Rozum w stanie zwątpienia

W polu dobra i zła



Jeżeli zgodzić należy się z „Fides et ratio”, że nowożytność i współczesność zwątpiła w możliwości ludzkiego rozumu, to nasze myślenie w sprawach dobra i zła musi biegnąć inaczej niż w epokach, które tego zwątpienia nie pielęgnowały. Na przykład św. Tomasz był w stanie sformułować sporą liczbę argumentów za nierozerwalnością małżeństwa, a dzisiaj niektórzy przekonują neopogan w tej sprawie argumentami tylko teologicznymi. Regularnie też zniechęca się do antykoncepcji i zapłodnienia in vitro argumentacją tylko medyczną. Czyżby lekarz miał być specjalistą od miłości? Nieraz też słyszymy jęki, iż Magisterium Kościoła katolickiego przygwoździło małżonków wymaganiami w sprawie „planowania rodziny” raczej dla duchowych akrobatów niż zwykłych śmiertelników. Czyżby ci ostatni już nie mogli być ludźmi, a tylko istotami skazanymi na weterynaryjne metody?

Oczywiście, błądzenie jest rzeczą ludzką, a zatem przydarzającą się w każdej epoce. Współczesny człowiek, nieraz mniemający, że sporo wyprzedził poprzedzające go dzieje, z pewnością błądzi „lepiej” niż kiedyś. Rozum pogrążony w zwątpieniu już nie jest w stanie się poruszać. W umysłowo rozwiniętych epokach nie wpadało do głowy poważnie myślącym, aby szukać uzasadnienia ocen moralnych w wynikach biologii, socjologii czy empirycznej psychologii. Pokpiwał sobie z takich nadziei Plutarch, twierdząc, że mają tę samą przyczynę, co kierowanie przez niektórych Greków spraw sądowych do rozstrzygnięcia w obcych państwach, z racji „wzajemnej nieufności do siebie”. Taka sama „ludzka przewrotność” obecna jest i wtedy, kiedy „pełni wątpliwości co do spraw najważniejszych i największych szukamy wskazówek u koni, psów i ptaków, jak mamy sami zawierać małżeństwa, wydawać na świat potomstwo i je hodować”. Zamiast zasiewania tych wątpliwości, raczej starano się przezwyciężyć ową „przewrotność”, cudzą i własną. Święty Tomasz doskonale zdawał sobie sprawę z możliwości błędów, a nawet zaślepienia sumienia odnośnie do niektórych zasad prawa naturalnego, rozpoznawalnych przez każdego człowieka. Rozumiejąc przyczyny owego zaślepienia, mogącego trapić całe społeczności, święty Tomasz z pewnością jednak nie rwałby szat z racji jakoby lekceważenia sobie przez Magisterium Kościoła jęku chrześcijańskiego ludu pozbawionego na drodze zakazu antykoncepcji możliwości „kochania się”. Raczej rwałby szaty nad szerokim zwodzeniem tego ludu w tej sprawie. Zdaniem św. Tomasza, nieznajomość jakichś zasad prawa naturalnego – tutaj lokować należy moralny zakaz antykoncepcji – jest albo skutkiem samooślepienia przez własne czyny, lekceważące sobie obiektywną prawdę o dobru, albo też jest skutkiem „bycia zwiedzionym” przez kogoś.

Jeśli dzisiaj najpilniej potrzebujemy odbudowania zaufania w możliwości ludzkiego rozumu – bo napełniony zwątpieniem rozum wykonuje jakieś śmiertelnie niebezpieczne łamańce – to w roli lekarstwa pilnie nam potrzeba także przyglądania się trafnym rozpoznaniom moralnym stuprocentowych przedchrześcijańskich społeczności, zwłaszcza klasycznej Grecji, której spotkanie z chrześcijaństwem nie było przypadkowe, jak zapewnia współwyznawców Benedykt XVI. Do niedawna regularnie krzepiono swoje zaufanie dla możliwości ludzkiego rozumu lekturą dzieł przywołanego już Plutarcha. „Nie mogę przejść obok niego, abym czegoś nie złasował”, wyznawał Montaigne o swoich inspiracjach dziełami słynnego moralisty. Zamiast konsumpcji z internetowych śmietników typu wp, onet, gw, można by uniknąć późniejszych jęków, krzepiąc się jego „Dialogiem o miłości” czy „Zaleceniami małżeńskimi”. Obydwa dzieła pokazują ludzki poziom erotyki i zostały napisane jako propedeutyka małżeństwa: pierwsze dla żeniącego się syna, drugie – dla dwojga swoich uczniów. I tylko współczesnemu rozumowi trzeba wyjaśniać, że „Zalecenia małżeńskie” nie były podręcznikiem dla sodomitów.


Marek Czachorowski
drukuj