Samobójcy seryjni
Mnożą się oznaki, że nasz nieszczęśliwy kraj może wzbogacić światową
jurysprudencję o nową kategorię – seryjnych samobójców. Takim seryjnym samobójcą
był np. Ireneusz S., który – zanim taktownie przez telefon zawiadomił rodzinę o
swojej śmierci, strzelił do siebie aż trzy, a może nawet cztery razy.
Później do grona seryjnych samobójców dołączył "Baranina", a podczas
energicznego śledztwa w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika wysyp seryjnych
samobójców był wyjątkowo obfity. I kiedy, wydawało się, że wydano rozkaz zmiany
modus operandi – by seryjni samobójcy, nawet jeśli umierają na zawał serca,
zostali zastąpieni przez ojcobójców, którzy wcześniej przezornie leczyli się
psychiatrycznie – jak grom z jasnego nieba gruchnęła wieść o nagłej i
niespodziewanej śmierci pułkownika Leszka Tobiasza, za komuny w WSW, a za
demokracji – w Wojskowych Służbach Informacyjnych. Pułkownik Tobiasz 1 marca br.
miał zeznawać przed niezawisłym sądem w sprawie ujawnienia "Aneksu" do "Raportu
w sprawie działalności Wojskowych Służb Informacyjnych" – ale w związku z tym,
że umarł, to już chyba zeznawać nie będzie.
Jak wiadomo, Wojskowych Służb Informacyjnych już "nie ma", ale czyż na tym
świecie pełnym złości można być czegokolwiek pewnym? Na przykład ateiści
twierdzą, że nieba też "nie ma" – ale podczas pogrzebu pani Szymborskiej
zachodzili w głowę, co też nieboszczka może teraz wyprawiać w niebie z Ellą
Fitzgerald. Znaczy – niby utwierdzają się nawzajem w przekonaniu, że nieba "nie
ma", ale co z tego, kiedy widać, że jest – a skoro taki dysonans poznawczy
występuje nawet w sprawie nieba, to cóż dopiero w sprawie istnienia lub
nieistnienia WSI? Warto odnotować opinię prof. Tadeusza Kotarbińskiego, bądź co
bądź filozofa, według którego "nieistnienie jest atrybutem zaszczytnym". Czy
ktoś może żywić jakieś wątpliwości, że komu jak komu, ale wojskowej razwiedce,
która pieczołowicie przygotowała – włącznie ze staranną selekcją kadrową – naszą
sławną transformację ustrojową, potem ją pomyślnie dla siebie przeprowadziła, a
następnie – nadzorowała i nadzoruje, taki zaszczytny atrybut nie może
przysługiwać? Więc, jak wiadomo, WSI "nie ma", ale ta oficjalna nieobecność jest
tylko wyższą formą obecności. Gdyby było inaczej, nie potrafilibyśmy
odpowiedzieć na pytanie, kto każdego ranka nakręca naszych Umiłowanych
Przywódców, by śpiewali z właściwego klucza, kto podaje ton niezależnym mediom
głównego nurtu, w których brylują gwiazdy dziennikarstwa w rodzaju "Stokrotki"
itp., czy wreszcie – kto prowadzi nasz nieszczęśliwy kraj ku jego przeznaczeniu,
wyznaczonemu przez porozumienie Naszej Złotej Pani Anieli, zimnego rosyjskiego
czekisty Putina oraz starszych i mądrzejszych.
Więc skoro już pułkownik Tobiasz umarł i niezawisłemu sądu niczego już nie
powie, jesteśmy skazani na domysły. Skoro jesteśmy skazani, to nie żałujmy
sobie, domyślajmy się. Ja na przykład się domyślam, że mógłby opowiedzieć o
swojej wizycie u marszałka Bronisława Komorowskiego, dla którego "nie było
zaskoczeniem", że jego nazwisko może pojawić się w "Aneksie". W ten brak
zaskoczenia chętnie wierzę. Ale czy nazwisko aby na pewno musiało się tam
pojawić w kontekście chwalebnym? Tego oczywiście nie można być pewnym, tym
bardziej że płk Tobiasz miał marszałku Komorowskiemu przedstawić dowody na
korupcję w komisji weryfikującej WSI i w ten sposób ją zdyffamować. Gdyby
dyffamacja się udała, można by wszystkie informacje z "Aneksu", nawet tę błahą o
"Stokrotce", pozbawić wszelkiej wagi jako motywowane politycznie. Ale ktoś
starszy i mądrzejszy znalazł rozwiązanie lepsze od tamtej gry operacyjnej. W
rezultacie tak się szczęśliwie złożyło, że na skutek katastrofy w Smoleńsku
marszałek Komorowski przejął obowiązki prezydenta, a mianowany przezeń prawie
natychmiast na szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego generał Stanisław Koziej
przejął nad złowrogim "Aneksem" kontrolę. To po co tu jeszcze potrzebny
pułkownik Tobiasz? Pułkownik Tobiasz nie jest potrzebny do niczego, więc cóż
innego w tej sytuacji mu pozostało, jak taktownie umrzeć?
Stanisław Michalkiewicz
