Rodziny w sidłach państwa

Z Hedwig von Beverfoerde, rzecznikiem prasowym niemieckiej organizacji
broniącej praw rodziny Familienschutz, matką trojga dzieci, rozmawia Bogusław
Rąpała

W Polsce środowiska lewicowe dążą do tego, aby rodzice nie mieli prawa
decydowania o tym, czy ich dzieci będą uczęszczały na lekcje wychowania do życia
w rodzinie, czy też nie. Udział w tych lekcjach miałby być obowiązkowy. A jak
jest w Niemczech?

– W Niemczech każdy z krajów związkowych prowadzi odrębną politykę oświatową.
Ale w większości landów edukacja seksualna jest przedmiotem obowiązkowym i taka
też jest tendencja. Oczywiście są różnice, jeśli chodzi o wiek, w którym dzieci
rozpoczynają naukę tego przedmiotu, i przekazywane treści. Jest dużo
rozbieżności w zależności od landu i szkoły.

Rodzice, którzy uznają, że nauczane treści nie odpowiadają chrześcijańskiemu
systemowi wartości, zgodnie z którym chcą wychować swoje dzieci, i nie zgodzą
się na przymusową edukację, są karani. To brzmi niewiarygodnie, ale w Niemczech
zdarzają się takie przypadki.

– W Salzkotten niedaleko Paderbornu znajduje się szkoła podstawowa, do której
uczęszcza duża liczba dzieci z rodzin baptystycznych. Rodziny te, bardzo
przywiązane do swoich chrześcijańskich wartości, nie życzyły sobie, aby dzieci
brały udział w lekcjach edukacji seksualnej. Chodziło konkretnie o sztukę
teatralną w ramach tego przedmiotu. Rodzice, wiedząc, kiedy będzie ona
wystawiana w ich szkole, zostawili swoje dzieci w domu lub po prostu odebrali je
wcześniej z zajęć. Szkoła jednak uparła się, że dzieci muszą wziąć udział w tym
wydarzeniu i wytoczyła rodzicom proces, zakończony sądowym nakazem
podporządkowania się woli szkoły. Proces dotyczył nie tylko samego
przedstawienia, ale uczestnictwa w zajęciach edukacji seksualnej w ogóle.
Najpierw rodzice zostali ukarani sądownie karą grzywny. Odmówili jednak jej
uiszczenia, twierdząc, że są chrześcijanami i mają naturalne prawo decydować o
tym, jak będzie wyglądało wychowanie do życia w rodzinie ich córek i synów, i
kiedy przekazywane na zajęciach treści nie są zgodne z ich chrześcijańskim
światopoglądem, mają prawo odmówić posłania na nie swoich dzieci.

Trudno o bardziej logiczne wytłumaczenie. Czy sąd uznał tę argumentację?
– Nie uznał i skazał rodziców na prawie miesiąc aresztu. Tym sposobem wiele
matek i ojców rzeczywiście trafiło do więzienia. To nie jedyny taki przypadek w
ciągu ostatniego roku i nie dotyczy tylko baptystów. To niewiarygodny skandal! I
tu nie chodzi o to, że każdy chrześcijanin musi mieć to samo zdanie na temat
edukacji seksualnej. Ale nie może być tak, że jeśli ja nie chcę, aby moje
dziecko uczestniczyło w wydarzeniu, w którym biorą udział nawet nie nauczyciele,
ale osoby trzecie, i to, co one przekazują, nie odpowiada mi jako rodzicowi, to
nie mam prawa powiedzieć: nie! To naturalne prawo rodziców móc o tym decydować i
ewentualnie trzymać swoje dzieci z daleka od takiej edukacji seksualnej, która
jest nie do pogodzenia z ich wiarą i sumieniem.

Częstym argumentem używanym przez zwolenników przymusowej edukacji seksualnej
jest jej rzekoma neutralność światopoglądowa. Czy jest to w ogóle możliwe?

– To bzdura. Nie ma czegoś takiego, jak neutralna edukacja seksualna. Relatywnie
neutralne mogą być lekcje biologii, na których przekazuje się informacje
dotyczące biologicznego aspektu funkcjonowania ludzkiej płciowości. Natomiast
sama nazwa przedmiotu "Sexualerziehung" (niem. "Erziehung" – wychowanie)
wskazuje na jego charakter. Zaś wychowanie nigdy nie może być neutralne, zawsze
zawiera jakiś kierunek i przekazywanie konkretnych wartości. Mówienie, że
państwo zapewni neutralną edukację seksualną, jest po prostu mydleniem oczu.
Ludzka płciowość to zbyt delikatny i drażliwy temat. To potężna siła natury, nad
którą trzeba panować i którą trzeba skierować na właściwe tory. Jako
chrześcijanie mamy Dekalog i kryteria, które coraz bardziej rozmijają się z
kryteriami współczesnego świata. A w wychowaniu ważne są nawet najmniejsze
niuanse.

Jakie treści budzą największy sprzeciw u świadomych swojej roli
chrześcijańskich rodziców?

– W tym konkretnym przypadku w Salzkotten działania rodziców skierowane były
przeciwko tzw. treściom emancypacyjnym. Znaczy to mniej więcej tyle, że dziecko
miałoby samo decydować w kwestiach swojego życia seksualnego, a więc co i z kim
będzie robiło. Ten rodzaj edukacji seksualnej nie zawiera żadnych obiektywnych
nakazów i zakazów. Przekazuje natomiast całkowicie libertyńską zasadę: rób tylko
to, na co masz ochotę. A tego nie da się pogodzić z Bożymi przykazaniami, które
są podstawą wiary chrześcijańskiej. W Niemczech, począwszy od przedszkola, na
lekcjach edukacji seksualnej wpaja się dzieciom, że m.in. homoseksualizm stoi na
równi z normalnymi zachowaniami w sferze ludzkiej seksualności. Dzieci
7-9-letnie "ćwiczą" użycie prezerwatyw z wykorzystaniem bananów lub drewnianych
penisów.

Inicjatywa Familienschutz, którą Pani reprezentuje, przyjęła za cel walkę z
takim, jak opisane powyżej, traktowaniem dzieci i ich rodziców?

– Zajmujemy się prawami rodziców w szerokim tego słowa znaczeniu. Przed rokiem
zorganizowaliśmy całą kampanię w obronie rodzin z Salzkotten. Szczególnie mocno
walczyliśmy o to, żeby rodzice w całej Nadrenii-Północnej Westfalii,
przynajmniej na poziomie szkoły podstawowej, zachowali prawo do decydowania o
tym, czy chcą posyłać swoje dzieci na zajęcia z edukacji seksualnej, czy nie. To
jeden z szerokiej agendy tematów, które poruszamy w naszej działalności.
Intensywnie zajmujemy się również np. problemem żłobków. W tej chwili w
Niemczech panuje tendencja, żeby najwcześniej jak to możliwe posyłać dzieci do
państwowych żłobków, aby matki mogły jak najszybciej wrócić do pracy. Zajmujemy
się też kwestią szkół całodziennych. Monitorujemy również kwestię obowiązku
przedszkolnego, który jeszcze w Niemczech nie istnieje i właściwie jest
niedopuszczalny z punktu widzenia ustawy zasadniczej, ale istnieją zakusy, żeby
dzieci podlegały obowiązkowi nie tylko edukacji szkolnej, ale i przedszkolnej.
Ważnym problemem jest również pogarszająca się sytuacja materialna rodzin, które
są mocno zaniedbywane przez państwo i obciążone podatkami, np. podatkiem VAT. Te
tematy zmieniają się w poszczególnych okresach i wciąż dochodzi coś nowego, do
czego tworzy się nowe przepisy.

Na ile skuteczna jest działalność prorodzinnych organizacji w Niemczech?
– Naszym głównym zadaniem jest tworzenie oddolnej inicjatywy, a więc
powiększanie liczby rodzin, które się połączą i będą działać. Chcemy stworzyć
pewną bazę, której głos będzie lepiej słyszalny. Nasza praca polega na
działalności zarówno na zewnątrz, jak i do wewnątrz. Najpierw bowiem chcemy
uwrażliwiać rodziny i pokazywać im obszary, w których powinny działać razem, aby
całkowicie nie utraciły swoich praw i nie zostały ubezwłasnowolnione. Co się zaś
tyczy pracy na zewnątrz, to prowadzimy przede wszystkim kampanie internetowe.
Docieramy do posłów na poziomie Landtagu, jak i Bundestagu po to, aby wskazywać
im, że lekceważenie interesów rodziny jest niebezpieczną pułapką. Uwrażliwiamy
ich na to i domagamy się od nich nie tyle tworzenia prawa, które nie jest
przeciwko rodzinie, ale wprost przeciwnie – jest dla niej korzystne i ją
wspiera. Staramy się pozyskiwać parlamentarzystów, którzy będą reprezentować
interesy rodzin. To główny kierunek naszego uderzenia. Jest wiele rodzin, które
skarżą się na swój los, ale muszą zrozumieć, że tylko jako wspólnoty będą mogły
skutecznie walczyć o swoje prawa.

Jaka jest sytuacja tradycyjnej rodziny w Niemczech, szczególnie takiej, w
której wychowuje się więcej niż jedno dziecko?

– Najpierw chciałabym podkreślić, że na szczęście takie rodziny jeszcze są i
jest ich więcej, niż się wydaje. Niestety, spycha się je na margines życia
publicznego. Nieustannie mówi się tylko o "nietradycyjnych" modelach rodziny,
np. o samotnych matkach, rodzinach typu patchwork, czyli takich, w skład których
wchodzą dzieci z poprzednich związków mężczyzny i kobiety, a ostatnio
szczególnie chętnie o tzw. tęczowych rodzinach, czyli homoseksualistach z
dziećmi. Normalne rodziny traktowane są po macoszemu. Dotyczy to zarówno sposobu
postrzegania ich na zewnątrz, jak i kwestii finansowych, o czym już wcześniej
wspomniałam. Mieć większą liczbę dzieci wydaje się dziś w normalnych
okolicznościach czymś niezwykle trudnym od strony finansowej. Dziś prawo
konstruowane jest w ten sposób, że matki zmuszone są do zarabiania pieniędzy,
podczas gdy wcześniej nie obserwowaliśmy w Niemczech takich tendencji. Obecnie
czyni się wszystko, aby zniszczyć tradycyjny model rodziny. To dotyczy przede
wszystkim polityki. Jednym z głoszonych haseł jest np. gender mainstreaming.
Chodzi tutaj nie tylko o równe prawa dla kobiet i mężczyzn, bo to jest już od
dawna faktem, ale o całkowite zrównanie we wszystkich dziedzinach życia. Na
wszelkie sposoby przeszkadza się więc matkom chcącym (szczególnie w pierwszych
trzech latach życia dziecka, kiedy jest to szczególnie ważne) pozostać w domu i
wychowywać swoje dzieci. Z jednej strony są one ośmieszane, a z drugiej –
napotykają ciągle nowe trudności finansowe i prawne. W takiej sytuacji model
rodziny, kiedy jedna osoba pracuje, a druga wychowuje dzieci, jest dziś w
Niemczech coraz rzadziej spotykany, ponieważ obciążenia związane z podatkami i
wydatkami grożą popadnięciem w ubóstwo. I to pomimo zasiłku rodzinnego, który
nie jest u nas za wysoki i nie daje zbyt dużo możliwości.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj