Sejm chce poznać plan ochrony prezydenta

Po publikacji "Naszego Dziennika" posłowie z sejmowej Komisji Spraw
Wewnętrznych i Administracji wnoszą o przedstawienie informacji na temat planu
ochrony wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Dokument znajduje się w
archiwum Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Jakie jest drugie dno niepokojącej gry między Biurem Ochrony Rządu a Wojskową
Prokuraturą Okręgową w Warszawie prowadzącą śledztwo w sprawie katastrofy
rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem? Postawa obu kluczowych w tej sprawie
instytucji, porozumiewających się za pośrednictwem dziennikarzy tylko hasłami,
przyczynia się do gmatwania obrazu wydarzeń z 10 kwietnia na lotnisku Smoleńsk
Siewiernyj. Prokuratura uruchomiła nawet nieosiągalnego dla dziennikarzy
prokuratora płk. Ireneusza Szeląga i szczątkowo zrelacjonowała wybranym mediom
efekty przesłuchań oficerów BOR. Tymczasem w innych kwestiach zwykła zasłaniać
się tajemnicą śledztwa.
Faktem jest, że do tej pory nie wyznaczono terminu spotkania premiera Donalda
Tuska z gen. Marianem Janickim, szefem Biura Ochrony Rządu, w sprawie
wyjaśnienia rozbieżności dotyczących obecności funkcjonariuszy BOR na smoleńskim
lotnisku. Generał Janicki nie został w tej sprawie przesłuchany, nie ujawniono
też szczegółów planu ochrony prezydenta 10 kwietnia w Katyniu, co mogłoby
rozwiać wiele wątpliwości.
Jak już informowaliśmy, dokumenty potwierdzające różnice w gradacji zagrożenia
bezpieczeństwa w przypadku wizyt premiera Donalda Tuska (stopień "niski") i
prezydenta Lecha Kaczyńskiego (stopień "średni") znajdują się w kancelarii
tajnej Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Generał Mirosław Gawor, były szef Biura Ochrony Rządu, tłumaczy w rozmowie z
"Naszym Dziennikiem", że stopień zagrożenia jest analizowany przez Biuro przed
każdą wizytą i wobec każdej osoby, którą zabezpiecza BOR. W wyjątkowych
sytuacjach dochodzi do zmiany planu wizyty lub jej odwołania. – Zadaniem każdej
ze służb ochronnych jest przeciwdziałać wszelkim możliwym zagrożeniom. Stopień
zagrożenia motywuje podjęcie działań do zabezpieczenia. O zaistniałym lub
potencjalnym zagrożeniu zawsze informowana jest osoba ochraniana. Zadaniem
ochrony jest podjęcie działań stosownych do potencjalnego zagrożenia – mówi
generał.
Jego zdaniem, obecność funkcjonariuszy BOR na lotnisku w Smoleńsku nie jest
jednak sprawą kluczową. – Jeżeli byli tam wcześniej, a szczegóły zabezpieczenia
zostały domówione, wówczas kwestia, czy w momencie, kiedy ląduje samolot, oni
tam byli czy nie, jest sprawą drugorzędną – podkreśla gen. Mirosław Gawor.
W przekonaniu Bogdana Święczkowskiego, byłego szefa Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego, przy diagnozie stopnia zagrożenia bezpieczeństwa w stopniu średnim
prezydent mógł lecieć na uroczystości katyńskie. – Podejrzewam, że wyjazd
prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Gruzji był kwalifikowany jako zagrożenie
wysokie. A mimo wszystko prezydent tam poleciał – wskazuje Święczkowski. I
dodaje, że zawsze należy przede wszystkim rozważyć, czy środki zaradcze były
proporcjonalne do skali zagrożenia.
Wątpliwości co do zaprojektowania i realizacji ochrony prezydenta zrodziły się
po tym, jak prokuratura stwierdziła, że 10 kwietnia 2010 r. funkcjonariusze
Biura Ochrony Rządu nie byli obecni na płycie lotniska Smoleńsk Siewiernyj.
Udali się tam z Katynia bezpośrednio po otrzymaniu informacji o katastrofie.
Potwierdzają to niektórzy pełnomocnicy rodzin ofiar.
Przeczy to jednak wcześniejszym zapewnieniom szefa Biura, gen. bryg. Mariana
Janickiego, który twierdził, że 10 kwietnia, w dniu przylotu delegacji na czele
z prezydentem Lechem Kaczyńskim, na lotnisku Siewiernyj czekali funkcjonariusze
BOR. Na jednym z czerwcowych posiedzeń sejmowych Komisji Administracji i Spraw
Wewnętrznych oraz Komisji Spraw Zagranicznych szef BOR wyjaśniał posłom, że obie
wizyty: 7 i 10 kwietnia, realizowała ta sama grupa przygotowawcza. "Współpraca
ze stroną rosyjską była bardzo dobra. (…) Otrzymaliśmy szeroko pojętą
logistykę, identyczną w przypadku obu wizyt. Cała grupa rosyjska składająca się
z oficerów Federalnej Służby Ochrony miała wykonywać swoje zadania i w dniu 7
kwietnia, i w dniu 10 kwietnia. Ta sama zasada dotyczyła działań funkcjonariuszy
BOR, z wyjątkiem oficerów ochrony osobistej, którzy mieli przylecieć z panem
prezydentem" – czytamy w stenogramie z posiedzenia. Odpowiadając na pytania
posłów, Janicki stwierdził, że 10 kwietnia na miejscu było sześciu
funkcjonariuszy BOR, a "zadania były podzielone na Katyń i Smoleńsk". – To jest
procedura standardowa – podkreślił.
– Funkcjonariusze BOR byli obecni przed przybyciem prezydenckiego samolotu na
płycie lotniska w Smoleńsku – potwierdza również dziś mjr Dariusz
Aleksandrowicz, rzecznik BOR. Nie podaje jednak, ilu ich było. – To są
informacje niejawne. Toczy się postępowanie prokuratorskie. Do tego czasu nie
będziemy nic wyjaśniać w mediach, a jedynie przed organami do tego powoływanymi
– mówi mjr Aleksandrowicz.

