Służymy Prawdzie, nie kompromisom

Z o. dr. Januszem Sokiem CSsR, nowym przełożonym Warszawskiej Prowincji
Redemptorystów, rozmawia Sławomir Jagodziński

Od niedawna jest Ojciec nowym prowincjałem Warszawskiej Prowincji
Redemptorystów. Jakie obszary działalności zgromadzenia będą dla Ojca
priorytetowe przez najbliższe lata?

– Dokładnie te same, które towarzyszą nam od początku istnienia naszego
zgromadzenia zakonnego, czyli już prawie 280 lat. O tyle jesteśmy potrzebni w
Kościele, o ile realizujemy wiernie nasz charyzmat, a jest nim posługa wobec
najuboższych i opuszczonych. Przez trzy wieki redemptoryści głoszą słowa
nadziei, że Jezus przelał swoją krew za wszystkich, że szczególnie bliscy Mu są
ci upokorzeni i poranieni różnego rodzaju biedami. Zabiegamy o to, by mieć oczy,
które potrafią zauważać takich ludzi, mieć serce, które potrafi współczuć, i
umieć mówić takie słowa, które podnoszą, a nie potępiają. To Jezusowa logika
Odkupienia, w której chcemy żyć. Ciągle otwarte pozostaje pytanie: kto dzisiaj
jest tym człowiekiem biednym i opuszczonym? Komu szczególnie potrzeba słowa
prawdy i nadziei? Słowa, które ma moc kruszenia murów zobojętnienia, moralnego
cynizmu, a jednocześnie słowa pełnego wrażliwości, zdolnego do pocieszania i
dawania nadziei. Odpowiedzi na to pytanie szukamy zawsze i ciągle na nowo,
otwarci na znaki czasu i zmieniające się konteksty historyczno-społeczne.

Jako prowincjał bardzo ważnego dla naszej Ojczyzny i Kościoła w Polsce
zgromadzenia zakonnego mógłby Ojciec powiedzieć, co najbardziej niepokoi Ojca w
naszym życiu społeczno-religijnym? Jakie wyzwania stoją przed Kościołem?

– Czy mnie coś niepokoi w życiu społeczno-religijnym? Wolę raczej drugą część
pytania, skupiającą się na wyzwaniach, a pod koniec wyjaśnię dlaczego. Kościół –
a z nim i my, redemptoryści – stoi po stronie Pana Boga, Ewangelii, prawdy
Krzyża i wartości. Świadomi jesteśmy, że taka postawa to znak sprzeciwu. Ale
"mocni w wierze, płonący gorliwością" – jak mówią nasze reguły – oddaliśmy życie
Panu Bogu w służbie prawdzie, a nie dla kompromisów czy naiwnej tolerancji wobec
wszystkich i wszystkiego. Nie musimy i nie chcemy się podobać wszystkim i za
wszelką cenę. Wolimy przyjąć ewangeliczną postawę – "Niech wasza mowa będzie:
Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi" (Mt 5, 37). Dramatem
niektórych ludzi jest zatracenie sztuki krytycznego myślenia, a tym samym
odróżniania prawdy od kłamstwa, dobra od zła, pustki od wartości. Dają się
zwodzić znawcom od zapotrzebowania rynku, PR, wizerunku. Afrykańskie przysłowie
mówi: "Jeśli małpa do ciebie się uśmiecha, to wcale nie znaczy, że ci jest
życzliwa". Piękne słowa, ładnie wypowiadane, wcale nie muszą być słuszne, dobre
czy prawdziwe. Czy człowiek Kościoła, zaniepokojony tym wszystkim, może
zamilknąć? Nie, bo "biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii" (1 Kor 9, 16).

Ubiegły rok za sprawą katastrofy smoleńskiej, powodzi, ataków na znak krzyża
był bardzo trudnym czasem dla całego naszego Narodu. Niestety, początek obecnego
roku wskazuje, że i ten nie będzie łatwy… Co zrobić, aby majowa beatyfikacja
Jana Pawła II stała się dla nas, Polaków, źródłem odrodzenia zarówno w
płaszczyźnie osobistej, jak i społecznej oraz narodowej?

– Od momentu śmierci Jana Pawła II nurtuje mnie pytanie: jak będą patrzeć na
nasze czasy ludzie za sto lat? Z pewnością pojawią się i takie opinie, że były
to czasy trudne i dramatyczne. Czasy wojen, czasy terroryzmu, tragedii,
niesprawiedliwości społeczno-ekonomicznej. To niezaprzeczalne. Takiej historii
będą się uczyć dzieci i młodzież przez następne stulecia. Ale jestem pewien, że
będą również z zazdrością mówić o czasach na przełomie XX i XXI wieku – w
których rozegrały się wydarzenia wielkie i ważne. Że ludzie mogli wówczas
słuchać i żyć razem z wielkimi postaciami – błogosławionymi i świętymi. Czy my
dzisiaj potrafimy to zauważyć i zrozumieć? Czy wreszcie takie znaki Bożego
działania, jak ta beatyfikacja, coś zmienią w naszym życiu? Niechby zmieniły
choćby tylko trochę przekonanie, które – jak ufam – w przyszłości będą mieć
ludzie. Nasze czasy nie są złe, nie są momentem dramatycznego kryzysu Kościoła,
triumfem nowoczesnej laicyzacji, panowaniem wyrachowania. Są to czasy działania
Pana Boga poprzez ludzi, wielkie autorytety i świętych. A więc można i dziś
uczciwiej, lepiej, mądrzej, po Bożemu żyć, myśleć, pracować.

Pomimo wielkich medialnych ataków na Radio Maryja rozgłośnia ta, a także
dzieła przy niej powstałe od lat ubogacają nas pod względem religijnym,
społecznym, stają się głosem ludzi zatroskanych o dobro Kościoła i Polski,
głosem tych, którzy chcąc głosić prawdę, nie ulegają poprawności politycznej.
Jak działalność w dziedzinie środków społecznego przekazu wpisuje się w
charyzmat redemptorystów?

– Jestem przekonany, że słuchacze Radia Maryja to nie tylko ludzie pokrzywdzeni
czy nastawieni negatywnie do władzy. To przede wszystkim ludzie, którzy cenią
sobie pewne wartości, a poprzez tę rozgłośnię mogą zrozumieć, że nie są
odosobnieni, że nie są marginesem dzisiejszego nowoczesnego świata, ale są
częścią historii, państwa, Narodu. To Radio dało mikrofon takim osobom –
odpowiedzialnym, żywo zatroskanym o sprawy ważne w naszej Ojczyźnie. W
działalności redemptorystów nie o sam zachwyt nad nowoczesnymi środkami przekazu
chodzi, a o pasję spotkania z człowiekiem, posłuchania – co go niepokoi,
docierania do niego ze słowem o prawdzie odkupienia od zła. Ci ludzie, czując
się ze swoimi tradycyjnymi poglądami zmarginalizowani, dzięki Radiu zostali
upodmiotowieni. Mogą mówić to, co myślą, ktoś ich słucha, ktoś nagle się z nimi
liczy, rozumieją, że są ważni, potrafią myśleć krytycznie – czyli mądrze i
nowocześnie. Cieszą się wszelkim dobrem, które dzieje się w naszej Ojczyźnie,
ale i potrafią odważnie nazwać zło złem. I wreszcie – co wydaje mi się niezwykle
ważne – w demokratycznym społeczeństwie każdy ma do tego prawo.

Ojciec Święty Benedykt XVI po jednym z koncertów muzyki klasycznej
stwierdził, że "muzyka to naprawdę uniwersalny język piękna". Jako muzykolog nie
ma Ojciec wrażenia, że dziś za sprawą popkultury zapotrzebowanie na piękno w
muzyce zostało zastąpione tandetą?

– Nie, nie mam takiego wrażenia. Tandeta – jak to pan wyraził – istniała w
sztuce zawsze, ale nigdy nie zajęła jej miejsca. I chyba nie trzeba się na to
oburzać, wystarczy dbać o dobry smak, wrażliwość i słuch. Odkąd człowiek śpiewa,
gra, komponuje – powstają dzieła wielkie i marne. A jestem przekonany, że ta
muzyka, która naprawdę posługuje się "językiem piękna", przetrwa wieki. Ta druga
– choć rozpycha się łokciami, jest hałaśliwa i modna – szybko ucichnie.

Co Ojca najbardziej martwi, jeśli chodzi o poziom muzyki w naszych
kościołach?

– Czasem martwi mnie marny poziom osób odpowiedzialnych za muzykę w naszych
kościołach, ale trochę bardziej słabe zaangażowanie wiernych w śpiew. Jakże
pięknie można przeżywać liturgię, gdy wszyscy włączają się w śpiew. Bogu dzięki,
znam wiele takich parafii.

A czy nie razi Ojca, gdy religijna muzyka rozrywkowa zaczyna zastępować
muzykę liturgiczną?

– Owszem, rażą mnie maniery "rozrywkowe" w akompaniamencie organisty lub
zespołów czy też nadmiar ambicji muzyka przeceniającego swoje zdolności.
Koncertowanie i zbytnia wirtuozeria podczas liturgii jest nieporozumieniem. A
przecież sprawa jest tak niezwykle prosta – muzyka nie jest "upiększeniem"
liturgii, jest jej elementem składowym, bardzo ważnym, ale nie najważniejszym.
Msza św. jest modlitwą, pełnym podziwu zasłuchaniem się w Słowo, zachwytem,
uklęknięciem wobec tajemnicy bliskości Boga. Muzyka, śpiew – ma to wyrażać, ma w
tym pomóc. Liturgia nie jest koncertem, nie jest okazją i sceną do występowania
wirtuozów – jest uczestniczeniem w modlitwie. Hałasowanie w ogóle nie jest
muzyką, a tym bardziej muzyką liturgiczną.
Co więc zrobić? Doceniajmy osoby kompetentne, przygotowane profesjonalnie do
pełnienia tej funkcji w parafii. Chciałbym też wskazać na jeszcze jeden element,
który jest częścią składową zarówno muzyki, jak i liturgii – doceńmy ciszę. Przy
okazji pozdrawiam serdecznie tak bliskich mi muzyków – wykładowców, dyrygentów,
chórzystów, kompozytorów i instrumentalistów.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj