Rewolucja edukacyjna uderza w uczniów
Największą wadą polityki edukacyjnej zawsze jest jej nadmiar. Za rządów
Platformy Obywatelskiej reformowanie oświaty nabrało tempa niemal rewolucyjnego.Zapowiedziane w 2007 r. w exposé Donalda Tuska upaństwowienie pięcio- i
sześciolatków stało się istną idée fixe minister edukacji Katarzyny Hall. Od
pierwszych dni urzędowania szefowa MEN zaczęła także pracować nad dalszym
demontażem szkolnych podstaw programowych i okaleczeniem kanonu lektur.
Skrzętnie zabrano się do osłabiania odziedziczonych po poprzednikach rozwiązań
zaprowadzających elementarny ład w przestrzeni szkolnej: mundurki, walka z
przemocą, przywracanie autorytetu nauczycielom. Już wówczas zapowiedziano
działania na rzecz lobby podręcznikowego, które ucierpiało w czasach
"faszyzacji" MEN. Wstydliwym wspomnieniem stało się wychowanie patriotyczne.
Równanie w dół
Błyskawicznie wykluła się zatem nowa reforma. A ten lewicowy wynalazek ma zawsze
za nieodłącznego towarzysza biurokrację. Z nadziejami na antybiurokratyczną
decentralizację zapowiedzianą w exposé można się było pożegnać. Po trzech
miesiącach urzędowania pani minister zapracowała sobie na szeroką,
przekraczającą ideowe podziały, krytykę za równanie w dół we wszystkich sferach
edukacji. Po kolejnych trzech miesiącach, kiedy obcięto kanon lektur szkolnych,
można już było zasadnie bronić tezy, że polska edukacja traci suwerenność. Cóż z
tego, że minister miała przeciw sobie elitę kulturalną kraju, skoro zmiany
przepisów legitymizowały zalecenia instytucji europejskich. Na progu nowego roku
szkolnego 2008/2009 bilans polityki edukacyjnej Platformy był imponujący:
rodzice zakładali protestacyjne strony internetowe, nauczyciele szykowali się na
manifestacje, a sama PO była rzekomo niezadowolona z własnego ministra.
A jednak do dziś minister Hall trwa niezmordowanie na stanowisku. Jak to się
stało? Zbuntowani rodzice zostali zdyscyplinowani ustawą "antyklapsową".
Nauczyciele dostali podwyżki. A Platforma… zadbała o lepszą obsługę PR-owską
MEN, co ostatecznie obróciło się jednak przeciwko minister Hall, gdy wszyscy
mogli zobaczyli w tabloidzie, że król (polskiej edukacji) jest nagi.
Rodzice na cenzurowanym
Przeciwnikiem numer jeden obecnego kursu MEN są rodzice. Minister Hall ma
przeciw sobie zorganizowaną grupę niemal 350 tys. osób, a także przeważającą
większość pozostałych rodziców. Taką właśnie liczbę podpisów pod obywatelskim
projektem ustawy o zmianie ustawy o systemie oświaty i ustawy o zmianie ustawy o
systemie oświaty oraz niektórych innych ustaw złożył w Sejmie Komitet Inicjatywy
Ustawodawczej. Domaga się on cofnięcia rządowych decyzji rozszerzających przymus
szkolny na sześciolatki, przywrócenia nadzoru kuratorów nad organami
prowadzącymi szkoły, odstąpienia od łatwej ścieżki likwidacji i przekazywania
szkół osobom prywatnym i organizacjom, objęcia edukacji przedszkolnej subwencją
oświatową. Pierwsze czytanie projektu ustawy odbyło się wczoraj.
To właśnie w tej czterolatce, w czasach dramatycznego upadku karności,
wypowiedziano wojnę rodzicielskiemu klapsowi. Naszą wrażliwość na dziecięcą
krzywdę (której główną przyczyną są rozwody, konkubinaty i w ogóle egoizm
dorosłych) wykorzystuje się do pobudzania podejrzliwości wobec rodziców i
rodziny.
Z drugiej strony, w czasach, gdy Pentagon nie potrafi upilnować najściślejszych
tajemnic imperium, Ministerstwo Edukacji Narodowej będzie gromadzić komplet
danych, w tym tzw. wrażliwych, o wszystkich polskich uczniach. Mimo licznych
protestów prezydent podpisał w czerwcu 2011 r. ustawę o Systemie Informacji
Oświatowej. Młode pokolenie już po wsze czasy pozostanie oko w oko z Wielkim
Bratem?
Niepotrzebna historia
W centralnej inicjatywie ministerstwa na nowy rok szkolny pod hasłem "Otwarta
szkoła" znajdziemy wiele odniesień społecznych, wyeksponowano "edukację globalną
i międzykulturową". Skrzętnie ominięto tylko dwa pojęcia: "naród" i
"patriotyzm". To stała tendencja w pracach resortu pani Hall.
