Śmierć uniwersytetu
Przyjęta przez Sejm RP 4 lutego br. ustawa o zmianie ustawy Prawo o
szkolnictwie wyższym, ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o
stopniach i tytule w zakresie sztuki oraz o zmianie niektórych innych ustaw jest
prawdopodobnie aktem prawnym zwieńczającym "przemianę" całego polskiego systemu
kształcenia, od etapu przedszkolnego aż do profesury. Niestety, najnowsze
pomysły reformy edukacji zmierzają do przemiany uniwersytetu w uczelnię
kształcącą rzemieślników, fachowców, a nie intelektualistów. Mistrzów zawodu, a
nie magistrów ducha. Ale być może o to chodzi twórcom ustawy w takim kształcie,
w jakim została uchwalona. Europa wszak potrzebuje polskich hydraulików…
Dotychczasowe etapy reformy edukacji, jak chociażby sprawa inicjacji szkolnej
pięciolatków i sześciolatków czy programów nauczania w szkole podstawowej,
gimnazjum i liceum, spotykały się z ożywioną dyskusją Polaków. Kiedy rząd dotarł
do reformy studiów licencjackich, magisterskich oraz doktorskich – nie wiadomo
czemu – opinia publiczna zamilkła. Czy milczenie może świadczyć o tym, że
polskie społeczeństwo jest w niewielkim stopniu zainteresowane swoją
przyszłością? Zjawisko to jest niebezpieczne przede wszystkim dlatego, że
najnowsze dzieło naszego parlamentu funduje nam system gwarantujący kształcenie
w głównej mierze li tylko sprawnych rzemieślników, podczas gdy na trzech
"najwyższych" poziomach powinno się kształcić elitę intelektualną, która będzie
z kolei uczyć i wychowywać przyszłe pokolenia Polaków.
Stopnie i tytuły naukowe
Nowa ustawa otwiera drogę do stopnia doktora osobom nieposiadającym tytułu
magistra; umożliwia nadanie stopnia doktora habilitowanego z pominięciem
konieczności opublikowania rozprawy habilitacyjnej, bez potrzeby odbycia
kolokwium habilitacyjnego oraz bez konieczności wygłoszenia wykładu
habilitacyjnego; daje prawo prezydentowi RP do nadania tytułu profesora osobie
nieposiadającej stopnia doktora habilitowanego (art. 26 ust. 3).
Czy zatem można uznać tę ustawę za akt prawa liberalizujący dotychczasowe
procedury? I tak, i nie. Z jednej strony bowiem nowa ustawa stawia szczególnie
rygorystyczny wymóg osobom zamierzającym otworzyć przewód doktorski, które muszą
się wykazać przyjętą do druku książką lub artykułem wydrukowanym w czasopiśmie
naukowym o zasięgu co najmniej krajowym (art. 11 ust. 2). Tego rodzaju wymogu do
tej pory nie było. Z drugiej strony w świetle zapisów wspomnianej ustawy na
pracę doktorską może się składać kilka artykułów lub rozdział w pracy zbiorowej,
co do tej pory byłoby nie do pomyślenia. Co więcej, w szczególnych przypadkach
"stopień doktora można nadać osobie, która posiada tytuł zawodowy licencjata,
inżyniera lub równorzędny" (art. 13a ust. 1).
Podobnie rzecz się ma z habilitacjami. Komisja habilitacyjna, która powoływana
jest przez Centralną Komisję, składa się z trzech recenzentów, sekretarza oraz
przewodniczącego. Procedura habilitacyjna sprowadzona zostaje tylko i wyłącznie
do oceny dorobku przez ekspertów bez konieczności przeprowadzenia rozmowy z
habilitantem. Nie jest zatem istotne, czy ów potrafi prowadzić wykład
akademicki, odpowiadać na pytania zadawane przez innych badaczy. Funkcjonowanie
komisji habilitacyjnej w takim kształcie może prowadzić do negatywnych ocen
wobec badaczy posiadających opinię politycznie niepoprawnych, ponieważ głos
komisji jest decydujący, to ona składa wniosek do konkretnej rady wydziału o
nadanie stopnia doktora habilitowanego. Kuriozalny jest zapis art. 15 ust. 12;
art. 18a ust. 12, w którym ustawodawca stwierdza, że jeśli dojdzie do sytuacji,
w której rada wydziału nadałaby wbrew komisji stopień doktora habilitowanego,
Centralna Komisja mogłaby taką radę pozbawić prawa nadawania tychże stopni.
