Rosjanie dezorientowali rodziny

Według raportu Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) przednia część
kadłuba, z kabiną załogi, została zniszczona. Tymczasem, jeszcze w kwietniu,
podczas pobytu w Moskwie śledczy prezentowali rodzinom dwie różne wersje co do
usytuowania kokpitu. Według pierwszej, wisiał na drzewie. A według innej, wrył
się w ziemię na głębokość kilku metrów – ustalił "Nasz Dziennik". Rosjanie
przeczą sami sobie – komentują pełnomocnicy rodzin. Ich zdaniem, kwestię
usytuowania tej części samolotu oraz stopień zniszczenia, jakiemu uległ kokpit,
wyjaśnią dopiero protokoły z oględzin miejsca zdarzenia. Jak dotąd polska
prokuratura dysponuje tylko częścią z nich.

Z informacji, do których dotarł "Nasz Dziennik", wynika, że podczas pobytu
rodzin załogi w Moskwie w trakcie procedury identyfikacyjnej prezentowano im
dwie odmienne i sprzeczne wersje co do usytuowania kokpitu samolotu Tu-154.
Informacje takie przedstawiono m.in. pani Agnieszce Grzywnie, żonie ppłk.
Roberta Grzywny, drugiego pilota w Tu-154. Według pierwszej wersji kokpit
rządowej maszyny wisiał na drzewie, innym razem – był wbity w ziemię na
głębokość kilku metrów. Dezinformacja ta wprowadziła wśród członków rodzin
załogi dużą dezorientację. Rodziny oceniają, że prawdopodobna wydaje się ta
druga wersja, wnoszą to ze stanu ubrań, jakie zostały im wydane w Mińsku
(notabene z mundurów należących do ich bliskich poznikała część odznaczeń).
Zastrzegają też, że nie wyrażały zgody na upublicznienie zapisów dźwiękowych z
czarnej skrzynki, a publikacja stenogramu rosyjskiego sprawiła im ogromny ból.

Świadkowie o kabinie

Pułkownik Antoni Milkiewicz, pilot i główny inżynier wojsk lotniczych oraz
specjalista z zakresu badań wypadków lotniczych, który w pierwszych dniach po
katastrofie pracował w Smoleńsku, przyznaje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem",
że kokpit maszyny nie był ani wbity w ziemię, ani nie wisiał na żadnym drzewie,
co sugerowali rodzinom pilotów Rosjanie. – Kokpit, czyli kabina samolotu, którą
zajmują piloci, leżał zmiażdżony na powierzchni ziemi. Nie był w ogóle wbity w
ziemię – opisuje płk Milkiewicz. – Jako jedna z części, na które rozpadł się
samolot, kabina była w dużym stopniu zdeformowana – dodaje. Relacjonuje, że ta
część samolotu została zabrana wraz z pozostałymi fragmentami na drugi dzień po
katastrofie. Według jego relacji, kokpit nie był odwrócony, leżał w pobliżu
centropłatu samolotu, czyli miejsca mocowania skrzydeł do kadłuba. Milkiewicz
nie był w stanie powiedzieć, co właściwie stało się z kokpitem. Jego zdaniem,
został on prawdopodobnie umieszczony wraz z pozostałymi szczątkami wraku. – Nie
byłem świadkiem przenoszenia części, więc nie wiem dokładnie, co się z nimi
stało – twierdzi.
Jak czytamy w raporcie MAK, "Przednia część kadłuba z kabiną załogi jest
całkowicie zniszczona. Fragment nosowej części kadłuba z przednią golenią
podwozia znajduje się w odległości 397 m od progu pasa startowego. Fragment
nosowej części kadłuba z przednią golenią podwozia znajduje się w odległości 397
m od progu pasa startowego" (str. 90 raportu). W raporcie podano, że zderzenie
samolotu z ziemią nastąpiło przy kącie przechylenia 200-201 stopni. Według
polskich ekspertów z polskiej komisji badającej okoliczności katastrofy, kąt był
mniejszy i wynosił 160 stopni. Polscy eksperci stwierdzili też, że pierwszymi
elementami konstrukcji samolotu, które zderzyły się z ziemią, była m.in. właśnie
kabina załogi.
Ale to nie jedyna sprzeczność między rosyjskim materiałem a stanem faktycznym,
opisywanym przez polskich inżynierów, którzy pracowali w Smoleńsku.
"W wyniku przeprowadzonej analizy medyczno-traseologicznej można twierdzić, że
dowódca statku powietrznego, w chwili zderzenia samolotu z powierzchnią ziemi,
znajdował się w lewym fotelu pilota w odwróconym (głową w dół) położeniu,
przypięty pasami, utrzymując aktywną pozycję roboczą. W lewej ręce trzymał ‚róg’
wolantu, prawa pozostawała swobodną i najprawdopodobniej znajdowała się na
dźwigniach sterowania silnikami. Zwraca uwagę całkowicie wyciągnięta w przód
prawa dolna kończyna (ze stopą włącznie) próbująca nacisnąć na prawy pedał,
prawdopodobnie w celu skontrowania szybko narastającego przechylenia samolotu w
lewo" – czytamy na s. 100 raportu MAK.
Tymczasem, jak relacjonuje płk Milkiewicz, kokpit tupolewa był wprawdzie
zmiażdżony, ale nie odwrócony. Rosjanie opisali jednak odwróconą pozycję ciał
pilotów.
Jak wynika z polskich uwag do raportu MAK, strona polska nie otrzymała pisemnej
odpowiedzi na pytania, jak zostały zrealizowane badania techniczne szczątków
samolotu, jakie sprawozdania z tego ma komisja rosyjska oraz jakie są dalsze
plany MAK co do badania wraku. Warto też zauważyć, że dokumentacja fotograficzna
z miejsca zdarzenia również znajduje się w dyspozycji komisji rosyjskiej. Strona
polska nie otrzymała ani szkicu miejsca zdarzenia, ani też materiału filmowego
dokumentującego wszystkie czynności tam podejmowane. Zdaniem pełnomocników
rodzin, w kwestii ustalenia stanu i położenia kokpitu pomocny byłby protokół
oględzin miejsca katastrofy. Dokument ten wskazuje szczegółowo przestrzenne
położenie i stan każdej części wraku, co jest bardzo przydatne w ustalaniu
przyczyn katastrofy. Jak poinformowała nas Naczelna Prokuratura Wojskowa, część
tej dokumentacji jest już w rękach polskich śledczych. Czy na podstawie tego,
czym dysponuje prokuratura, można określić położenie i stan kokpitu? Z pytaniem
tym zwróciliśmy się do NPW. Czekamy na odpowiedź.

Co się stało z kokpitem

Zdaniem pełnomocników rodzin, kokpit został prawie kompletnie zmiażdżony,
wskazują na to ogólnodostępne zdjęcia z miejsca katastrofy. Jak zaznaczają
prawnicy, z sekwencji śladów z miejsca katastrofy i resztek samolotu można
wywnioskować, że maszyna w trakcie lotu, przechodząc w lot odwrócony, zahaczyła
o ziemię końcówką urwanego wcześniej skrzydła i przewróciła się na plecy i
częścią grzbietową oraz kokpitem uderzyła o ziemię. – Przyjmując wielkie
przeciążenie, jakie działało wtedy na maszynę, i to, że na znajdujących się w
nim ludzi zwaliła się część centropłatu, plus ciężar bagażu i paliwa, właściwie
niemożliwe byłoby, by kokpit się zachował – mówią prawnicy. Ich zdaniem, z
kokpitu mógł zostać tylko zarys kabiny. Prawnicy nie są w stanie powiedzieć, czy
wśród złożonych części wraku znalazły się wszystkie części kokpitu. Jak
sugerują, część z tych elementów mogła pozostać na miejscu katastrofy, wbita w
ziemię. Nie są też w stanie wytłumaczyć, dlaczego mundur ppłk. Roberta Grzywny
ocalał. – Być może wpłynęło na to jakieś specyficzne złożenie się blach
samolotu, nie umiem tego inaczej wytłumaczyć. Tak samo jak tego, że chociaż
silniki się rozpadły, ocalały ich turbiny. Być może to tylko kwestia przypadku –
twierdzą. Zdaniem mec. Bartosza Kownackiego, pełnomocnika części rodzin ofiar
katastrofy, dezinformacja ze strony Rosjan była celowa. – Taka dezinformacja
wpływa deprymująco na rodziny. Moim zdaniem, to próba ich zastraszenia,
wzbudzenia w nich poczucia winy za to, co się stało, to element budowania
odpowiedzialności pilotów. Wykluczam, że Rosjanie robili to, ponieważ sami nie
wiedzieli, co się właściwie z kokpitem stało. Wiemy już, że był on przedmiotem
szczegółowego zainteresowania Rosjan – ocenia Kownacki. Prawnicy negują też
zasadność zamieszczenia w raporcie MAK oceny stanu psychoemocjonalnego dowódcy
statku powietrznego mjr. Arkadiusza Protasiuka. – Takich badań nie należy
upubliczniać, ujawniając nazwisko. To samo dotyczy kwestii upubliczniania
szczegółów dotyczących stanu ciała gen. Andrzeja Błasika – oceniają.
Pełnomocnicy liczą, iż pewne informacje dotyczące korespondencji załogi z wieżą
w ostatnich chwilach lotu, czy też ponownego przesłuchania kontrolerów lotu, czy
stanu wraku i wyników oględzin miejsca zdarzenia, zdobędą polscy prokuratorzy,
którzy udali się do Moskwy. – Jeżeli wyjazd zakończy się tylko samym wyjazdem,
to będzie to kompletna porażka – oceniają prawnicy. Jak wynika z komunikatu
Naczelnej Prokuratury Wojskowej z 26 stycznia br., w kolejnym, tj. siódmym już
wniosku o pomoc prawną "strona polska zwróciła się o przesłuchanie w charakterze
świadków – kontrolerów lotu z lotniska "Siewiernyj", z udziałem polskich
prokuratorów wojskowych, którzy będą mieli możliwość zadawania przesłuchiwanym
szczegółowych pytań".
 

Anna Ambroziak

drukuj