Smoleńsk, Krakowskie Przedmieście, Łódź
To w mediach pracują inżynierowie dusz, dzięki którym ludzie nabierają
przekonania, że trzeba tak załatwiać sprawy, jak w Łodzi. Zaraz po tym strasznym
wydarzeniu, które uzmysłowiło każdemu myślącemu człowiekowi, w jakim stanie są
nasze społeczeństwo i demokracja, pojawiły się łatwe do przewidzenia reakcje
dyżurnych komentatorów. Niektórzy z nich, jak redaktor Janusz Rolicki i wielu
podobnych, zwłaszcza wypowiadających się w TVN, TOK FM i "Gazecie Wyborczej",
obarczyli winą… ofiarę, czyli PiS i Jarosława Kaczyńskiego, inni formułowali
apele o łagodzenie nastrojów u wszystkich, zwłaszcza zaś u atakowanych pisowców,
odmawiając im prawa do nazwania po imieniu inspiratorów mordu. Ach, i rozmaici
eksperci od psychologii i terroryzmu pouczają Naród w TVP Info, że to "życie się
ogólnie brutalizuje", więc powinniśmy sami się bardziej pilnować.
Nawoływanie do uspokojenia emocji "przez wszystkich" po tym, jak doszło do
zabójstwa w biurze poselskim PiS, nie jest obojętne etycznie. W sytuacji, gdy
nie ma równości między ofiarą i zbrodniarzem, stanowi wsparcie dla mordercy.
Jest korzystne dla tych, którzy pierwsi rozpoczną (rozpoczęli) kampanię
nienawiści. Co sobie naplują, nawyzywają, nakłamią, nakopią, nazabijają, to ich
zysk. Potem wzywają do "uspokojenia" rozumianego jako uciszenie pytań o
przyczyny, o winę, i zakładającego, że druga strona jest zdolna sięgnąć po
podobne haniebne środki. A po drugiej stronie przecież nie ma żadnych podobnych
zachowań. Jest tylko wołanie o prawdę.
Od dwudziestu lat z rosnącym rozgoryczeniem obserwuję szamotanie się środowiska
dziennikarskiego. Próby wprowadzenia zasad etycznych są ze wszech miar godne
pochwały. Jednak ciągle (liczni) prawi i uczciwi, działający zgodnie z sumieniem
dziennikarze napotykają ogromne problemy w uzdrowieniu środowiska jako całości.
Ważnym czynnikiem jest na pewno fakt, że w środowisku tym nie przeprowadzono
lustracji. Fatalne są stosunki własnościowe i pracownicze, zarobki większości
szeregowych pracowników i współpracowników nie pozwalają na godne życie. Znamy
niepewność jutra w tym zawodzie. Niestety, podobnie jak w środowisku politycznym
groźna jest selekcja negatywna. Na patologie znane z okresu PRL nałożyły się
nowe problemy i pokusy. Jakie są głębsze przyczyny tego stanu rzeczy? Nam jako
społeczeństwu doskwiera niewielka świadomość etyczna Polaków. Dlatego od
początku zabrakło silnej, zdecydowanej presji społecznej wspierającej prawdę w
mediach, etyczne zachowania właścicieli środków przekazu i dobrych dziennikarzy.
Pokutuje też postawa obojętności, braku reakcji na przejawy złego funkcjonowania
mediów. Bezradne i bezbronne społeczeństwo podatne jest na manipulację.
