążyć do tego, aby jak najwięcej polskich dzieci
uczęszczało do szkół litewskich. Jako antypaństwowe określił on działania
polskich władz lokalnych, które nie sprzyjają temu zamysłowi.

Cel: depolonizacja Wileńszczyzny
– To kolejna próba ograniczenia możliwości nauczania polskich dzieci w ich
języku ojczystym – tak sprawę komentuje Józef Kwiatkowski, prezes Stowarzyszenia
Nauczycieli Szkół Polskich na Litwie "Macierz Szkolna". Przypomina, że to nie
pierwsze tego rodzaju działania. – Najpierw, przed dziesięcioma laty, skreślono
język polski z listy przedmiotów obowiązkowo zdawanych na maturze. Następnie
próbowano wycofać z druku podręczniki w języku polskim, co jednak, na szczęście,
się nie powiodło – wylicza prezes Kwiatkowski. Jego zdaniem, nieporozumieniem
jest porównywanie sytuacji oświatowej polskiej mniejszości narodowej na Litwie z
Łotwą, gdzie Polaków jest znacznie mniej i nie są oni tak skoncentrowani jak
tutaj. – To działania mające na celu depolonizację Wileńszczyzny i lituanizację
tutejszych Polaków – konkluduje Kwiatkowski.
Szerokim echem odbiła się również niedawna wypowiedź Justinasa Karosasa,
wiceszefa sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych z opozycyjnej partii
socjaldemokratycznej, który w czasie jednego z sejmowych posiedzeń oświadczył,
że Polacy, którzy nie chcą się integrować, powinni wyjechać do Polski. Dla
Waldemara Tomaszewskiego, eurodeputowanego i przewodniczącego Akcji Wyborczej
Polaków na Litwie, takie słowa i obecne działania władz litewskich nie są żadnym
zaskoczeniem. – Zawsze tak było. Tyle tylko, że tego rodzaju wypowiedzi
litewskich polityków nie wszyscy w Polsce i Europie słyszeli bądź chcieli
usłyszeć – ocenia. Dodaje, że walka z polskością trwa przez cały czas, bo rządzą
politycy, którym na takich działaniach zależy. Wymienia jednego z liderów
rządzącej partii Związek Ojczyzny – Litewscy Chrześcijańscy Demokraci (TS – LKD)
eurodeputowanego Vytautasa Landsbergisa, który przed czterema laty w wyborach
samorządowych nawoływał do historycznego zwycięstwa nad Polakami i kolonizacji
Wileńszczyzny. Przypomina, że to właśnie ten polityk po odzyskaniu przez Litwę
niepodległości jesienią 1991 r. doprowadził do bezprawnego i brutalnego
rozwiązania samorządów wileńskich. – Ten człowiek ma na swoim koncie wiele
antypolskich wystąpień, a mimo to był przez lata przyjmowany na polskich
salonach – oburza się Tomaszewski.

Polskie szkoły nie gorsze od litewskich
Na jednym z posiedzeń rady swojej macierzystej partii TS – LKD Landsbergis
zarzucił lokalnym władzom samorządowym na Wileńszczyźnie szantaż społeczny, a
nawet terror. Wtórował mu premier Kubilius, który w czasie niedawnej wizyty w
rejonach wileńskim i solecznickim powiedział, że niedopuszczalne jest, aby
władze regionalne "przeszkadzały" polskim lub białoruskim rodzinom w oddawaniu
dzieci do szkół litewskich. Jak podaje portal Wilnoteka.lt, premier miał
stwierdzić, że posyłanie polskich dzieci do szkół litewskich jest jak
najbardziej pożądane, bo świadczy o tym, iż ich rodzice myślą o przyszłości
swoich dzieci na Litwie. Takiej argumentacji nie może zrozumieć prezes
Kwiatkowski. Według niego, to właśnie dzieci kończące polskie szkoły są w
lepszej sytuacji niż ich litewscy rówieśnicy. – Chociażby dlatego, że znają
język polski, a więc jeden język europejski więcej, co daje im większe
możliwości przy wyborze uczelni wyższych oraz większe szanse na europejskich
rynkach pracy – argumentuje. Z dumą podaje statystyki, według których aż 80
proc. maturzystów z polskich szkół dostaje się na studia, i to nie tylko na
Litwie i w Polsce, ale również na Zachodzie. A do tego polskie dzieci doskonale
posługują się językiem litewskim. – Kiedy jakiś uczeń ze starszej klasy bierze
udział w ogólnonarodowym konkursie lub olimpiadzie, litewskie komisje nie
potrafią odróżnić, czy dziecko uczy się w szkole polskiej, czy litewskiej – z
satysfakcją opowiada prezes Kwiatkowski.

Polski znaczy droższy
Pewna asymetria w traktowaniu szkół polskich i litewskich widoczna jest także w
zakresie ich finansowania. Dotyczy to głównie szkół litewskich w rejonach
wileńskim i solecznickim. Po likwidacji powiatów, które były założycielami
litewskich placówek, ich finansowanie znalazło się w gestii ministerstwa, co
oznacza, że są one utrzymywane w całości z budżetu państwa. Tak więc na każdego
ucznia szkoły otrzymują subwencję z budżetu państwa, czyli tzw. koszyczek
ucznia. Oprócz tego państwo finansuje również wydatki związane z prowadzeniem
placówki oświatowej (utrzymanie budynku, energia elektryczna, ogrzewanie,
wynagrodzenie obsługi technicznej itp.). Natomiast szkoły prowadzone przez
mniejszości narodowe to w większości szkoły samorządowe. Tutaj również
obowiązuje "koszyczek ucznia", który w przypadku dzieci z rodzin nielitewskich
jest większy o piętnaście procent. Jednak druga część finansowania szkół
pochodzi ze środków własnych samorządów. Zdaniem prezesa Kwiatkowskiego, problem
polega na tym, że piętnastoprocentowy dodatek nie wystarcza na pokrycie różnicy
w wydatkach ponoszonych przez rodziców posyłających swoje dzieci do polskich
szkół. – Przede wszystkim dlatego, że lista przedmiotów w naszych szkołach jest
dłuższa o język ojczysty – tłumaczy. Dodatkowym problemem, z jakim muszą się
borykać Polacy, są ceny podręczników w języku polskim, od 40 do nawet 80 proc.
wyższe niż w przypadku ich litewskich odpowiedników. Jest to związane z małą
liczbą tychże podręczników na rynku wydawniczym.
Szkoły litewskie, które istnieją w rejonach podlegających polskim samorządom,
otoczone są specjalną opieką ze strony rządu. Przykładem może być rządowe
Gimnazjum Tysiąclecia Litwy w Solecznikach, gdzie zaledwie co czwarty uczeń jest
Litwinem. Szkoła kusi dzieci z nielitewskich rodzin wyposażeniem o
ponadprzeciętnym standardzie: posiada między innymi basen i dwa boiska sportowe.

Nacjonalistyczne tezy w szkolnym wypracowaniu
W pierwszej połowie października bieżącego roku w wileńskim ratuszu odbyły się
obchody 90-lecia podpisania Umowy Suwalskiej (dotyczącej zawieszenia broni
między Polską i Litwą, i ustalenia linii demarkacyjnej na Suwalszczyźnie) oraz
tzw. buntu Żeligowskiego (kiedy to gen. Lucjan Żeligowski na rozkaz Józefa
Piłsudskiego zajął Wilno, co przez Litwinów zostało odebrane jako złamanie
podpisanej wcześniej umowy). Podczas uroczystości uczennica z Gimnazjum
Tysiąclecia Litwy w Solecznikach zaprezentowała wypracowanie, które wywołało
poruszenie i oburzenie wśród polskiej mniejszości na Litwie. Być może nie
należałoby się zanadto przejmować pracą napisaną przez kilkunastoletnią
dziewczynkę, gdyby nie fakt, że tytuł konkursu, w którym wzięła udział i zdobyła
pierwszą nagrodę, brzmiał: "Następstwa polskiej okupacji w Litwie Wschodniej", a
w wileńskim ratuszu na uroczystościach obecni byli prominentni politycy z partii
rządzącej, m.in. Vytautas Landsbergis oraz Gintaras Songaila, sama dziewczynka
natomiast twierdziła, że pochodzi z rodziny o polskich korzeniach. W tekście
pojawiły się między innymi stwierdzenia, że Litwa Wschodnia padła w XX w. ofiarą
polskiej okupacji, a skutki agresywnej polonizacji widoczne są do dziś. Świadczy
o nich dominacja polskiego języka i kultury w tym regionie kraju. "Nawet dziś
dużo ludzi nie mówi w języku państwowym, nazwiska są spolszczone, ale, co mnie
najbardziej zdziwiło i nawet wstrząsnęło – że w niektórych miasteczkach nazwy
ulic są pisane po polsku i po litewsku" – mówiła uczennica, wzbudzając
niedowierzanie nawet wśród zaproszonych gości. Następnie przytoczyła jakoby
opinie naukowców, wedle których większość spolonizowanych obywateli to prawdziwi
Litwini, którzy zrzekli się swej litewskiej tożsamości. "Potrzebne są starania
naszych władz i społeczeństwa, żeby skutki wieloletniej okupacji na etnicznych
litewskich ziemiach były usuwane i by Litwini nie czuli się krzywdzeni" –
zakończyła.
– To zgroza i dowód na to, czego uczą w litewskich szkołach – komentuje
przewodniczący ZPL Michał Mackiewicz. Zdziwienia nie kryje również Andrzej
Kołosowski, który przez kilka lat był nauczycielem w polskiej szkole na Litwie.
– To nieprawdopodobne, żeby takie stwierdzenia znalazły się w wypracowaniu
napisanym przez dziecko. Widać w tym dorosłą rękę – ocenia.

Walka o tożsamość
Kiedy na forum międzynarodowym w relacjach polsko-litewskich podnoszone są
problemy pisowni polskich nazwisk i polskiego nazewnictwa ulic, w tle toczy się
być może dużo ważniejsza dyskusja na temat proponowanej przez litewskich
konserwatystów nowelizacji ustawy o oświacie. Jak zaznacza prezes Kwiatkowski,
planowane zmiany w szkolnictwie są szczególnie niebezpieczne, ponieważ jeśli raz
zostaną wprowadzone, to bardzo ciężko będzie je później wycofać. – Jeżeli
rzeczywiście proponowane poprawki zaczną obowiązywać, będzie to nieszczęście i
wielka przegrana szkół polskich na Litwie – ocenia. Dlaczego obawy Polaków są aż
tak duże? – Ponieważ cała ta nowelizacja ma na celu doprowadzenie do
zdegradowania nauczania w języku polskim do klas początkowych, a w konsekwencji
do zaniku szkolnictwa polskiego na Litwie – odpowiada prezes Kwiatkowski.
Burzliwa dyskusja prowadzona jest także na forach internetowych. Jeden z
forumowiczów, podpisujący się jako Kmicic, komentując plany litewskiego
ministerstwa oświaty napisał: "Szkoda polskich dzieci, którym chce się zabrać
nie tylko znajomość języka ojczystego, ale także ich duchową przeszłość. A
człowiek, który nie ma przeszłości, nie będzie miał również przyszłości".

Co na to Unia?
Jakie są szanse na odrzucenie proponowanych niekorzystnych zmian w ustawie o
oświacie dotyczących szkół prowadzonych przez mniejszości narodowe? Polacy mają
przede wszystkim nadzieję, że te poprawki nie wejdą w życie. Dlatego, jak mówi
Michał Mackiewicz, prowadzone są rozmowy na różnych szczeblach, mające skłonić
litewskich parlamentarzystów do ich odrzucenia. Już teraz wskazuje na negatywne
skutki zamieszania wokół ustawy oświatowej.
– Działania władz litewskich wprowadzają zamęt, niepewność i budują atmosferę
wzajemnej wrogości – ocenia. Jest przekonany, że w konsekwencji szkodzą one nie
tylko Polakom oraz innym mniejszościom narodowym, ale również całemu państwu
litewskiemu. – A już na pewno nie służą integracji – dodaje Michał Mackiewicz.
Eurodeputowany AWPL Waldemar Tomaszewski podkreśla natomiast, że należy robić
wszystko, aby tego rodzaju zapędy zostały powstrzymane również przez Unię
Europejską, której Litwa jest członkiem i której postanowienia w obszarze
traktowania mniejszości narodowych zgodziła się wypełniać. Dlatego Tomaszewski
podejmuje działania, aby sprawa ta została maksymalnie nagłośniona na forum
międzynarodowym. Brak zainteresowania ze strony innych państw, tak jak brak
jasnej i rzetelnej informacji sprzyja manipulacjom władz litewskich. Działania
te Tomaszewski określa wprost jako "chwyty sowieckie". – Oficjalnie próbuje się
wmawiać, że żadnego problemu z mniejszościowym szkolnictwem na Litwie nie ma, a
na dowód tego zwołuje się konferencję, jednak bez udziału Polaków. Za to w
imieniu mniejszości wypowiada się emigrant z Azerbejdżanu – komentuje
eurodeputowany. – To nieuczciwe, zważywszy na to, że liczba mieszkających na
Litwie Azerów jest bardzo nikła – dodaje oburzony.
Tomaszewski deklaruje, że Polacy na pewno się nie poddadzą. – Jesteśmy wrośnięci
w tę ziemię, bo jest ona uświęcona krwią i potem naszych przodków. Tu są groby
naszych ojców i praojców. Jesteśmy Polakami i nimi pozostaniemy!
 

Bogusław Rąpała

drukuj