Generał zgłosi się jako świadek?
Rzecznik BOR nie odniósł się do tego, czy w związku z tym, że wizycie prezydenta
w Katyniu nadano średni stopień zagrożenia bezpieczeństwa, w ogóle powinno do
niej dojść. – Prokuratura nie dzieli się z nami tymi dokumentami – stwierdza mjr
Aleksandrowicz. Nie chce też przesądzać, czy gen. Janicki zamierza sam zgłosić
się na przesłuchanie do prokuratury. – Nie mam informacji na temat tego, kogo
prokuratura zamierza przesłuchiwać. Nie mogę więc do tego się odnieść. Jeżeli
prokuratura będzie chciała rozmawiać z szefem BOR, to stawi się on na takie
przesłuchanie – mówi wymijająco mjr Aleksandrowicz. – Nie wiem, jaki jest plan
przesłuchań, kto jest przesłuchiwany, w jakim czasie i czy są już przesłuchani
wszyscy funkcjonariusze BOR. Trudno, żeby ktokolwiek w jakiś sposób narzucał się
prokuraturze. To ona prowadzi czynności, wiedzą, kogo przesłuchiwać, i to od
nich powinna wypłynąć inicjatywa – dodaje rzecznik BOR.
Czy śledczy będą chcieli rozwikłać te rozbieżności i przesłuchać gen.
Janickiego? Naczelna Prokuratura Wojskowa jest w swoich wyjaśnieniach bardzo
enigmatyczna. – Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Zasada jest taka, że
osoby, które mają być świadkami, nie powinny dowiadywać się o tym z mediów –
ucina płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy naczelnego prokuratora wojskowego.
Jak zaznacza, WPO w Warszawie w toku śledztwa przesłuchała wszystkich
funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu, których zadania służbowe 10 kwietnia 2010
roku związane były z zabezpieczeniem wizyty prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w
Smoleńsku i Katyniu.
Tym razem prokuratura szybko zareagowała na przeciek z zeznań funkcjonariuszy
BOR, o którym poinformowały "Wiadomości". Przeciek dotyczył nieobecności
oficerów Biura na płycie lotniska w Smoleńsku. Prokuratura, która zazwyczaj
wstrzemięźliwie wypowiada się dla dziennikarzy, bardzo szybko tę informację
potwierdziła ustami prokuratora Ireneusza Szeląga, który do tej pory wypowiadał
się w sprawie śledztwa smoleńskiego wyłącznie na konferencjach prasowych.
Zdaniem prawników, wobec faktu, że istnieje sprzeczność między materiałem
dowodowym, jaki znajduje się w prokuraturze, a stwierdzeniami BOR, gen. Marian
Janicki sam powinien zgłosić się do prokuratury w celu weryfikacji swego
wcześniejszego oświadczenia.
– Prokuratura powinna rozwikłać te sprzeczności. Dobrze więc byłoby, gdyby pan
gen. Janicki został przesłuchany w prokuraturze, by tę sprawę ostatecznie
wyjaśnić – tego zdania są mecenas Rafał Rogalski oraz Bartosz Kownacki. – Nie
sądzę, że gen. Janicki sam się zgłosi do prokuratury. Prokuratura stoi na swoim
stanowisku, a szef BOR – na swoim – ocenia mecenas Piotr Pszczółkowski.
Prawnicy zwracają uwagę, że jeżeli materiał dowodowy zebrany przez prokuraturę
zostanie uznany za prawdziwy, wtedy oświadczenia gen. Janickiego okażą się
fałszywe. Konsekwencje, jakie w tym wypadku poniósłby szef BOR, to zawieszenie w
czynnościach służbowych, a nawet wydalenie ze służby. – To są jednak na razie
dywagacje, wątek ten jest teraz bardzo wnikliwie badany przez prokuraturę –
tłumaczy mecenas Rogalski.

Jeśli nie BOR, to kto?
Czy na płycie lotniska znajdowały się inne służby, takie jak Służba Kontrwywiadu
Wojskowego? Informacji takich nie udzielają ani Ministerstwo Obrony Narodowej,
któremu podlega SKW, ani Naczelna Prokuratura Wojskowa. Warto jednak dodać, że
ustawa o BOR nakłada na funkcjonariuszy Biura obowiązek współpracy z innymi
instytucjami, ich wzajemna współpraca powinna polegać m.in. na informowaniu się
o potencjalnych zagrożeniach.
– Jeżeli prawdą jest, że na lotnisku nie było żadnego z funkcjonariuszy BOR, a
jednocześnie wiadomo było, że istnieje zagrożenie bezpieczeństwa w stopniu
średnim, to byłby to prawdziwy skandal. W moim przekonaniu, ta wizyta pod
względem bezpieczeństwa nie została przygotowana w sposób prawidłowy – ocenia
były szef ABW Bogdan Święczkowski. Zdaniem gen. Waldemara Skrzypczaka, dowódcy
Wojsk Lądowych w latach 2006-2009, jeżeli osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo
prezydenta oceniły, że jest stosunkowo wysoki poziom zagrożenia jego
bezpieczeństwa, to ta wizyta mogłaby się odbyć, ale zupełnie w inny sposób. – To
znaczy w wąskiej grupie ludzi, bez oficjalnego informowania opinii publicznej o
godzinie wylotu – uważa gen. Skrzypczak. Jak tłumaczy, na większy poziom
zagrożenia bezpieczeństwa powinno odpowiadać się zawsze zwiększoną grupą
ochraniającą. – Czyli na większy poziom zagrożenia bezpieczeństwa stwarza się
większy poziom bezpieczeństwa. Zmniejsza się skład delegacji, im mniej ludzi wie
o szczegółach wizyty, tym lepiej – mówi Skrzypczak. – Jeżeli to wszystko, o czym
donosi prokuratura, jest prawdą, to działanie BOR określiłbym jak wyjątkowo
nieprofesjonalne i nonszalanckie – zauważa.

Karetki zawsze na sygnale
Prawnicy oraz prokur atura zaprzeczają ostatnim doniesieniom, jakoby w tajnych
aktach prokuratury znajdowało się zeznanie funkcjonariusza BOR, który po
katastrofie widział trzy karetki pogotowia odjeżdżające na sygnale z miejsca
katastrofy (oznaczałoby to, że jednak BOR w Smoleńsku było). Informację taką
podała "Gazeta Polska", wyciągając wniosek, że trzy osoby odwieziono do
szpitali.
– Nie mogę tego skomentować, bo nie mam dostępu do zeznań funkcjonariuszy Biura
Ochrony Rządu. Prokuratura nie udostępnia nam akt śledztwa – ucina krótko
rzecznik Biura. – Rewelacje "GP" to dla mnie novum. Ale mam świadomość, że ja
nie o wszystkim muszę wiedzieć – stwierdza mec. Piotr Pszczółkowski.
– Nie ma żadnych takich zeznań w tajnych aktach prokuratorskich. Nie będę
komentował tego, co napisała "Gazeta Polska". Podstawą działania prokuratorów w
tej sprawie mogą być tylko materiały uzyskane w sposób procesowy. Nie interesują
nas chaotyczne wypowiedzi różnych osób wypowiadane za pośrednictwem mediów –
komentuje prokurator Rzepa.
Rosyjskie pogotowie podlega Ministerstwu Ochrony Zdrowia. W razie kataklizmu lub
katastrofy nadzór nad pogotowiem przejmuje Ministerstwo ds. Sytuacji
Nadzwyczajnych. W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" urzędnicy administracji obwodu
smoleńskiego zapewniali, że na miejsce katastrofy przyjechały trzy karetki
pogotowia z najbliższych szpitali. Ambulanse jechały na sygnale – według
procedur, jakie obowiązują w Rosji, karetki muszą włączyć sygnał zawsze, kiedy
jadą na wezwanie. Urzędnicy jednoznacznie zaprzeczali, jakoby ktokolwiek przeżył
katastrofę.

BOR: Rosjanie nam nie przeszkadzali
Problematyczne pozostaje też to, czy prawdą jest, jakoby Rosjanie nie zgodzili
się, aby przed lądowaniem prezydenckiego samolotu na płytę lotniska weszli
oficerowie BOR. Wątpliwości w tym względzie pojawiły się po tym, jak w
"Wiadomościach" TVP ujawniono zeznania oficerów BOR, według których Rosjanie nie
zgodzili się na ich obecność na lotnisku w Smoleńsku. BOR tym doniesieniom
zaprzecza. – Na lotnisku w Smoleńsku byli obecni funkcjonariusze BOR. Nie było
żadnych utrudnień w związku z ich obecnością – powtarza mjr Aleksandrowicz.
Zdaniem posła Jarosława Zielińskiego (PiS), kwestię wyjaśnienia obecności BOR na
smoleńskim lotnisku uprościłoby przeanalizowanie planu ochrony prezydenta.
Dokument ten asygnuje szef BOR. Jak zapewnia mjr Aleksandrowicz, znajduje się on
obecnie w warszawskiej Okręgowej Prokuraturze Wojskowej. Rzecznik BOR nie chciał
nam ujawnić, jakie dane taki plan zawiera. – Ponieważ są to informacje niejawne,
dokument jest niejawny i nie mogę ujawniać jego treści – tłumaczy rzecznik
Biura. Jak zaznacza NPW, Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie otrzymała z
Biura Ochrony Rządu wszystkie dokumenty dotyczące systemu ochrony wizyt premiera
Donalda Tuska z dnia 7 kwietnia 2010 r. oraz śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego z
dnia 10 kwietnia 2010 roku.
Posłowie zapewniają, że jeszcze w tym miesiącu odbędzie się posiedzenie sejmowej
Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych w celu wyjaśnienia tego, jak
faktycznie wyglądało zabezpieczenie wizyty prezydenta w Katyniu.
Parlamentarzyści będą wnioskować o przedłożenie im planu ochrony prezydenta.
– Prezydium komisji wyraziło już zgodę, by zająć się tą sprawą. Posłowie mogą
zabiegać o zapoznanie się z tą dokumentacją BOR. Nie ma ona wysokiej klauzuli –
nie są to informacje ściśle tajne. Mogą być udostępnione wszystkim posłom. Te
dokumenty powinny być nam przedstawione już dużo wcześniej – tłumaczy Jarosław
Zieliński, zastępca przewodniczącego komisji. Między innymi sprawą dokumentacji
dotyczącej zabezpieczenia wizyty prezydenta Kaczyńskiego zajmą się też posłowie
z sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. – To sprawa kluczowa. Nie
wyobrażam sobie, by ją pominięto – stwierdza Arkadiusz Mularczyk (PiS). Jak
zapewnia Wojciech Wilk (PO), zastępca przewodniczącego komisji, w najbliższym
posiedzeniu komisji ma uczestniczyć prokurator generalny Andrzej Seremet oraz
naczelny prokurator wojskowy gen. Krzysztof Parulski. Nie udało się nam
dowiedzieć, czy planem ochrony wizyty zajmie się także sejmowa Komisja do Spraw
Służb Specjalnych.
 

Anna Ambroziak

drukuj