Która zatem rada wydziału zajmie stanowisko odmienne wobec stanowiska komisji
habilitacyjnej?
Jeśli chodzi o tytuł profesora, ustawa stawia bardzo wysokie wymagania. Określa
jako warunek wstępny wypromowanie trzech doktorów (dziś nieformalnie jednego),
uczestniczenie w roli recenzenta w trzech postępowaniach doktorskich. Niezbędne
jest przewodzenie zespołowi badawczemu realizującemu projekt badawczy
finansowany ze środków europejskich, odbycie stażu naukowego poza granicami
kraju. Tak jak przy habilitacji dla nadania tytułu profesora powołuje się
komisję składającą się z pięciu osób o międzynarodowym dorobku naukowym (z listy
dziesięciu zaproponowanej przez macierzystą jednostkę pracownika, art. 27 ust.
3-5).
Ciekawym rozwiązaniem jest dopuszczenie do grona recenzentów osób ze stopniem
doktora zatrudnionych na stanowisku profesora przez co najmniej pięć lat w
szkole zagranicznej. W mojej opinii, ustawa przyjęta przez parlament jest aktem
prawnym, który wbrew powszechnym opiniom bynajmniej nie ułatwia zdobywania
kolejnych stopni i tytułów naukowych, a w każdym razie nie ułatwia osobom spoza
"klucza". Naukowcy "niepoprawni" pod rządami nowej ustawy zatrzymają się na
poziomie magisterium, natomiast ci z przeciwnego bieguna mogą bez magisterium
uzyskać stopień doktora oraz bez habilitacji tytuł profesora.
Ile etatów?
Istotną kwestią, jaką podejmuje ustawa, jest sprawa wieloetatowości. Wedle
ustawodawcy, pracownik naukowy zobowiązany jest złożyć oświadczenie o
podstawowym miejscu pracy (art. 112a ust. 1) i to rektor wskazanej przez
pracownika uczelni może wyrazić zgodę na podjęcie przez niego zatrudnienia w
innej uczelni. Ustawa w tym względzie jest bardzo restrykcyjna.
Rektor będzie miał prawo rozwiązać za wypowiedzeniem stosunek pracy w sytuacji,
gdy pracownik podejmie pracę w innym miejscu zatrudnienia. Według zwolenników
ustawy, takie rozwiązanie ma prowadzić do ograniczenia wieloetatowości. Ale czy
nie warto zadać pytania, z czego wynikała owa wieloetatowość? Wykładowcy szkół
wyższych pracują w kilku miejscach nie dlatego, że chcą opływać w luksusy;
pracują przede wszystkim dlatego, że pensja profesora jest równa średniej
krajowej. Osobiście nie słyszałem ze strony ministerstwa deklaracji podniesienia
uposażenia w szkołach publicznych. Można przyjąć, że ograniczenie
wieloetatowości uderzy przede wszystkim w państwowe wyższe szkoły zawodowe (PWSZ)
– one nie będą w stanie zaoferować profesorom stawek takich, jakie proponują
szkoły prywatne – są skrępowane stawkami ustalanymi przez ministerstwo. Pensja
dla doktora habilitowanego w szkole prywatnej to minimum 8 tys. zł, w publicznej
mniej niż połowa. Ministerstwo, przygotowując taką ustawę, tak naprawdę uderzyło
w PWSZ-y – likwidując ich bazę nauczycielską.
Jednocześnie urzędnicy ministerialni pracujący nad ustawą zadbali o swoje
interesy. Wskazuje na to przyjęte rozstrzygnięcie, wedle którego drugim miejscem
zatrudnienia dla pracownika naukowego mogą być urzędy, organy wymiaru
sprawiedliwości, instytucje kultury (art. 129 ust. 1-5). W przypadku
zatrudnienia w tych miejscach zgoda rektora jest zbyteczna. Uczony może także
prowadzić działalność gospodarczą (być właścicielem uczelni wyższej). W takiej
sytuacji wystarczy, że poinformuje o tym rektora. Krótko mówiąc, prawnicy i
urzędnicy ministerialni, "właściciele" skroili ustawę stosownie do swych
potrzeb.
Zupełnie niezrozumiałym z punktu widzenia mizerii finansowej kadry naukowej jest
z kolei art. 129 ust. 5, wedle którego nauczyciel akademicki, pełniący funkcję
dziekana, dyrektora instytutu, musi mieć zgodę organu kolegialnego (senatu); w
tym wypadku nie wystarczy "standardowa zgoda" rektora (art. 129). Który z
pracowników posiadających instynkt samozachowawczy zdecyduje się na pełnienie
funkcji angażującej czas i, co więcej, funkcji pozbawiającej dochodu? Czy
uczelnię publiczną będzie stać na ufundowanie dodatku w wysokości dodatkowej
pensji? Śmiem wątpić. Pewnym novum jest art. 125, dający możliwość zwolnienia
pracownika z innych powodów ("innych" ważnych przyczyn) po zasięgnięciu opinii
organu kolegialnego. Ustawa nie precyzuje, z jakich to powodów. Czy takim może
być współpraca z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa? Z całą pewnością nie.
Stanowi natomiast rodzaj instrumentu wskazującego uczonemu jego miejsce w
szeregu.
Dydaktyka
Trzecią kwestią, na którą pragnę zwrócić uwagę, jest sfera dydaktyki. Obecna
ustawa znosi dotychczasowy rygoryzm tzw. minimów kadrowych, za sprawą których
szkoły niepubliczne miały poważne problemy z otwieraniem nowych kierunków. Nowa
ustawa wprowadza zasadę, wedle której jednego profesora może zastąpić dwóch
doktorów, jednego doktora – dwóch magistrów (chciałoby się dodać: jednego
magistra dwóch licencjuszy i tak dalej, aż do poziomu wykształcenia
podstawowego. Inaczej, jeden profesor równa się dwóch doktorów, czterech
magistrów, ośmiu licencjuszy, szesnastu absolwentów liceum, trzydziestu dwóch
absolwentów gimnazjum). Ale już całkiem poważnie, szkoły publicznej (np. PWSZ)
nie będzie stać na zatrudnienie w miejsce doktora dwóch magistrów ze względów
finansowych – szkoła niepubliczna takich ograniczeń nie posiada. W tej nowej
sytuacji tworzonej przez wspomnianą ustawę nie może dziwić fakt, że rektorem
może być tylko (aż?) doktor.
Nowe prawo o szkolnictwie wyższym znosi również standardy nauczania związane z
precyzyjnie określoną listą kierunków studiów. W miejsce dotychczasowych
"ustawowych" kierunków uczelnie będą mogły powoływać do istnienia zupełnie nowe,
jak choćby "mniemanologię stosowaną" – ważne, aby na ów kierunek istniało
zapotrzebowanie rynkowe oraz żeby zyskał aprobatę ze strony Komisji
Akredytacyjnej. Jako że w nowym systemie brak listy kierunków oraz związanych z
nimi standardów nauczania (listy przedmiotów obowiązkowych) nowe, ale stare
kierunki będą opisywane przez trzy parametry: wiedzę, umiejętności oraz postawę.
Wykładowca uniwersytecki będzie rozliczany nie z tego, czy wykład przezeń
wygłaszany objął swym zakresem wszystkie treści właściwe dla danej dziedziny
wiedzy, lecz z przyswajalności i przydatności treści wykładu dla przyszłej
kariery zawodowej. Przedmioty ogólne, takie jak filozofia, historia, socjologia
ogólna, tak charakterystyczne dla wykształcenia uniwersyteckiego, ulegną
zupełnemu zmarginalizowaniu.
Dr hab. Włodzimierz Bernacki
Autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 2008 r. pełni funkcję
dyrektora Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych tej uczelni,
jest też profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu.
