Rostowski na polu minowym

Minister finansów Jacek Rostowski staje przed najtrudniejszym egzaminem w
swojej politycznej karierze: jeśli nie zahamuje wzrostu cen, nie ma co marzyć o
pozostaniu w polityce. Premier Donald Tusk jest rozczarowany dotychczasowymi
efektami działalności ministra, bo oczekiwał sukcesów, a od wielu miesięcy ma
pasmo porażek. To zaś przekłada się na spadek poparcia dla PO w kolejnych
sondażach: Polacy przede wszystkim bardzo negatywnie oceniają stan gospodarki, a
zwłaszcza drożyznę.

Waży się polityczna przyszłość ministra finansów. Jacek Rostowski próbuje
wszelkimi sposobami dokonać korekt i zmian w polityce gospodarczej, które
spowodują osłabienie presji inflacyjnej, czyli ograniczą wzrost cen. Kluczowa w
tej materii okazuje się współpraca rządu z bankiem centralnym. Przedświąteczna,
wspólna konferencja prasowa ministra finansów Jacka Rostowskiego i prezesa
Narodowego Banku Polskiego Marka Belki była swego rodzaju ewenementem. Bo
chociaż współpraca rządu i NBP nie powinna dziwić, to jednak do tej pory obie
instytucje działały niejako autonomicznie, w prowadzeniu polityki gospodarczej
inne są przecież zadania rządu, a inne banku centralnego. Co więcej, dotychczas
NBP częściej wchodził w różne spory czy wręcz konflikty z rządami niż blisko z
nimi współpracował, broniąc przede wszystkim niezależności banku od władz. Ta
niezależność była zresztą broniona nie tylko przez szefów NBP, ale i większość
mediów, które w razie sporu na linii rząd – NBP z reguły brały stronę banku
centralnego. Większość ekonomistów przekonywała nawet, że bank ma bronić przede
wszystkim złotówki, aby była dobrą, zdrową walutą, a jeśli podejmowanie działań
w tym kierunku stoi w sprzeczności z aktualną polityką rządu, to trudno –
kondycja złotówki była najważniejsza. Dlatego tak bliska współpraca,
zadeklarowana przez ministra Rostowskiego i prezesa Belkę, jest zaskoczeniem.
Ale nie jest to też przypadek, bo rząd od dawna prowadził działania, aby do
takiej współpracy doszło.

Kto do kogo zapukał
Jak wynika z informacji, do których dotarł "Nasz Dziennik", Jacek Rostowski
zabiegał o pomoc NBP w rozwiązaniu kilku palących problemów, jakie stanęły przed
rządem. Jednym z najważniejszych jest rosnąca inflacja, która powoduje wzrost
cen wielu artykułów, a głównie żywności, co od razu odbija się na stanie
portfela przeciętnego Polaka. Do tego dochodzi jeszcze ogromny skok cen paliw. A
drożyzna w roku wyborczym to senny koszmar każdego premiera.
Donald Tusk, jak mówią nam politycy PO, oczekuje od ministra finansów podjęcia
takich działań, które spowodują osłabienie wzrostu cen, aby przynajmniej tym się
przed Polakami pochwalić. Pewne działania fiskalne rząd mógłby podjąć od razu,
jak choćby w kwestii obniżenia akcyzy na paliwa czy też wsparcia finansowego dla
najbiedniejszych rodzin, ale Rostowski uważa, że takie działania byłyby
szkodliwe dla budżetu i gospodarki.
– Jednym z najgorszych scenariuszy byłaby podwyżka stóp procentowych, gdyż to
mogłoby spowodować negatywne skutki dla gospodarki, dalsze ograniczenie np.
inwestycji w przedsiębiorstwach, co przełożyłoby się na osłabienie tempa wzrostu
gospodarczego, które i tak jest zbyt niskie jak na potrzeby polskiej gospodarki.
W dalszej kolejności mogłoby rosnąć bezrobocie, poszerzałby się więc obszar
biedy w kraju i dlatego trzeba było działać – tym tłumaczy zabiegi rządu o
wsparcie ze strony NBP jeden z wysokich urzędników resortu finansów, znający
kulisy tych negocjacji.

Za kulisami – Kwaśniewski
Z nieoficjalnych informacji można wywnioskować, że Tusk i Rostowski poruszali
niemal niebo i ziemię, aby tylko uzyskać wsparcie od prezesa NBP. Pozycja Marka
Belki i każdego szefa banku centralnego jest w Konstytucji bardzo mocno
osadzona, co związane jest praktycznie z jego nieusuwalnością ze stanowiska i
miejscem NBP w strukturze władzy – bank sprawuje pieczę nad emisją pieniądza i
kształtowaniem szeroko rozumianej polityki finansowej. Dlatego żaden rząd, jeśli
mu zależy na pomocy NBP, a tak jest w tym przypadku, nie może sobie pozwolić na
konflikt z szefem banku centralnego.
W negocjacje, które zaowocowały czwartkowym porozumieniem, miał się włączyć
także Tusk, a rozmawiano również z ważnymi politykami lewicy mającymi
"przełożenie" na prezesa Belkę. Wśród osób, które pośredniczyły w kontaktach z
Markiem Belką i w procesie "zmiękczania" prezesa NBP, znalazł się podobno były
prezydent Aleksander Kwaśniewski. Obaj panowie znają się dobrze od lat,
Kwaśniewski był, można powiedzieć, mentorem Belki, to przecież przy jego
poparciu został on w 2004 r. premierem "rządu fachowców", zastępując na tym
stanowisku Leszka Millera. – Także spora była rola Kwaśniewskiego w tym, że
Marek Belka został prezesem NBP po śmierci prezesa Sławomira Skrzypka w
katastrofie smoleńskiej. Jego nominację podpisywał przecież p.o. prezydent
Bronisław Komorowski, a działo się to za wiedzą i zgodą premiera Donalda Tuska –
mówi poseł PO znający kulisy tamtych wydarzeń.
Jeden z ekonomistów, który współpracował w niedawnej przeszłości z prof. Markiem
Belką, jest przekonany, że gdyby na jego miejscu był inny ekonomista, to
minister Rostowski mógłby zapomnieć o "przeciągnięciu" NBP na swoją stronę. –
Profesor Belka należy do "miękkich" prezesów banku centralnego. Nie jest tak
pryncypialny w bronieniu niezależności NBP, jak byliby na jego miejscu inni
ekonomiści. To wynika z jego charakteru, bo przecież i jako premier nie był
"twardym kanclerzem". I tę jego cechę charakteru na pewno wykorzystał rząd –
mówi ekonomista.

Wielka wyprzedaż
Ekonomiści są zasadniczo zadowoleni z dotychczasowych skutków współpracy rządu z
NBP. Po wspólnej konferencji ministra i prezesa umocniły się notowania złotówki,
a to przecież jest cel działań obu instytucji. Teoretycznie bank centralny
mógłby osiągnąć ten sam cel, podnosząc stopy procentowe, ale właśnie tego
czarnego scenariusza chciał uniknąć rząd. Dlatego minister finansów sprzeda w
tym roku kilkanaście miliardów euro z funduszy unijnych, aby ściągnąć z rynku
część złotówek, które powodują nadpłynność w bankach, a w przyszłym roku w tym
samym celu ma być sprzedane nawet 17-18 mld euro. Trzeba jednak zauważyć, że
każdy rząd sprzedawał euro, bo przecież beneficjenci funduszy unijnych otrzymują
pieniądze w złotówkach, a nie w unijnej walucie. Jednak ten proces był rozłożony
w czasie, w miarę postępu wydawania dotacji z Brukseli na drogi, kolej,
wodociągi, oczyszczalnie ścieków, inwestycje w szpitalach, na uczelniach, w
szkołach czy też na realizację programów wspierania walki z bezrobociem i na
rozwój firm. Teraz natomiast rząd niejako hurtowo ma wyprzedawać euro, gdyż
tylko taka operacja będzie zauważalna na rynku. W zamian premier i minister
finansów oczekują wsparcia NBP dla polityki gospodarczej rządu, którego jednym
ze strategicznych celów jest teraz okiełznanie inflacji innymi metodami niż
wyższe stopy procentowe, które mają być podnoszone w ostateczności, a
niewykluczone, że przynajmniej przed wyborami uda się uniknąć takiego
rozwiązania. – Skoro więc rząd pomoże NBP w zmniejszeniu nadpłynności w sektorze
bankowym, to premier ma prawo oczekiwać od prezesa NBP rewanżu – tłumaczy
urzędnik z resortu finansów. Gdyby nie rzucenie euro na rynek, to bank centralny
musiałby skupić od banków część pieniędzy i trzymać je na swoich rachunkach, co
nigdy nie jest mile widziane przez bankowców.
Trzeba przyznać, że rynek i ekonomiści pozytywnie przyjęli ogłoszenie wspólnego
programu rządu i NBP. To porozumienie chwali m.in. prof. Stanisław Gomułka, były
wiceminister finansów i zastępca Jacka Rostowskiego, a obecnie ekspert BCC.
Profesor podkreśla znaczenie tej współpracy dla rynków finansowych i inflacji,
ale przyznaje, że problem wzrostu cen ma znaczenie polityczne. Inni ekonomiści
także wskazują na te przesłanki inflacyjne, które kierowały działaniami rządu.
Bo skoro wartość naszej waluty poszła w górę, to znaczy, że przede wszystkim
powinny potanieć towary z importu, w tym nośniki energii, takie jak ropa
naftowa. To zaś z kolei może spowodować zmniejszenie kosztów w transporcie, gdyż
drogie paliwo to przecież jeden z najważniejszych czynników wywołujących wzrost
cen. Tańszy import oznacza też i to, że nasze firmy będą mniej płacić za surowce
czy półprodukty, a więc ich towary też mogą stać się tańsze. Co prawda
jednocześnie silniejsza złotówka uderza w eksporterów, ale rząd ma nadzieję, że
nie odbije się to zbyt negatywnie na całym handlu zagranicznym. Z drugiej strony
jest to jednak cena, którą premier i minister finansów są gotowi zapłacić, żeby
tylko na rynku wewnętrznym powstrzymać galopujący wzrost cen.

Gra o przyszłość
Od tego, czy rząd poradzi sobie w walce ze wzrostem cen, zależy w ogromnym
stopniu wynik wyborczy Platformy. Jeden z członków Rady Krajowej PO zdradza nam,
że badania przeprowadzane na zlecenie partii są jednoznaczne: coraz więcej
Polaków bardzo negatywnie ocenia swoje ekonomiczne perspektywy: ludzie boją się,
że będzie coraz drożej, że wzrosną opłaty za mieszkania, ceny żywności, że wiele
osób będzie musiało zrezygnować ze swoich planów, jak wczasy za granicą, kupno
nowego mieszkania, samochodu. A negatywne skutki kłopotów gospodarczych naszego
państwa zaczynają coraz mocniej uderzać właśnie w tradycyjny elektorat PO, czyli
ludzi dość zamożnych, niezależnych finansowo. – Niekoniecznie oni od razu pójdą
głosować na PiS czy SLD, ale mogą zwyczajnie zostać podczas wyborów w domu, aby
w ten sposób pokazać swoje niezadowolenie z działań rządu. To z kolei spowoduje,
że frekwencja w wyborach będzie niska, co od razu przełoży się na obniżenie
naszego wyniku wyborczego – mówi polityk Platformy. – Dlatego teraz rząd musi
pokazać, że jest skuteczny w walce z inflacją, aby zahamować ten niebezpieczny
trend w sondażach spadku poparcia dla PO – dodaje.
W rządzie głównym odpowiedzialnym za politykę gospodarczą jest minister
finansów. Co prawda stanowisko wicepremiera i szefa resortu gospodarki zajmuje
prezes PSL Waldemar Pawlak, ale to Rostowski ma decydujący głos. Zresztą Pawlak
nie pcha się do tego, żeby w tak ciężkich czasach brać na siebie
odpowiedzialność za politykę gospodarczą gabinetu, tym bardziej że wcześniej
premier Tusk przecież ograniczał jego wpływ na tę dziedzinę, bo ufał przede
wszystkimi ministrowi finansów. Ale teraz już nie jest do niego przekonany.
Czuje się zawiedziony tym, że Rostowski nie uchronił rządu przed kilkoma
poważnymi wpadkami, i rozczarowany, że sytuacja budżetu jest bardzo zła i nie ma
przez to pieniędzy na szereg inwestycji, które miały być kiełbasą wyborczą PO. –
Premier czuje, że musi wręcz naprawiać niektóre błędy ministra. Jak choćby w
sprawie otwartych funduszy emerytalnych: Tusk wcale nie chciał ruszać OFE, ale
gdy zauważył, że nie ma innego wyjścia, jeśli chce się uratować budżet przed
cięciami wydatków, przystał na to. Trudno było Tuskowi pogodzić się przede
wszystkim z tym, że wcześniej był zapewniany, iż sytuacja finansów państwa jest
pod kontrolą, dzięki czemu nie będzie trzeba podejmować niepopularnych
społecznie decyzji. A ta dotycząca OFE do nich należała, tym bardziej że znowu
negatywnie odebrała ją znaczna część naszego elektoratu, który zgromadził spore
oszczędności w funduszach emerytalnych – twierdzi poseł Platformy Obywatelskiej.
Dlatego egzamin z inflacji to teraz najważniejszy test dla Jacka Rostowskiego.
Jeśli sobie z nim nie poradzi, to nawet jeśli PO dalej będzie po wyborach
tworzyć rząd, dla obecnego ministra finansów zabraknie w nim miejsca. Potężne
przetasowania nastąpią zwłaszcza w sytuacji, gdyby powstał rząd PO – PSL – SLD.
– Donald Tusk będzie musiał wskazać winnych porażki wyborczej, a przecież nie
wskaże na samego siebie. Jeśli z powodu sytuacji gospodarczej stracimy sporo
głosów, co niestety jest bardzo prawdopodobne, to odpowiedzialny za to zostanie
minister finansów – twierdzi senator PO. – Co więcej, nasz aparat partyjny takie
tłumaczenia przyjmie, bo nie jest wielką tajemnicą to, że Rostowski nie jest
specjalnie lubiany w partii. To wynika w dużej mierze z tego, że nie jest wciąż
uważany za "swojego", ale za człowieka Jana Krzysztofa Bieleckiego. Szefa
resortu finansów osłabia przede wszystkim to, że utracił nimb gospodarczego
eksperta, który poprowadzi rząd bezpiecznie przez pole minowe w postaci kryzysu
ekonomicznego – dodaje. Pozycja Rostowskiego słabnie i minister ma już niewiele
czasu na jej wzmocnienie czy też odzyskanie dawnej siły.

 

Krzysztof Losz

drukuj