Atak na niezależne dziennikarstwo
W oświadczeniu z 16 października br. REM potępiła zarówno "Gazetę Polską", jak i
"Nasz Dziennik" za rzekome opublikowanie informacji o telefonie do żony, jaki
miał wykonać tuż po tragedii oficer Biura Ochrony Rządu. W rzeczywistości w
"Naszym Dzienniku" żadna tego typu publikacja się nie ukazała. W rezultacie z
członkostwa w REM rezygnację złożyli przedstawiciele Katolickiego Stowarzyszenia
Dziennikarzy – Teresa Bochwic i Tomasz Bieszczad. W swoim oświadczeniu ujawnili
oni kulisy prac Rady, zarzucając jej brak obiektywizmu i "merytorycznej
symetrii". REM krytykowała bowiem media głównego nurtu, medialnych gigantów,
zwykle za mniej ważne uchybienia. Przedmiotem ostrej krytyki stawały się
natomiast media opozycyjne i niszowe. Mimo wniosków obojga rezygnujących
członków, formułowanych po 10 kwietnia, Rada nie zajęła się rolą środków
przekazu w kształtowaniu atmosfery niechęci, nienawiści wokół osoby prezydenta
Lecha Kaczyńskiego oraz kierować wobec niego oszczerstw. Krytyczna refleksja nad
zniekształcaniem przekazu prasy, radia i telewizji o jego prezydenturze, zdaniem
Teresy Bochwic i Tomasza Bieszczada, mogłaby przyczynić się do poprawy ogólnego
klimatu medialnego w Polsce. Tak się jednak nie stało. W zamian otrzymaliśmy
pochwałę ze strony większości członków REM za relacje we wszystkich mediach o
katastrofie smoleńskiej "Stwierdziliśmy, że dziennikarze i komentatorzy
zachowali się godnie, informując Polaków o przebiegu zdarzeń, mimo różnic
ideowych i politycznych. W swej naiwności apelowaliśmy o wytrwanie w poczuciu
odpowiedzialności za dobro wspólne. I nieeksponowanie politycznych swarów,
szerzenia sensacyjnych pogłosek, pochopnych podejrzeń i oskarżeń" – napisała REM
w swoim sprawozdaniu w czerwcu br. W kolejnym oświadczeniu potępiła ona Jana
Pospieszalskiego za relacje z Krakowskiego Przedmieścia i film "Solidarni 2010".
Pierwsze oświadczenie pojawiło się już po włączeniu się TVN 24 w ekscesy przed
siedzibą Kurii Metropolitarnej w Krakowie i opublikowaniu przez "Gazetę
Wyborczą" listu Andrzeja Wajdy przeciwko pochowaniu Lecha Kaczyńskiego na
Wawelu.
Pośpiech i gorliwość REM w pouczeniu zarówno "Gazety Polskiej", jak i "Naszego
Dziennika", w jaki sposób nie wolno podejmować prób wyjaśnienia tragedii
smoleńskiej, muszą zostać odebrane jako wyznaczenie norm poprawności politycznej
w opisywaniu katastrofy z 10 kwietnia. Bardzo niedobrze się stało, że zamiast
tego zabrakło apelu do mediów głównego nurtu o włączenie się w rzetelne
wypełnianie obowiązków informacyjnych i nadzorowanie śledztwa smoleńskiego w
imieniu obywateli. Wiele prac zespołu Antoniego Macierewicza i niezliczonych
drążących temat internautów w normalnym demokratycznym państwie byłoby
wykonywanych przez niezależne koncerny medialne, prywatne i publiczne. Posiadają
one przecież ogromne możliwości docierania do prawdy i mobilizowania
społeczeństwa w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania o przyczyny tragedii.
Paradoksem godnym zastanowienia jest to, że Rada Etyki Mediów zwróciła się
przeciwko "Naszemu Dziennikowi", który siłą rzeczy jest najbardziej naturalnym
rzecznikiem propagowania zasad etyki w środowisku dziennikarskim. To na łamach
tej gazety wielokrotnie znajdowały miejsce publikacje dotyczące wymiaru
moralnego w środkach społecznego przekazu, to tutaj szczególne zainteresowanie
budzą sprawy odpowiedzialnego dochodzenia do prawdy. Wielokrotnie też mogliśmy
się przekonać, że środowiska Radia Maryja, Telewizji Trwam i "Naszego Dziennika"
są gotowe poruszać tematy nieobecne w mediach głównego nurtu, dlatego stanowią
ostoję niezależnego dziennikarstwa.
Moralna erozja Rady Etyki Mediów
W historii Rady Etyki Mediów skupia się jak w soczewce jeden z zasadniczych
problemów naszego życia społecznego po roku 1989. Dotyczy on zdolności środowisk
opiniotwórczych, korporacji inteligenckich do samonaprawy i samooczyszczenia. W
tym samym nurcie rozpatrywać należałoby problem środowiska sędziowskiego,
korporacji prawniczych, ocenę gremiów akademickich. Feliks Koneczny napisał
ponad siedemdziesiąt lat temu, że "ogólny postęp (lub upadek) moralności
pozostaje w stosunku prostym do stanu etyk zawodowych w danym społeczeństwie".
Pozostaje zadać pytanie o przyszłość refleksji etycznej nad mediami. Wygląda na
to, że w naszym kraju postępuje erozja tych wątłych instytucji, które miałyby
dbać o poprawę moralną społeczeństwa ponad podziałami, gdyż stanowiłyby forum
dla ludzi zatroskanych pracą nad wspólnymi zasadami etycznymi. Kwestionowana
jest rola Kościoła jako nauczyciela moralności. Słabe są organizacje społeczne,
a szczególnie doskwiera brak dobrej reprezentacji widzów i słuchaczy mediów,
gotowych walczyć o dobry poziom i prawdę na wzór wielotysięcznych organizacji
tego typu w krajach zachodnich.
Rada Etyki Mediów powstała w 1996 roku dzięki inicjatywie ks. Wiesława
Niewęgłowskiego, duszpasterza środowisk twórczych, jako emanacja Konferencji
Polskich Mediów, w celu podjęcia próby naprawy moralnej polskiego środowiska
dziennikarzy i ustalenia zasad etycznego postępowania. Przystąpiły do niej
wówczas stowarzyszenia dziennikarskie, TVP, Polskie Radio, Polsat, zrzeszenia
wydawców prasy i prywatnej radiofonii. Zamierzeniem było wsparcie dobrych zasad
działania mediów. Co ciekawe, do formuły powołania Rady Etyki nie przyłączyły
się ani TVN, ani "Gazeta Wyborcza". Ta ostatnia piórem zastępcy naczelnego,
Piotra Stasińskiego, po jednej z negatywnych ocen wydanych wobec "GW", w zeszłym
roku zaatakowała REM, odmawiając jej prawa krytykowania tych mediów, które nie
brały udziału w jej powoływaniu. W przytoczonym na stronach internetowych Rady
fragmencie listu redaktor "Gazety" kwestionuje, "czy istnieje jakakolwiek
formuła, która pozwalałby REM wypowiadać się na temat działalności osób
trzecich. REM w jej obecnej formule reprezentuje, jak się wydaje, tylko samą
siebie i nikogo więcej". Kilka lat wcześniej, w roku 2001, za prezesury Roberta
Kwiatkowskiego, miał miejsce epizod rezygnacji z członkostwa w gremium
powołującym Radę przedstawicieli Telewizji Polskiej. Stało się to m.in. po
krytyce ze strony tego ciała działań TVP wobec relacji o sprawie FOZZ i emisji
"Dramatu w trzech aktach" – zmanipulowanego ataku na braci Kaczyńskich. Tak więc
fakt istnienia i działania Rady nie był nigdy oczywisty i często spotykał się z
atakami ze strony liberalno-lewicowych środowisk medialnych.
W roku 2006 na łamach "Tygodnika Powszechnego" przetoczyła się poważna krytyka
działalności Rady, na którą odpowiedziała ówczesna i obecna jej przewodnicząca
Magdalena Bajer. Jej argumentacja zasługuje na przypomnienie, ponieważ jest
dowodem na to, jak ważne w funkcjonowaniu ciał o charakterze samokontrolnym,
swoistego "drugiego sumienia" dla kolegów po fachu są otoczenie, atmosfera i
kultura etyczna panująca wokół. W przeciwnym razie nawet najszczytniejsze hasła
przeradzają się we własną karykaturę. Przewodnicząca REM przed czterema laty
pisała o dojmującej ignorancji środowiska dziennikarskiego w zakresie zasad
odróżniania dobra od zła. Skarżyła się, że partnerem Rady nie są dziennikarze, a
raczej odbiorcy, bardziej wyczuleni na złe funkcjonowanie mediów i
zainteresowani ich poprawą. Przypomniała o odziedziczonym po PRL moralnym
spustoszeniu i nadejściu po roku 1989 nowych pokus "kształtującego się rynku
medialnego z wszystkimi tego procesu atrybutami: konkurencją (redakcji i
dziennikarzy, mediów publicznych i prywatnych), relacjami do trendów
cywilizacyjnych, takich jak egoizm, hedonizm, promowanie młodości i doczesności,
mówiąc w największym uproszczeniu. Relatywizm moralny, mający w poprzedniej
epoce źródła ideologiczne, znajdował oparcie (ciągle znajduje) w wielu
kierunkach współczesnej filozofii, nazywanych zbiorczo (na użytek moich tu
stwierdzeń to wystarczy) New Age". Przewodnicząca nazwała wtedy działalność Rady
głosem wołającego na puszczy i przypominała, że zasadnicze jest dobre
ukształtowania sumienia dziennikarza, a nie nawet najlepszy "bryk" w postaci
kodeksu czy spisu zasad etycznych. Karta Etyczna Mediów, na straży której ma
stać Rada Etyki, wskazuje, że zapisanie w niej ważnych nakazów prawdy, szacunku,
tolerancji zostało podyktowane dobrem odbiorcy.
Po równo, czyli układ bierze wszystko
W kontekście tych szczytnych założeń, które legły u podstaw REM, rodzi się
pytanie: w czym tkwi zasadniczy problem? Moim zdaniem, są dwa węzłowe punkty.
Jeden – skądinąd słuszny nakaz bezstronności i umożliwienia wypowiedzenia się
"każdemu", po równo. Do takiego postawienia sprawy potrzebny jest wszakże
warunek początkowy: że wszyscy akceptują tę zasadę i że własność oraz dostęp do
wypowiadania się w mediach jest rozłożony w społeczeństwie sprawiedliwie.
Nienormalność polskiej sytuacji polega na tym, że ponad jedna trzecia aktywnego
politycznie społeczeństwa nie ma swojej należnej reprezentacji w mediach. Widać
to na trzech płaszczyznach. Pierwsza z nich dotyczy własności stacji
telewizyjnych, radiowych, głównych portali internetowych i prasy. Druga – klasy
moralnej i intelektualnej dziennikarzy, i w związku z tym także zapraszanych
komentatorów i ekspertów. Trzecia – prezentacji w mediach drukowanych i
elektronicznych treści bliskich liberalnym redaktorom i ekspertom. Ta potrójna
nierówność powinna być w pierwszej kolejności przedmiotem sprawiedliwej
rekompensaty w dostępie do mediów. Co więcej – wyrównania wstecz tej
niesprawiedliwości, z jaką mieliśmy do czynienia przez ostatnie dwadzieścia lat.
Widzowie mają prawo, a społeczeństwo jako całość – obowiązek, domagać się czasu
antenowego dla pomijanych przez główne media poglądów.
Podstawową zasadą istnienia mediów nie jest wszakże bezstronność i dawanie
wszystkim poglądom głosu "po równo". Podstawową zasadą jest głoszenie prawdy. To
także ważny element, o którym boleśnie przypomniała nam tragedia smoleńska.
Warto w tym kontekście przywołać nauczanie Kościoła, który w instrukcji
duszpasterskiej o środkach społecznego przekazu "Communio et progressio"
stwierdza, że "media są powołane, by służyć ludzkiej godności. Media mają
pomagać ludziom dobrze żyć i uczestniczyć w życiu Narodu. Czynią to, gdy
uświadamiają ludziom ich godność, skłaniają do wnikania w myśli i uczucia
innych, kultywowania postawy wzajemnej odpowiedzialności i kształtowania w sobie
osobistej wolności, szacunku dla wolności innych i zdolności do dialogu".
Pamiętam straszną chwilę w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy do swego
sztandarowego i oglądanego przez miliony widzów programu w TVP czołowy
"solidarnościowy" dziennikarz Wiesław Walendziak zaprosił Jerzego Urbana. Nakaz
dawania głosu każdemu był – odkąd pamiętam – realizowany nadzwyczaj
jednostronnie. Druga strona, reprezentująca nurt postkomunistyczny lub
grubokreskowy, nie miała żadnych skrupułów, by odmawiać prawa do wypowiedzi w
mediach swoim prawicowym przeciwnikom. Tymczasem "pisowskie" władze mediów
prześcigały się w udowadnianiu pluralizmu, zapraszając na wizję Tomasza Lisa,
Jacka Żakowskiego lub Jana Ordyńskiego. Teraz druga strona nie ma oporów w
zdejmowaniu z anteny programu Bronisława Wildsteina czy "Misji specjalnej".
Jeśli prowadzący audycję ma to nieszczęście być zakwalifikowanym do grona
dziennikarzy prawicowych, musi udowadniać, że potrafi być bezstronny, atakując
swego prawicowego gościa, lub częściej zapraszać przedstawicieli SLD lub PO,
dając im czas na wyłożenie swych racji. Inaczej zostanie napiętnowany jako
nieobiektywny. Wręcz odwrotnie traktowani są dziennikarze lewicowi, liberalni i
prorządowi, nazywani dla niepoznaki niezależnymi. Tym wolno zapraszać tylko
swoich, a w razie zaproszenia kogoś z prawicowej opozycji bez pardonu atakować
swojego rozmówcę, powtarzając zarzuty jego przeciwników politycznych.
Tak więc zasadnicza niesymetria, nierównowaga i niesprawiedliwość dotyczą tego,
że dążenie do wyjaśnienia prawdy i sprzeciw wobec kampanii nienawiści i kłamstwa
nazywane są jątrzeniem, swarami, pochopnym oskarżaniem, i są potępiane jako
"nieetyczne". Tymczasem pobłażliwie traktuje się wszelkie wyzwiska i nawoływania
do przemocy wobec PiS, Kaczyńskiego, które tak boleśnie odbieramy: "bydło",
"faszyści", "dorzynanie watahy", "strzelanie do kaczek" "dinozaury, które
wyginą". Brakowało społecznej reakcji na wszelkie odmawianie tym "moherom",
wykluczonym z demokratycznej społeczności, prawa do obecności i głoszenia
własnych poglądów w mediach publicznych i prywatnych, całkowicie opanowanych
przez zwolenników Tuska i Platformy Obywatelskiej.
Bezprawie na Krakowskim Przedmieściu
Kolejną odsłonę tego gorszącego sprzeniewierzania się prawdzie mieliśmy w
relacjach z Krakowskiego Przedmieścia po zapowiedzi Bronisława Komorowskiego
usunięcia krzyża upamiętniającego ofiary katastrofy. W tym przypadku również nie
było nawet minimum sprawiedliwego traktowania obu stron. Zabrakło refleksji nad
tym, że nie może być równowagi pomiędzy szarpaniem starszych ludzi, szydzeniem z
krzyża, wołaniem: "chcemy Barabasza", a modlitwą za dusze tragicznie zmarłych
ofiar katastrofy. Agresorzy czuli się bezkarnie. Więcej, odczuwali aprobatę
dużej części mediów głównego nurtu, elit intelektualnych i artystycznych oraz
dużej części środowisk politycznych SLD i PO.
Na własnym przykładzie doświadczyłam tego, jakie ta sytuacja powoduje skutki.
Kiedy miesiąc temu, czytałam "Nasz Dziennik" w jednym z ogródków kawiarnianych
nieopodal Pałacu Prezydenckiego, zostałam napadnięta przez niezrównoważonego
psychicznie mężczyznę, który na widok trzymanej przeze mnie gazety zaczął
wydawać zwierzęce okrzyki, trząść się i wygrażać mi trzymanym grubym kijem.
Dobrze, że ogródek oddzielony był od chodnika barierką, a jeden z przechodniów
wsparł mnie, odstraszając napastnika. To tylko drobny przykład, jak złe emocje
wyzwala przyzwolenie na agresję.
Gdzie szukać dróg wyjścia? Nie widzę innego programu działania, jak formowanie
licznych grup pracujących nad odnową mediów i zajmujących się etyczną edukacją
medialną. Potrzebny jest swoisty nowy początek mediów. Odbiorcy będą stawali się
coraz bardziej podmiotem, współgospodarzem i współwłaścicielem treści
oferowanych w środkach przekazu. Łatwiej też będzie o zorganizowany przepływ
odbiorców do tych mediów, które nie sprzeniewierzają się zasadom. Jednak nie
można naiwnie sądzić, że w wyniku tego natychmiast upadną redakcje opanowane
przez kłamców, oszczerców, nadawcy nierzetelni żerujący na niskich instynktach.
Bez właściwej pracy środowisk społecznych wokół mediów – tych setek tysięcy
wykształconych, obowiązkowych, bezinteresownych, posiadających dobrze
ukształtowane sumienie Polaków będących odbiorcami-współpartnerami – nie nastąpi
samoczynne uzdrowienie środowisk medialnych, dziennikarskich i formowanych przez
nie "rad etyki". Ani stowarzyszenia dziennikarzy, ani same instytucje takie jak
korporacje medialne nie mogą działać w próżni społecznej. Domaganie się prawdy w
życiu publicznym wymaga wysiłku i nieustannego czuwania.
Kadencja obecnej, zdekompletowanej Rady Etyki Mediów upływa w listopadzie. Jak
potoczą się losy tej instytucji? Czy będzie ona jeszcze zdolna do jednoczenia
środowisk mediów tak bardzo dziś spolaryzowanych ideowo? Czy też zamknie się w
gronie poprawnych politycznie, akceptowanych przez władze, a będzie odpychać
niepoprawnych, którzy zadają niewygodne dla establishmentu pytania?
Barbara Bubula
Autorka w latach 2007-2010 była członkiem KRRiT, desygnowanym przez śp.
prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
