„Solidarność” – pragnienie wolności

Z prof. Curtisem Hancockiem, filozofem, wykładowcą w Rockhurst Jesuit
University w Kansas City w stanie Missouri (USA), rozmawia Łukasz
Sianożęcki

Wiemy, że do powstania „Solidarności”
przyczyniło się wiele czynników zewnętrznych. Niebagatelną rolę odegrały
tu także Stany Zjednoczone, a zwłaszcza prezydent Ronald Reagan. Jak
wówczas było to odbierane w USA?

– Za czasów rządów Demokratów w
Stanach Zjednoczonych powstanie „Solidarności” raczej nie byłoby
możliwe. Doskonale pamiętamy, że podczas zimnej wojny demokratyczne
władze w USA próbowały stosować wobec Związku Sowieckiego politykę
appeasementu, co było drogą całkowicie błędną. Kiedy na fotelu
prezydenckim zasiadł Ronald Reagan, postanowił zerwać z tą
pseudopokojową tendencją i zmienić politykę zagraniczną wobec Moskwy. On
doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Związek Sowiecki był
zdecydowanie bardziej kruchy, niż starano się to przedstawiać.
Reaganowskim modus operandi było „wyzwanie” Sowietów oraz przetestowanie
ich woli politycznej i siły ekonomicznej. Powstanie „Solidarności”
umożliwiło amerykańskiemu prezydentowi dwie rzeczy: wysłanie wsparcia
dla obywateli Polski, domagających się prawa do wolności, a także w
szerszym kontekście zakwestionowanie hegemonii Kremla. Także powołanie
wtedy, w sierpniu 1980 roku, tego ruchu w Polsce było dla Reagana
momentem przełomowym.

Nie wszyscy jednak podzielali ten entuzjazm. Twierdzono, że wspieranie Polaków w ogóle nie leży w interesie Amerykanów…

Ta decyzja Reagana do dziś nieco drażni Demokratów, ponieważ
„Solidarność” okazała się wielkim sukcesem, a więc pośrednio wielkim
sukcesem republikanina Ronalda Reagana. Wówczas jego przeciwnicy
polityczni mocno krytykowali wyjątkowo asertywną strategię prezydenta,
nazywając ją niebezpieczną i prowokacyjną. To, co wywalczyła
„Solidarność”, oraz późniejsze ogłoszenie przez Gorbaczowa głasnosti i
pierestrojki pokazało jasno, iż bardzo się mylili. Zawstydzeni przez
osiągnięcia Reagana Demokraci wraz ze swoimi zwolennikami rzadko kiedy
są zdolni, aby pochwalić sukces amerykańskiego prezydenta. Czasem są w
stanie zdobyć się jedynie na słowa krytyki, stwierdzając, iż być może
ich wcześniejsza polityka wobec Moskwy była nieco zbyt zachowawcza.

Czy
to z tego powodu obecny prezydent USA Barack Obama w liście skierowanym
do uczestników zjazdu z okazji 30-lecia powstania „Solidarności” nie
wspomniał o roli prezydenta Reagana?

– Dziś także w wielu
tytułach prasowych możemy zaobserwować niechęć, jeśli chodzi o
wspominanie czy chwalenie „Solidarności” lub prezydenta Reagana.
Demokraci zdają się przy tym bardzo nie lubić ruchów obywatelskich.
Weźmy np. pod uwagę reakcję Białego Domu w czasie zeszłorocznych wyborów
parlamentarnych w Iranie, które mogły doprowadzić do obalenia reżimu
Mahmuda Ahmadineżada. Wówczas doszło w tym kraju do zamieszek i buntu
obywateli. W odróżnieniu od Reagana, który w bardzo podobnej sytuacji
opowiedział się po stronie zwyczajnych Polaków, Barack Obama milczał.
Nie zrobił nic, co mogłoby natchnąć ciemiężonych obywateli do tego, aby
obalili reżim. Także wtedy media stanęły po stronie szefa Białego Domu,
usprawiedliwiając go. Przywołam tutaj wypowiedzi Zbigniewa
Brzezińskiego, byłego doradcy prezydenta Jimmy’ego Cartera, z programu
„The Charlie Rose Show”, który zapytany, dlaczego Obama nie wykorzystał
okazji, aby dokonać w Iranie tego, czego Reagan dokonał w Polsce,
powiedział, że w jego opinii to są dwie różne rzeczy. Stwierdził, że
Polacy mieli wówczas prawo powrotu do samodzielnego rządzenia. Reżim
Ahmadineżada zaś to taki rodzaj rządu, jaki od zawsze był w Iranie, więc
postawa Obamy w tym kontekście jest godna pochwały. Tym samym
Brzeziński „rozgrzeszył” prezydenta za to, że nie pomógł prawdopodobnie
większości Irańczyków w obaleniu rządu i uzyskaniu wolności.

Sukces „Solidarności” nie wynika jednak tylko ze wsparcia ze strony USA. Oprócz zrywu społecznego były to także inne czynniki…

U podstaw „Solidarności” i jej późniejszych owocnych działań legło to,
że w jednym czasie na międzynarodowej scenie pojawiły się trzy postacie:
Jan Paweł II, Margareth Thatcher oraz wspomniany Ronald Reagan. Ta
trójka miała ze sobą wiele wspólnego. Przede wszystkim tworzyli wspólny
front obrony „Solidarności”, byli szeroko znani ze swojej odwagi. Ci
trzej mężowie stanu jak mało kto zdawali sobie sprawę z tego, jak ważny
jest ruch „Solidarność” dla historii całego świata zachodniego. Wszyscy
byli także chrześcijanami, którzy doskonale rozumieli, iż to właśnie
chrześcijaństwo leży u najgłębszych podstaw cywilizacji Zachodu. A każdy
z nich doskonale potrafił zjednywać sobie ludzi. Nie tanimi hasłami,
jak czynią to dzisiejsi politycy, ale swoją osobowością, siłą i
moralnością. A przede wszystkim wszyscy troje byli wspaniałymi liderami.
I to właśnie dzięki tym trzem osobom powstanie „Solidarności” do dziś
jest wyjątkowym momentem w historii cywilizacji zachodniej i lśni jako
symbol umiłowania wolności.

Co jeszcze, według Pana, symbolizuje dzisiaj „Solidarność”?

„Solidarność” przypomina nam, że wszyscy ludzie są głęboko spragnieni
wolności. Nawet pomimo dziesięcioleci zniewolenia to pragnienie nie
gaśnie. Pomimo dekad opresji i wyjątkowo brutalnego traktowania Polaków
Sowieci nie potrafili zdusić odwagi Polaków. Polacy są trwałym
przykładem dla reszty ludzi miłującej wolność na świecie. Jak długo
jeszcze ludzie mają odwagę, by zmieniać świat na dobre, nawet poprzez
radykalne zmiany, wszystko jest możliwe.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj