Silna Polska w świecie
Tuż przed Wigilią 2010 roku, 23 grudnia, zakończyłaby się pierwsza
kadencja sprawowania urzędu prezydenckiego przez mojego śp. brata, Prezydenta RP
Lecha Kaczyńskiego. Dziś nie sposób myśleć o polityce polskiej, w tym polityce
zagranicznej państwa polskiego, bez dorobku Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Co
więcej: tylko kontynuacja jego wizji, jego politycznego planu, jego wysiłków i
starań na rzecz pozycji Rzeczypospolitej na arenie międzynarodowej może
zwiększyć szanse na silną Polskę. Zwiększyć – bo na dłuższą metę trudno
zagwarantować w polityce międzynarodowej cokolwiek.
Wielu z nas pracowało, aby po wygranych ponownie wyborach śp. Lech Kaczyński
rozpoczął drugą kadencję dla dokończenia swojego wielkiego dzieła: uczynienia z
Polski kraju silnego, dostatniego, szanującego swoje tradycje i chrześcijańskie
wartości, na jakich był od wieków budowany, kraju sprawiedliwości społecznej,
gwarantującego równy start i równe szanse dla każdego Polaka, obojętnie czy
pochodzi z metropolii, małego miasteczka czy wsi. Temu właśnie celowi
podporządkowana była jego praca od roku 2005 po 10 kwietnia 2010 roku.
Polskie drogowskazy
Dlatego dziś warto pokusić się o przypomnienie tego, co szczególnie wyróżniało
prezydenturę mojego brata w kontekście polityki zagranicznej. Nie ze względów
historycznych, lecz dlatego, że wciąż są to aktualne drogowskazy. Obecnie nawet
cudzoziemcy, a nawet po części przeciwnicy śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego
przyznają, że była to prezydentura roztropności i stabilności – w wymiarze
wewnątrzpolskim i zewnętrznym. Prezydent RP Lech Kaczyński rozumiał z jednej
strony potrzebę solidarności i konsensusu w układzie międzynarodowym, ale z
drugiej wiedział, że każdy kraj musi przede wszystkim dbać o własne interesy.
Słusznie zakładał, że w XXI wieku pojęcie interesu narodowego dalej jest żywe i
aktualne. We wszystkim, co robił, dbał o godność, mocną pozycję i status
Rzeczypospolitej. Dlatego zapewne tak bardzo był atakowany. Tak bardzo i z tak
wielu kierunków, z zewnątrz i z wewnątrz.
Polska powinna – tak jak chciał mój śp. brat, Prezydent RP Lech Kaczyński, a
czego zupełnie nie rozumie lub nie chce rozumieć spora część polityków w Polsce
– umiejętnie godzić współpracę regionalną (Grupa Wyszehradzka, Trójkąt
Weimarski, "nowa Unia", kraje bałtyckie itp.), współpracę w ramach Unii
Europejskiej, współpracę transatlantycką (NATO) czy – tę teoretycznie
najszerszą, choć niekoniecznie w praktyce najważniejszą, czyli ONZ – z polskim
interesem narodowym i państwowym. Z jego respektowaniem, promowaniem, a jak
trzeba, to i walką o niego. To nie kwestia nacjonalizmu ani – jak chcieliby
niektórzy domorośli politycy – "narodowych przesądów", ale czynienia dokładnie
tego, co robią wszystkie inne nacje. Obojętnie bowiem czy jest to kraj wielki,
jak Rosja czy Niemcy, duży, jak Hiszpania, średni, jak Czechy czy Węgry, czy
mniejszy, jak choćby Dania lub Estonia, wszyscy, współpracując ze sobą na wielu
płaszczyznach, jednocześnie pilnują swojego interesu, "walczą o swoje", dbają o
interesy rodzimych firm i własnych obywateli, a nieraz ze sobą wprost
rywalizują. My, jako Rzeczpospolita, nie możemy być gorsi. Też musimy przede
wszystkim pamiętać o interesie Polski i Polaków.
Międzynarodowa dekoniunktura i bierny rząd
Dziś jest czas, aby na nowo go definiować. Powiedzmy wprost: nasz kraj znalazł
się w sytuacji międzynarodowej dekoniunktury. Nie chodzi tu tylko czy głównie o
Polskę, ale o wszystkie państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Rola naszego regionu
Europy i szerzej, całej Europy zmalała w ostatnich 2-3 latach. Wzrosła rola
Rosji. Coraz częściej dochodzi do amerykańsko-rosyjskich ustaleń, w których ani
Unia Europejska, ani poszczególne kraje europejskie nie uczestniczą. Sytuacja
jest poważna i tym bardziej wymaga aktywnej, systematycznej, planowej polityki
rządu RP.
Niestety, rząd Donalda Tuska nie tylko jest bierny, nie tylko nie kreuje
polityki międzynarodowej, ale nawet często w ogóle nie reaguje na to, co dzieje
się w polityce zagranicznej. Nie ma też żadnego planu, żadnej pożądanej wizji,
jak ma wyglądać polityka najbardziej korzystna dla Polski. Nie ma również
hierarchii celów i zadań, nie widać również, aby miał stałych, poważnych
sojuszników, bo przecież poklepywanie po plecach obecnego premiera czy
prezydenta przez zachodnioeuropejskich polityków trudno uznać za przejaw realnej
współpracy.
Na pewno polityka zagraniczna państwa polskiego musi być polityką zrównoważoną.
Powinniśmy równoważyć filary naszej polityki zewnętrznej: filar amerykański,
NATO-wski, europejski (UE), politykę wschodnią, polską politykę rozwojową (kraje
Trzeciego Świata). Nie można stawiać wszystkiego na jedną kartę, jak to czyni
obecny rząd, eksponując jedynie filar europejski i odwołując się do Niemiec,
jako swoistego "starszego brata" dla Polski. Ten swoisty "balance of power",
czyli, nazwijmy to, równowaga siły w ramach naszej polityki zagranicznej, jest
niezbędny, jeśli mają się z nami liczyć nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi, państwa
europejskie i pozaeuropejskie.
Nasza siła: polityka wschodnia
Jest rzeczą naturalną, że w sytuacji zmiany priorytetów w polityce zewnętrznej
USA – pytanie, na ile jest ona stałą, a na ile zmieni się w następnej kadencji
prezydenckiej – większą wagę powinniśmy wspólnie przywiązywać do
polsko-amerykańskiej współpracy wojskowej. Zgadzam się tu z tezami wywiadu z dr.
Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim opublikowanym ostatnio w "Naszym
Dzienniku", choć inaczej niż on uważam, że do niektórych płaszczyzn tej
kooperacji, dziś "uśpionych", można by jeszcze powrócić. Z całą pewnością
szerzej: współpraca militarna może też być narzędziem naszej polityki
wschodniej, ale też tym elementem integracji europejskiej, który nie powinien
nigdy być kontrowersyjny. Nie chcę w tym miejscu ponawiać mojej wcześniejszej i
całkowicie uzasadnionej krytyki rządu PO – PSL za brak ratyfikacji porozumienia
między Warszawą a Waszyngtonem w sprawie tarczy antyrakietowej. Dość powiedzieć,
że w praktyce pospieszna rezygnacja z tego instrumentu ze strony polskiej nie
tylko pogorszyła ważne dla obu stron relacje amerykańsko-polskie, ale też
osłabiła wyraźnie pozycję negocjacyjną Polski w tychże relacjach. Podobnie
sceptycznie oceniam "politykę pochwał", jaką wobec nowego układu START stosuje
prezydent Bronisław Komorowski. To zaangażowanie jednostronne, niepotrzebne,
zbyt daleko idące.
Każde państwo, a ściślej: każde duże państwo członkowskie Unii Europejskiej – a
Polska takim państwem jest – ma czy stara się mieć swoją strefę szczególnie
zaawansowanej współpracy. Przykładowo, dla Francji są to byłe kolonie francuskie
w Afryce i Azji, dla Wielkiej Brytanii – Commonwealth, czyli kraje niegdyś
formalnie związane ze Zjednoczonym Królestwem, dla Hiszpanii – Ameryka Łacińska.
Rzeczpospolita również powinna mieć taką strefę – w sposób naturalny powinien
nią być obszar krajów położonych na wschód i północny wschód od Polski, w tym
także państwa powstałe na gruzach ZSRS. Polska musi być swoistym "podwójnym
ambasadorem": reprezentować te kraje, ich aspiracje i dążenia europejskie i
transatlantyckie wobec Unii Europejskiej z jednej strony, a Unię Europejską –
wobec nich z drugiej strony. Dla kraju, który ma najdłuższą zewnętrzną granicę
UE (obok Finlandii) – granicę wschodnią – jest to rola całkowicie oczywista.
Powinna ona być także rozumiana i akceptowana przez naszych bliższych i dalszych
sąsiadów.
Dziś należy bardzo uważnie przeanalizować sytuację międzynarodową i żmudnie,
systematycznie, cierpliwie, krok po kroku powracać do polityki mojego śp. brata,
Prezydenta Rzeczypospolitej Lecha Kaczyńskiego. Polityki godnej Polski
niepodległej, Polski silnej.
Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości
