Scenariusz jak u Hitchcocka
Kampania prezydencka po 10 kwietnia przypomina scenariusz filmu Alfreda
Hitchcocka. Najpierw było trzęsienie ziemi, a później napięcie wciąż rosło.
Kilka godzin po uroczystościach w pałacu Na Wodzie w Łazienkach, po
prezentacji honorowego komitetu wspierającego Bronisława Komorowskiego, cała
Polska spłynęła wodą. Katastrofa lotnicza pod Smoleńskiem i skutki powodzi
w normalnej sytuacji zmiotłyby ze sceny politycznej panujący miłościwie rząd
w trybie natychmiastowym. To, że tak się nie stało, jest przede wszystkim zasługą
mediów, które amortyzowały emocje Polaków.
Wybory w demokracjach XXI wieku coraz bardziej przypominają komedię pomyłek.
I to nie tylko za sprawą mediów, które coraz mocniej zaciskają swoje obręcze
na umysłach wyborców. Zapewne, dlatego część z nich ostentacyjnie
manifestuje obojętność wobec wszystkich wyborów. Swoją postawę tłumaczą
brakiem zainteresowania, bo "i tak to nic nie zmieni". Żyją własnym
życiem i potrafią – jak pisała poetka noblistka – "malutki los
naparstkiem pić, z dala od zgryzot i pocieszeń".
Inni, mniej liczni, też lekceważą wybory, gdyż nie interesuje ich ani obowiązujące
prawo, ani oficjalny rząd. Od lat wiedzą swoje i mają sprawdzone układy. Czy
rządzi Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unia Wolności, czy Platforma Obywatelska,
w ich życiu zmienia się wszystko – zawsze tylko na lepsze. Posiadają swoich
ludzi w sądach, prokuraturze, na komendach policji, w lokalnej telewizji. Takie
postaci i środowiska najłatwiej zauważyć w mniejszych miastach, miasteczkach
i gminach, w których burmistrz lub wójt od dwóch dekad się nie zmienia. W
przygranicznych regionach Polski jak grzyby po deszczu wyrastają hotele, motele
z saunami, z salonami gier i innymi uciechami, które jako że niezabronione,
nie są też karane. "Biznes" w każdym miasteczku ma swoją armię, własny
wywiad i kontrwywiad. Gdy coś idzie nie po myśli, uruchamia się swoich ludzi.
A wszystko zawsze "załatwia się" po cichu. Kiedy więc Donald Tusk w
duchu miłości ogłaszał swój wielki polityczny projekt, nikt się nim nie
przejmował.
Pomysł "polityki miłości" premiera podchwyciły media i realizowały
tak zapamiętale, że jeszcze trochę, a nie pozostałby kamień na kamieniu.
Wojna domowa prowadzona w świetle jupiterów i rozgłośni
radiowo-telewizyjnych sięgnęła zenitu w kwietniu, tuż przed wyjazdem ekipy
Donalda Tuska do Katynia i spotkaniem z premierem Władimirem Putinem. Prezydent
Kaczyński – zawsze persona non grata – i jego ekipa, złośliwie
dyskredytowani, jawili się zwykle jako szkodliwe i wrogie elementy na
przyjaznej linii Tusk – Putin.
Grom z jasnego nieba uderzył 10 kwietnia 2010 roku. Śmierć nagła,
niezrozumiała, niewyjaśniona zaskoczyła nie tylko Polskę, lecz także cały
świat. Żałoba narodowa, pochówek pary prezydenckiej i niemal sto następujących
po sobie pogrzebów najpierw wywołało u wszystkich stan bolesnego paraliżu, a
później paradoksalnie uświadomiło dotychczasowy państwowy letarg – rozkład
państwa i zanik jego podstawowych struktur bezpieczeństwa.
Nowe otwarcie Komorowskiego
Nieuchronne stało się rozpisanie wyborów prezydenckich w trybie przyśpieszonym.
Tragedia smoleńska jako otwarcie kampanii marszałka Komorowskiego zmroziła
jego sztab wyborczy. Współczesna kampania to walka na emocje. A tu, jak
powiedział w jednym z programów Janiny Paradowskiej Tomasz Wróblewski
(prominentny redaktor obrotowy, krążący między koncernami Axel Springer i
Passauer Neue Presse): "Wojny z PiS na emocje nikt nie wygra".
Platforma, gorączkowo kontynuując prace nad nowym otwarciem i wizerunkiem
swojego kandydata, próbowała wymusić na Kaczyńskim i jego sztabie wyborczym
zapewnienie, że za żadne skarby nie będą się odwoływać do emocji i
"rekwizytów" żałoby czy katastrofy oraz przywilejów z tym związanych.
Na pierwszy ogień zmian strategii PO poszedł poseł Janusz Palikot. Zniknął
na długi czas z przestrzeni medialno-publicznej. Przed 10 kwietnia niemal non
stop gościł w TVN 24. Prawie na stałe stacja ta ulokowała kamery w jego
rezydencji – tuż przy granicy rosyjskiej w Dzierwanach na Suwalszczyźnie.
Na czas żałoby Palikot udał się do grobu Jana Pawła II, podróżował
szlakiem Adama Mickiewicza w Wilnie. Jeszcze w lutym wiele opowiadał o swojej kąpieli
w Gangesie – świętej rzece Hindusów, gdy bawił w Indiach na święcie boga
Śiwy. Tym razem uznał, że powrót do polityki wymaga jeszcze wizyty u
fryzjera, optyka i krawca. Na niewiele się to zdało, w SMS-ach rozsyłanych do
znajomych pytał: "Dlaczego do Smoleńska wyjechał kartofel, kurdupel,
alkoholik, a wrócił mąż stanu? Bo Rosjanie podmienili ciało". Media
skandaliczną sprawę wyciszyły.
Miękkie lądowanie
Katastrofa pod Smoleńskiem i powódź z jej skutkami w normalnej sytuacji zmiotłyby
ze sceny politycznej panujący miłościwie rząd w trybie natychmiastowym. To,
że tak się nie stało, jest przede wszystkim zasługą mediów, które jak
puchowe poduszki amortyzowały emocje i reakcje Polaków. Działały jak balsam
i środek znieczulający na zbolałą duszę. Środki i metody, które
wykorzystała w tym celu np. TVN 24, to temat na oddzielne analizy. Widzowie
otrzymali wielogodzinne relacje z Okęcia, z przewozów żałobnego konduktu
ulicami Warszawy, obrazy z Krakowskiego Przedmieścia i z pogrzebów. Stałe
prezentacje fotografii pary prezydenckiej, dobrana muzyka, podtrzymywanie
nastroju żałoby, smutku, żalu, poczucia narodowej tragedii i dramatu –
wszystko przedstawiało inne oblicze prezydenta Lecha Kaczyńskiego i tych, którzy
razem z nim zginęli. Program telewizyjnych stacji komercyjnych synchronicznie
wzmacniała wysokonakładowa prasa. Politykę informacyjną na wzór TVN
prowadził niemiecki tabloid Axel Springera dziennik "Fakt" oraz
"Super Express". Przez ponad tydzień całą zawartość gazet wypełniały
zdjęcia i relacje z katastrofy.
W mediach nastąpiło wielkie wyciszenie. Problem w tym, że nadeszła chwila
powrotu do tzw. normalności, czyli jazgotu i wojny domowej (czytaj
"polityki miłości") sprzed 10 kwietnia. Czytelnicy i telewidzowie
jednak przyzwyczaili się do nowego oblicza prezydenta, jego żony i tragicznie
zmarłych osób. Jak więc wprowadzić ich do dawnej rzeki? Nie było to łatwe,
tym bardziej że nastał czas kampanii prezydenckiej. Trzeba było zatem czekać
na błędy PiS i jego prezesa. Ewentualnie zadowolić się pomniejszymi wpadkami
(choćby Jacka Kurskiego). Platforma, a wraz z nią wiodące media oraz
dziennikarskie gwiazdy, zamarły w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie, czy Jarosław
Kaczyński wystartuje. Wylano litry atramentu na ostrzeżenia. Ogłaszano, jak
wielkim błędem będzie decyzja o kandydowaniu (m.in. pamiętny wywiad
socjologa Jacka Wodza). Gdy okazało się, że Jarosław Kaczyński stanie do
walki o fotel prezydencki, na czynniki pierwsze rozłożono jego wystąpienie z
okazji ogłoszenia tej decyzji. Zarzucano prezesowi PiS, że dzieli Polaków na
"prawych" i w domyśle – "lewych".
Gdy 8 maja pojawiło się w internecie przemówienie Jarosława Kaczyńskiego do
przyjaciół Rosjan, skupiono się głównie na ośmieszaniu scenografii wnętrza,
w którym zostało wygłoszone, czyli w kawiarni Muzeum Powstania Warszawskiego.
Deliberowano zgodnie o dzbanku do herbaty, pianinie i czymś tam jeszcze w tle.
Ileż kpin i złośliwości na ten temat popłynęło na wizji i fonii…
Strategia lustrzanego odbicia
Platforma zaś pod osłoną mediów przemodelowywała swoją kampanię. Nowa
konstrukcja została oparta na zasadzie lustrzanego odbicia. Szefową sztabu
wyborczego Kaczyńskiego jest Joanna Kluzik-Rostkowska, zatem szefową sztabu
wyborczego Komorowskiego została także kobieta – Małgorzata Kidawa-Błońska.
Ma łagodzić "chropowatości" i gburowatość marszałka. Kaczyński
przedstawił hasło wyborcze kampanii: "Najważniejsza jest Polska",
więc hasło Komorowskiego brzmi: "Zgoda buduje". Tego ostatniego nie
kontestuje się wcale, każdego zaś dnia w stacjach radiowo-telewizyjnych i w
setkach tysięcy egzemplarzy wysokonakładowej prasy podważa się cały przekaz
Jarosława Kaczyńskiego. "Czy naprawdę się zmienił?" – takie
pytanie postawił ostatnio na okładce "Newsweek", zaprzęgając do
odpowiedzi psychologów. Czytelnik otrzymał niemal psychiatryczne studium
nowego wizerunku prezesa PiS.
Bojowego stwierdzenia Andrzeja Wajdy: "To jest wojna domowa, to jest walka
o wszystko", psychologowie już nie analizowali. Dziennikarzy
"Newsweeka" nie interesowało, co reżyser czuł, co myślał, czego
się lękał i obawiał, gdy grzmiał w pałacu Na Wodzie w warszawskich Łazienkach.
A szkoda…
Sztab wyborczy marszałka Komorowskiego nie ma łatwo. Kandydat jest spięty, a
najbardziej – gdy sili się na luz. Łatwo kompromituje się, ujawniając swoją
niewiedzę (słynna historia, gdy czerpał wiedzę o Radzie Bezpieczeństwa
Narodowego z Wikipedii lub gdy Marka Belkę przedstawił jako zastępcę
sekretarza generalnego ONZ, podczas gdy pracował on jako dyrektor w Międzynarodowym
Funduszu Walutowym).
Buda Ruska wokół Tuska
Jako historyk Komorowski wykazuje nieznajomość faktów historycznych, jako
polityk – zdradza nieustannie swoją ignorancję – wciąż popełnia większe
lub mniejsze gafy. Porusza się w przestrzeni kampanii jak słoń w składzie
porcelany. 18 maja podczas wizyty na terenach dotkniętych powodzią mówił:
"Woda ma to do siebie, że się zbiera, stanowi zagrożenie, a potem spływa
do Bałtyku". 20 maja, komentując odwiedziny u powodzian, powiedział:
"Miałem przyjemność wizytować tereny zalane". 21 maja zaś,
podczas kolejnego pobytu na wałach przeciwpowodziowych, oznajmił, stojąc na
ledwie utrzymujących się wałach: "W zeszłym roku powódź, w tym roku
powódź, więc pewnie ludzie są już oswojeni, obyci z żywiołem".
Przerażony Donald Tusk ruszył z pomocą Bronkowi. Później jednak jakoś w
tym zapale osłabł. Na jednym z wieców czytelne było hasło: "Buda Ruska
wokół Tuska". I choć Buda Ruska to miejscowość na Suwalszczyźnie,
gdzie ma swój dom Komorowski, można się tylko domyślać, co miał na myśli
autor tego sloganu. Przecież Komorowski jako jedyny z PO głosował przeciw
rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych i zasłynął jako najbardziej
zagorzały przeciwnik IV RP.
Jesteśmy świadkami najbardziej dramatycznej kampanii wyborczej w Polsce, która
płynie tylko pozornie cichym strumieniem: Jarosław Kaczyński był na
pielgrzymce mężczyzn w Piekarach Śląskich, Bronisław Komorowski zaś –
wedle zasady lustrzanego odbicia – udał się do Lichenia na pielgrzymkę sołtysów.
Tymczasem znów coraz ważniejsze stają się doniesienia o stanie wód i wałów
przeciwpowodziowych. Meteorolodzy zapowiadają deszcze i burze…
Ostatecznie o wyniku wyborów mogą zdecydować komunikaty o smoleńskiej
katastrofie. Zaskakująca jest ostatnia decyzja Rosjan, że bez ich zgody i do
czasu zakończenia śledztwa Polska nie ma prawa upublicznić żadnego z zapisów
czarnych skrzynek z roztrzaskanego samolotu prezydenckiego.
Nastroje w PO, poza służbowym optymizmem, są coraz gorsze. 30 maja Janusz
Palikot w blogu pomstował: "Przyszło nam rządzić w czasie największego
kryzysu ekonomicznego od 70 lat; największej tragedii lotniczej w wymiarze
politycznym; największej powodzi od ponad 100 lat; największego kryzysu euro
od powstania tej waluty. Co jeszcze się zdarzy? Od 2007 r. nie ma dnia wolnego
od jakiegoś kryzysu. Czy to się wreszcie odwróci?". Zatem co najgorszego
się może zdarzyć? Tego poseł Palikot jeszcze się nie domyśla. Może na
Suwalszczyźnie chłopi mu coś o tym powiedzą… Choć tam raczej wszystko załatwia
się po cichu.
Dr Hanna Karp, wykładowca w WSKSiM
Dr Hanna Karp – medioznawca, publicystka, autorka książek na temat sekt i New
Age.
