Rosyjskie władze tchórzą

Z prof. Nikitą Pietrowem, zastępcą przewodniczącego stowarzyszenia
Memoriał, rozmawia Piotr Falkowski


W ubiegłym tygodniu w Strasburgu odbyło się publiczne wysłuchanie w sprawie
naruszenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka przez rosyjskie władze podczas
śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej. Wiceminister sprawiedliwości Federacji
Rosyjskiej nie mówił jednak wtedy o "zbrodni", ale o "wydarzeniach katyńskich",
a jej ofiary określał mianem "zaginionych".

– To jest straszne. Człowiek może rzeczywiście zaginąć, kiedy wyjdzie z domu.
Różne rzeczy się zdarzają. I wtedy poszukuje się "zaginionego". Ale nie zaginie
żaden człowiek, którego przywieźli do budynku zarządu NKWD. A są przecież na to
dokumenty, że tych ludzi do NKWD przywieziono. Jeśli po tym kogoś nie można
odnaleźć, to jest jasne, że został zabity. Innej możliwości nie ma. Jeśli tego
człowieka nikt nigdzie nie widział, nie znalazł się w jakimś obozie karnym, to
nie ma innej możliwości niż śmierć z rąk tegoż NKWD. Stanowisko wiceministra
jest więc tchórzostwem. Obecna władza rosyjska w rzeczy samej okazuje się
ukrywaczem zbrodni stalinowskich. Co gorsza, o tym się pisze, są akta sprawy.
Minister wypowiada się, działa przecież także w moim imieniu, gdyż to jest i
moja władza jako obywatela Rosji, i milionów podobnych do mnie. Jeżeli ta władza
ukrywa przestępstwa, które zostały popełnione, to w istocie również nas czyni
ich współsprawcami. Władza popełnia przestępstwo ukrywania zbrodni – pisałem o
tym nieraz w moich artykułach na temat tego, co prokuratura robi w sprawie
Katynia – i dzisiaj poprzez stanowisko wyrażane w Strasburgu powtarza to samo.
Jest to stanowisko nieprzyzwoite i amoralne. Natomiast my, obywatele Rosji,
jesteśmy niestety zakładnikami tej sytuacji.

To stanowisko jest sprzeczne z oficjalnymi deklaracjami politycznymi o
rozliczeniu z przeszłością, potępieniu zbrodni.

– Problem jest w tym, że Rosja jako taka nie zmierzyła się z kwestią tego, jak
rehabilitować zamordowanych Polaków (albo w ogóle obcokrajowców). Uznano winę
"polityczną" za zbrodnię. Jest uchwała Dumy na ten temat. Ale Rosja nie chce
przyznać się do winy w sensie prawnym. To takie rozdwojenie jaźni. Z jednej
strony jesteśmy następcami ZSRS i rosyjskie kierownictwo to uznaje. Ale kiedy
przychodzi do zajęcia się takimi potwornymi zbrodniami, raptem się od tego
uchylają, gotowi są odrzucić konsekwencje prawnego stanu rzeczy. Tak długo nie
da się istnieć. Konsekwencje bycia następcą ZSRS są zbyt liczne. Nie można ich
przyjmować w jednej części, a w drugiej pomijać. Odpowiedzialność za moralną
niegotowość do pokonania tych sprzeczności spoczywa na kremlowskim kierownictwie
państwa.

Czy w przypadku wyroku ETPC nakazującego ujawnienie akt śledztwa katyńskiego
albo nawet jego wszczęcie od nowa władze nie będą się starały od tego jakoś
uchylić?

– Nie wiem, co zrobi Kreml. Zapewne będzie starał się najpierw przedstawić wyrok
tak, jakby nic niezwykłego się nie wydarzyło.

Obecnie zajmuje się Pan dziejami bezpośrednich wykonawców zbrodni katyńskich.
– Tak, trwają takie badania w Memoriale. Za kilka dni ukaże się w formie
książkowej zbiór moich artykułów z "Nowej Gazety" na ten temat. Znajduje się
wśród nich lista katów katyńskich, którzy zostali nagrodzeni decyzją z 26
października 1940 roku. Myślę, że jest to już prawie pełna ich lista i zawiera
nieco szczegółowych notek biograficznych tych ludzi. Mam nadzieję, że książka
zainteresuje także polskich czytelników.

W Polsce pojawiła się hipoteza, że przedłużenie śledztwa katyńskiego w Rosji
do 2004 roku związane było z tym, że wtedy umarł ostatni bezpośredni sprawca. Co
Pan o tym sądzi?

– Nie wiem. Też słyszałem taką teorię. Ale nie potrafię jej na razie sprawdzić w
oparciu o dokumenty. Niestety, nie mam dat śmierci wszystkich uczestniczących w
mordach katyńskich enkawudzistów. Wiem, że bardzo długo żył w Charkowie niejaki
Syromiatnikow. Ale nie sądzę, żeby rosyjska prokuratura martwiła się akurat o
zbrodniarzy katyńskich, którzy byli obywatelami Ukrainy. Z tym że ja sądzę, iż
chodziło raczej o wybór momentu, gdy operację zamknięcia postępowania i jego
utajnienia można przeprowadzić bez rozgłosu.

W Rosji nie ma takiej państwowej instytucji, jaką jest u nas Instytut Pamięci
Narodowej zajmujący się badaniem i rozliczaniem zbrodni totalitarnych reżimów.
Jakie są warunki pracy historyków takich jak Pan i stowarzyszenia Memoriał
prowadzenia badań na trudne tematy?

– Z mojego punktu widzenia jest to bardzo proste. Mamy ustawę o archiwach. Jest
ustawa o dostępie do informacji. Każdy historyk może zajmować się badaniem
archiwów i odkrywaniem historii. Problem jest tylko z wykonywaniem tego prawa. Z
drugiej strony jakoś pracujemy, piszemy artykuły, książki. Możliwości dla
entuzjastów istnieją. Natomiast organy państwowe Federacji Rosyjskiej nigdy nie
były skłonne prowadzić poważnych badań na te tematy. Prowadzą projekty, jakie
ktoś im zleca. Tak naprawdę mamy mnóstwo instytucji powołanych do zajmowania się
historią najnowszą: Instytut Historii, Instytut Słowianoznawstwa i Bałkanistyki
(w którym są ludzie zajmujący się historią Polski). One wypuszczają masę
książek, artykułów. Jest taka naukowa "produkcja". Ale rzecz w tematach, jakie
podejmują. Pewne kwestie, w szczególności związane z represjami, nie są zbyt
popularne. A Memoriał przeciwnie. Zajmuje się tylko tym, zgodnie ze swoim
statutem.

Te tematy nie są popularne także w rosyjskim społeczeństwie?
– W Rosji ludzie obawiają się konsekwencji w postaci odszkodowań. W ten sposób
buduje się niechęć do wyjaśniania tego rodzaju spraw. Wśród Rosjan zasadniczo
nie lubi się władzy, przede wszystkim z powodu korupcji, ale gdy ktoś z zewnątrz
ma jakieś oczekiwania wobec Rosji, obywatele zaraz stają murem za rządem. Mówią,
żeby nic nikomu nie dawać, bo nam samym brakuje. Wprawdzie uważa się, że "na
Kremlu siedzą sami wrogowie", ale wokół nas, za granicą, są jeszcze gorsi
wrogowie. Można powiedzieć, że w ten sposób odżywa stara idea "związku partii i
narodu"! Stąd poparcie tendencji, by za wszelką cenę nie przyznawać się na
zewnątrz do żadnych przestępstw. Ludzie myślą sobie: "jeśli państwo popełniło
zbrodnię, to i ja". Poza tym łatwiej myśleć, że to zrobili jacyś anonimowi
bolszewicy. Tak jakby bolszewicy to byli spadochroniarze, którzy nie mają z nami
nic wspólnego.

Memoriał podejmuje też współpracę m.in. z polskimi historykami.
– Wierzę w możliwości współpracy polskich i rosyjskich historyków. Zresztą ta
współpraca jest. Każdy, kto zajmuje się historią współczesną Związku Sowieckiego
i Polski, ma takie kontakty. I na poziomie osobistym i organizacji. Memoriał ma
wielu kolegów i partnerów tu, w Polsce. Dzięki temu jest ta moja wizyta, która,
mam nadzieję, będzie pożyteczna dla obu stron.

Co polskie władze powinny, Pana zdaniem, robić w sprawie obławy
augustowskiej?

– Powinno się stawiać pytania stronie rosyjskiej. Próbować, na ile się da,
uzyskać odpowiedź. Pytać, jakie są jeszcze dokumenty, próbować otrzymać listy
tych ludzi, na których zachowały się ich "sprawy". W końcu – to jest główna
rzecz – starać się określić miejsce pochówku. Należy prosić o możliwość pracy w
rosyjskich archiwach przez przedstawicieli Polski, w tym waszej prokuratury i
IPN. Nie jest to jakoś z góry zakazane. Rozwijać współpracę, dążyć do
pogłębienia badań. Co do możliwości wznowienia śledztwa w Rosji, to jestem
przeciw, ponieważ skutek byłby odwrotny od zamierzonego. Prokuratura przejmie
kontrolę nad dokumentami i Polacy będą musieli czekać znowu dziesięć lat na
zakończenie postępowania. Idealnym wariantem byłoby – i w sensie politycznym, i
praktycznym – wspólne badanie. Tak żeby we wszystkich czynnościach uczestniczyli
śledczy i polscy, i rosyjscy. To dawałoby podstawy do uznania pełnej
wiarygodności wyników. Poza tym nie będzie tak, że jedni badają, a drudzy
czekają.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj