SENS BIOETYKIGdy przychodzi ciężka śmierć
Opiekunowie i pracownicy służby zdrowia mogą pomagać osobom cierpiącym i
umierającym, i często rzeczywiście je wspierają. Jednak także w dobie środków
kontrolujących ból i zapewniających pewien komfort umieranie może być procesem
trudnym, odbywającym się w męczarniach. Każda śmierć ma wyjątkowy i
niepowtarzalny przebieg, ale tym najcięższym i najbardziej dramatycznym
przypadkom w tajemniczy sposób towarzyszą niezwykłe łaski i możliwości duchowego
wzrostu.
Jakiś czas temu korespondowałem z pewną pielęgniarką na temat jej chorej matki,
która zmagała się z rakiem płuc. Opisała mi niespodziewane zmiany w stanie
zdrowia matki, które wystąpiły w ciągu ośmiu dni przed jej śmiercią: "(…)
jeden dzień z oddechem Cheyne´a-Stokesa [tzw. oddechem periodycznym, polegającym
na serii szybkich, głębokich oddechów, po których pojawia się bezdech, a
następnie kolejny epizod oddechów głębokich], potem dni oddechu tak płytkiego,
że każdy wydawał się jej ostatnim tchnieniem, dni spokojnej śpiączki, dwa dni
wyraźnie wyczuwalnego zapachu niechybnej śmierci, objawy obniżenia przepływu
krwi w kończynach, pojawiające się i zanikające, znowu pojawiające się i
zanikające, dzień za dniem, brak moczu, potem oddawanie moczu, znowu brak, znowu
mocz, wyjście z tego stanu i wejście w trzygodzinny okres pogarszającej się
niewydolności oddechowej, zakończonej gwałtownym zatrzymaniem oddechu".
Śmierć i umieranie nie były jej obce. Jako pielęgniarka pomagała niezliczonej
liczbie pacjentów w opanowaniu bólu, głodu i braku tlenu. W ostatnich godzinach
życia matki, na ile pozwalał na to protokół szpitala, zwiększała dawki morfiny,
ale z małym lub żadnym skutkiem. Śmierć matki okazała się bardzo ciężka. Patrząc
na nią już z pewnej perspektywy, uświadomiła sobie, że gdyby nie fakt, że była
zarówno pracownikiem służby zdrowia, jak i osobą głęboko wierzącą, to pewnie –
jak to określiła – "oszalałaby z przerażenia".
Wyjaśnienie, dlaczego śmierć niektórych osób jest dla nich męką, a inni odchodzą
w spokoju, jest tak samo trudne jak wytłumaczenie, dlaczego jednym ludziom żyje
się znacznie ciężej niż innym. Możemy się jednak zastanowić, czy cierpienie nie
ma czasem w sobie jakiegoś ukrytego, lecz ważnego znaczenia, bez względu na to,
w jaki sposób wkracza w nasze życie. Kiedy poszukujemy środków medycznych,
pomagających ulżyć cierpieniom osób umierających, dochodzimy do wniosku, że
ciężko jest ważyć decyzje co do dawek i zabiegów interwencyjnych, gdy nie mamy
gwarancji ich powodzenia. W sytuacjach, gdy cierpieniu i bólowi nie można ulżyć,
pacjentom powinno się pomóc w wyjaśnieniu, jaką wartość ma chrześcijańskie
rozumienie zbawczego cierpienia.
Znajoma pielęgniarka opisała, w jaki sposób ona i jej matka doświadczyły tego
chrześcijańskiego podejścia: "W ciągu ostatniego roku modliłyśmy się z mamą
gorąco i długo. Przewidywano, że umrze już rok temu. Jak zobaczyłyśmy, że
następuje poprawa i że dostała (i ja też) dar dodatkowego czasu, coraz bardziej
zawierzałyśmy Miłosierdziu Jezusa Chrystusa. Sądzę, że Bóg dał mojej mamie
możliwość złączenia się z Nim w ofierze krzyżowej".
Ogromnemu cierpieniu towarzyszy mnóstwo złożonych emocji. Możemy martwić się o
to, że nie damy rady udźwignąć własnego krzyża. Możemy nie rozumieć, w jaki
sposób nasze cierpienie ma jakąkolwiek wartość czy znaczenie. Doświadczenie
cierpienia może nas zrujnować lub zbudować, zależnie od tego, jak do niego
podejdziemy i jak wykorzystamy w budowaniu silniejszej więzi z naszym Panem,
który cierpiał i umarł za nas w wielkich mękach.
Przypomina mi się tu historia zasłyszana kiedyś na temat księdza, który był
wykładowcą w seminarium. Z roku na rok liczba kandydatów pragnących wstąpić do
seminarium malała, rzadko przekraczając ośmiu lub dziewięciu, i zaczęło to
stanowić problem dla samej uczelni oraz diecezji. Któregoś dnia ksiądz
dowiedział się, że cierpi na nieuleczalną chorobę i pozostało mu zaledwie parę
miesięcy życia. Wkrótce potem zwrócił się do Boga takimi słowami: "Panie Jezu,
ofiaruję Ci wszystkie cierpienia, jakie przyjdzie mi znosić w mojej chorobie,
ale proszę Cię, abyś w nadchodzącym roku szkolnym zesłał nam osiemnastu nowych
kleryków". Pokorny ksiądz umierał w strasznych mękach, ale kilka miesięcy
później, kiedy do seminarium zaczęto przyjmować nowych studentów, okazało się,
że jest ich dokładnie osiemnastu.
Historia ta ilustruje nam, że cierpienie ma sens, jeśli połączymy je ze zbawczym
cierpieniem Jezusa Chrystusa. Nasze cierpienia i udręki są ważną, aczkolwiek
tymczasową, częścią życiowej podróży człowieka. Są zapowiedzią wspanialszej
wieczności i obietnicą naszego przemienienia. Papież Jan Paweł II opisał to w
taki sposób: "Krzyż Chrystusa rzuca tak przenikliwie zbawcze światło na życie
człowieka (…), ponieważ (…) trafia do niego wespół ze Zmartwychwstaniem".
Nasze doświadczanie cierpienia i śmierci, nawet śmierci bardzo ciężkiej, oferuje
nam pozyskanie tajemniczych i wspaniałych łask, z zapewnieniem, że Bóg jest
zawsze blisko tych, którzy noszą swój krzyż.
ks. dr Tadeusz Pacholczyk
Ksiądz dr Tadeusz Pacholczyk otrzymał doktorat w dziedzinie neurologii na
Yale University i kontynuował pracę naukową na Harvardzie. Jest kapłanem
diecezji w Fall River (Massachusetts) oraz dyrektorem do spraw nauczania i
oświaty w Narodowym Katolickim Ośrodku Bioetycznym (National Catholic Bioethics
Center) w Filadelfii.
Zob. www.ncbcenter.org
