Śledczym zginął rejestrator

Nikt nie wie, co się stało z rejestratorem podwyższonych parametrów
lotu z Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem. Prokuratura deklaruje, że
wszelkie informacje dotyczące przebiegu badania rejestratora oraz aktualnego
miejsca jego przechowywania posiada Komisja Badania Wypadków Lotniczych
Lotnictwa Państwowego kierowana przez szefa MSWiA Jerzego Millera. Jednak
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji na ten temat się nie
wypowiada.

Prokuratura nie wie, co się stało z polskim rejestratorem podwyższonych
parametrów lotu, który był badany w Polsce. – Jest to zakres badania Komisji
Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego i Międzypaństwowego
Komitetu Lotniczego z siedzibą w Moskwie, które działają niezależnie od
prokuratury. Podejrzewam, że żaden prokurator polski nie wie, co się dzieje w
tej chwili z tą czarną skrzynką. Nie próbujemy tego ustalać. Czekamy na
odczyt wszystkich rejestratorów i końcowy protokół badania przyczyn wypadków
przekazany nam za pośrednictwem prokuratury Federacji Rosyjskiej – powiedział
w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" płk Jerzy Artymiak, p.o. rzecznik
Naczelnej Prokuratury Wojskowej.
Informacji na ten temat nie udziela Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i
Administracji. – Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Komisja działa w trybie
niejawnym – mówi Małgorzata Woźniak, rzecznik resortu. Czy rejestrator jest w
Polsce? Jak zaznacza płk Ryszard Raczyński, dowódca 36. Specjalnego Pułku
Lotnictwa Transportowego, rejestrator ten jest dlatego ważny, że zapisuje
podobne parametry jak rejestratory eksploatacyjne, może więc dostarczyć
szczegółowych danych na temat tego, co się działo w maszynie.
Prokuratura zdementowała środową informację radia RMF, jakoby były jej
znane kolejne fragmenty zapisów czarnych skrzynek. – Wojskowa Prokuratura Okręgowa
w Warszawie nie ma żadnych informacji dotyczących odczytania kolejnych
fragmentów zapisu z tzw. czarnych skrzynek, które badają biegli z Instytutu
Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Czekamy na całość opinii biegłych, których
spodziewamy się ok. 30 września br. – mówi Artymiak. Biegli z Instytutu
Ekspertyz Sądowych w Krakowie odczytują całość treści zapisu, również te
elementy, które MAK uznał za nieczytelne. Instytut odmawia jednak komentarza w
tej kwestii. Artymiak zapewnia, że prokuratorzy porównają treść opinii
polskich biegłych z tym, co otrzymaliśmy od strony rosyjskiej. Zaznaczył
ponadto, że wszelkie wątpliwości polskich prokuratorów będą wyrażane w
kolejnych wnioskach dowodowych o pomoc prawną. Prokuratura do chwili obecnej
wystosowała do władz Federacji Rosyjskiej pięć takich wniosków. Artymiak
nie skonkretyzował jednak, czego one kolejno dotyczyły. Wskazał tylko, że były
to trzy wnioski z kwietnia br. (10, 16 i 20), z 21 maja oraz z 9 czerwca. – Każdy
jest stosunkowo szeroki. Dotyczą wielu różnych kwestii – zaznaczył.
W drugiej połowie czerwca pocztą dyplomatyczną dotarło z Rosji do polskiej
Prokuratury Generalnej sześć tomów akt, w sumie ok. 1,3 tys. kart rosyjskiego
śledztwa. Wśród tych dokumentów znajdują się zeznania świadków, protokoły
i dokumentacja fotograficzna z oględzin miejsca katastrofy oraz protokoły z
identyfikacji ciał ofiar. Artymiak powiedział, że obecnie prokuratura nie
dysponuje żadnym przetłumaczonym materiałem spośród przekazanych akt.
Zaznaczył przy tym, że biegli dostarczą do prokuratury te materiały
prawdopodobnie po przetłumaczeniu całej dokumentacji. Rosyjska prokuratura
skierowała do tej pory do strony polskiej jeden wniosek o pomoc prawną. Chodzi
w nim m.in. o udostępnienie Rosjanom niektórych dokumentów ze śledztwa
prowadzonego w Polsce, m.in. przesłanie dokumentacji dotyczącej broni
funkcjonariuszy BOR oraz posiadanej przez nich amunicji. Rosjanie złożyli także
wniosek o przeprowadzenie w Polsce przesłuchań świadków na potrzeby
rosyjskiego śledztwa. Artymiak zaznaczył, że ze strony pełnomocników rodzin
ofiar nie wpłynął jeszcze do prokuratury żaden wniosek dotyczący
ekshumacji. Przyznał, że prokuratura polska obecnie nie dysponuje protokołami
z sekcji zwłok, poza tym dotyczącym sekcji ciała prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Zaznaczył, że pozostałe w najbliższym czasie mają być do Polski przesłane
w następnym pakiecie przygotowanym przez stronę rosyjską. Kiedy? Nie wiadomo.
A po środowej deklaracji Rosjan, być może nigdy.

To nie ptaki były przyczyną katastrofy
Pytań o przyczyny katastrofy jest coraz więcej. Na niecałe dwie doby przed
lotem Tu-154 do Smoleńska, wieczorem 8 kwietnia, maszyna miała kolizję w
powietrzu, być może z ptakiem. W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ppłk
Robert Kupracz, rzecznik prasowy Dowództwa Sił Powietrznych, potwierdził, że
do zdarzenia doszło tuż po starcie maszyny z lotniska w Pradze. Na pokładzie
samolotu znajdował się wtedy premier Donald Tusk, który wracał ze spotkania
z prezydentem USA Barackiem Obamą oraz z prezydentami państw Europy Środkowo-Wschodniej.
Wszystko zostało sprawdzone. Nie wykryto żadnych usterek technicznych –
deklaruje Kupracz. Przyznał, że technicy sprawdzili maszynę w Warszawie. Jak
przekonuje dowództwo, przepisy to dopuszczają, nie zostały złamane procedury
bezpieczeństwa. Potwierdza ponadto, że w wyniku zderzenia był ślad na osłonie
radaru, ale nie zakłóciło to działania maszyny, nie doszło do żadnych
usterek technicznych. Dowództwo zapewnia że, gdyby dowódca załogi uznał, iż
zaistniało zagrożenie bezpieczeństwa, na pewno lądowałby w Pradze. Przepisy
lotnicze zezwalają na kontynuowanie lotu po takim zdarzeniu, jeśli lot trwa
nie dłużej niż godzinę. Lot Praga – Warszawa trwał około 50 minut. Doświadczeni
piloci przekonują jednak, że takie kolizje w powietrzu mogą być groźne w
skutkach. Zwłaszcza wtedy, kiedy dochodzi do zderzenia, podczas którego ptaki
wpadają w silniki samolotu. Wówczas przegląd samolotu może potrwać od kilku
godzin do doby. Czy uderzenie w osłonę radaru może mieć poważne
konsekwencje? – Zdarzało się nawet, że taka osłona spadała. Ale samolot
leciał dalej bezpiecznie – przekonuje kpt. Janusz Więckowski, który wylatał
na tupolewach 2,5 tys. godzin. Podkreśla, że osłona ma za zadanie ochraniać
antenę radaru, który wykrywa jądra burz, a które przecież nie występowały
podczas obu lotów Tu-154M. Poza tym założenie nowej osłony nie zajmuje dużo
czasu.
Jak zapewniono nas w LOT, kilka razy w tygodniu na terenie lotniska pojawia się
sokolnik, który ma odstraszać ptaki krążące nad płytą. Zderzenie jest
szczególnie niebezpieczne w trakcie startu samolotu. – Jeżeli pilot zauważy
lecące ptaki, zgłasza to służbom Państwowych Portów Lotniczych i specjalne
ekipy PPL za pomocą rakiet hukowych je odstraszają. Warto zaznaczyć, że
przed rokiem Tu-154M przechodził remont w zakładach remontowych w Samarze
akredytowanych przez MAK. Jak wyjaśnia Dowództwo 36. Specjalnego Pułku
Lotnictwa Transportowego, był to remont główny, przez który musi przejść
każdy statek powietrzny. Kupracz przekonuje, że nie była to żadna naprawa, a
jedynie remont. Podczas niego sprawdzono i wymieniono na nowo wszystkie
elementy, którym kończył się okres używania. Dowództwo nie chce udzielać
informacji, jakie urządzenia wymieniono.

Anna Ambroziak

drukuj