Najdramatyczniejszym ich wątkiem jest chyba destrukcja węzłowego elementu w
edukacji Polaków – programu nauczania liceów ogólnokształcących. Kanon lektur –
fundamentalny nośnik tożsamości narodowej – poobcinano na zasadzie "równania w
dół", do poziomu czytelników bryków. Licealne lekcje historii (nauczycielki
życia społecznego) zredukowano do roli "michałka": wprowadzona 23 grudnia 2008
roku nowa podstawa programowa – decyzję podjęto bez faktycznej konsultacji,
zwłaszcza ze środowiskami akademickimi, bez szerszej debaty publicznej-
zasadniczo zmieniła kształt nauki tego przedmiotu w liceach. Wykład historii
ograniczono do pierwszej klasy. Uczniowie, którzy nie wybierają w kolejnych
dwóch klasach profilu historycznego, poznają dzieje powszechne i Polski w ramach
przedmiotu uzupełniającego: historia i społeczeństwo, ale w nim mają tylko do
wyboru bloki tematyczne – w żadnym wypadku nie zastąpią one systematycznego
wykładu historii. Negatywne skutki tej "reformy", uderzające w edukację
patriotyczną i obywatelską młodzieży, ujawnią się w krótkim czasie.
Walec "zmiany podstawy programowej" przejechał zresztą przez cały system i dał
zarobić lobby podręcznikowemu.
Nauczyciel do kąta
Obok podejrzanych rodziców i będącego "nie na czasie" dziedzictwa narodowego
wśród niepewnych w oczach minister Hall elementów są sami nauczyciele. Co prawda
w tegorocznym programie MEN "Edukacja z Pasją" czytamy, że "dyrektor jest
liderem postępu w szkole" (sic!), ale na opornych nauczycieli znalazł się
pewniejszy sposób. Jest nim nowa, większa rola poradnictwa
psychologiczno-pedagogicznego. Od tego roku szkolnego poradnia obok orzeczeń np.
dla dzieci niewidomych może wydawać liczniejsze opinie. Dotychczas dotyczyły one
kilku zagadnień i nie były wiążące dla nauczycieli. Od 1 września poradnia może
wydawać opinie w sprawach określonych w różnych przepisach oświatowych i innych
kwestiach związanych z kształceniem i wychowaniem dzieci. Czyli w każdej
sprawie. A dyrektorzy szkół będą musieli je respektować. Czy wygra zdrowy
rozsądek uczciwych specjalistów z poradni, czy rewolucyjna pasja doktrynerów z
Centrum Metodycznego Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej? Czy to koniec
autonomii szkoły odzyskanej dwadzieścia lat temu?
Autorytetu nauczyciela nie buduje oczywiście także upadający poziom nauczania.
To również efekt poczynań centralnych władz edukacyjnych, kierujących się
niemiarodajnymi badaniami PISA. Jak zauważa specjalista w tej dziedzinie M.
Sagan: "Wymagania egzaminu gimnazjalnego i maturalnego są systematycznie
obniżane. (…) Kandydaci na studia wyższe nie są należycie przygotowani. (…)
Ostatecznie chodzi tylko o dyplom. W tym względzie pragnienia młodych ludzi i
zamierzenia władz oświatowych są tożsame". Młodzi w mig chwytają zamysł polityki
edukacyjnej. Jakie będą jej owoce?
Reforma do reformy?
Zapowiedź premiera Tuska, że edukacja i nauka muszą być oddane na służbę
gospodarki, jest skrzętnie realizowana. Ale przecież człowiek jest stworzony do
wieczności i do rozwijania w sobie pełni człowieczeństwa, dlatego moralny wymiar
życia powinien górować nad narzędziami. W polskiej polityce edukacyjnej (a
niestety także w pedagogice) widzimy ewidentne przeciwieństwo papieskiej
cywilizacji miłości: technika góruje nad etyką. Będące jedynie narzędziami:
języki obce, informatyzacja, chwilowa ekonomiczna użyteczność absolwentów to
dobra, przed którymi muszą ustąpić: wysoki poziom kształcenia humanistycznego,
karność i ćwiczenie cnót, a nawet więzi rodzinne, o patriotyzmie i czci Boga nie
wspominając.
Pytając o skutki reform oświaty w III RP, nie jesteśmy skazani na domysły.
Podróż w przyszłość odbyliśmy, śledząc serwisy informacyjne od 6 do 10 sierpnia
relacjonujące rozruchy i grabieże w wykonaniu nowocześnie wyedukowanej
brytyjskiej młodzieży. To właśnie stan akulturalny, acywilizacyjny będzie owocem
szerzenia nieuctwa, cwaniactwa i rozrywania więzi rodzinnych przez nadgorliwe
państwo. Należy tylko pamiętać, że spadająca do roli neokolonii Polska może
gorzej radzić sobie ze "społecznymi niepokojami" niż była wyspiarska potęga
kolonialna.
Ten dramatyczny obraz oświaty jest wielkim wyzwaniem dla politycznej opozycji.
"Należy skończyć z przeciągającą się reformą edukacji" – czytamy w programie
PiS. Tak, to pierwszorzędny postulat w zakresie polityki edukacyjnej. Ale to
sympatyczne sformułowanie traci swą atrakcyjność po lekturze całego dokumentu.
Obok niezwykle trafnych tez zawiera on bowiem szereg postulatów opartych na
wierze w zbawienną moc ingerencji państwowej w materię oświatową i stanowiących
materiał na kolejną potężną… reformę. Panowie politycy ze wszystkich opcji:
szkoła nie jest do reformowania. Szkoła jest po to, aby uczyć i wychowywać. I
poradzi sobie z tym bez was. Zatroszczcie się tylko o organizację materialnych
warunków dla niej i ochronę narodowego dziedzictwa.
Radosław Brzózka
teolog, filozof
Autor jest redaktorem naczelnym lubelskich "Zeszytów Społecznych KIK" oraz
wortalu Realitas.pl. Współpracuje z Instytutem Edukacji Narodowej.
