Rejestr widmo Jezierskiego
Specpułk nie mógł w ogóle latać na Siewiernyj, bo lotnisko nie było ujęte
"w dostępnym rejestrze". Problem w tym, że takiego rejestru w ogóle nie było.
– Wojsko ma tzw. wykaz nr 88 (W-88), ale on dotyczy tylko lotnisk w Polsce.
Podobny spis dla lotnisk na całym świecie sporządzony według przepisów cywilnych
miał powstać, ale wiązałoby się to z wprowadzeniem procedur cywilnych, a nasze
dowództwo na to się nie zgodziło – mówi były oficer specpułku. W praktyce
jednostka wykonywała loty na wszystkie lotniska cywilne spełniające odpowiednie
wymogi techniczne, których listę publikuje ICAO. Poza tym nasze samoloty latają
na odpowiednio przygotowane lotniska wojskowe państw NATO. Są one ujęte w
odpowiednich rejestrach. A zamiast cywilnego zbioru przepisów i procedur AIP
funkcjonuje wojskowy FLIP. Według niego planowano loty na przykład do bazy
Andrews pod Waszyngtonem, gdzie stacjonują samoloty prezydenta Stanów
Zjednoczonych i przylatują też przywódcy obcych państw. FLIP zawiera również
dane o lotniskach w państwach, w których Sojusz prowadzi działania wojskowe, a
więc Iraku i Afganistanie.
NIK powołuje się na przepisy Regulaminu lotów, którego par. 9 pkt 16 stanowi,
że "lotnisko wykreślone z rejestru lotnisk jest lotniskiem zamkniętym", zaś
według par. 1 pkt 5 instrukcji HEAD "operacje startów i lądowań statków
powietrznych o statusie HEAD można wykonywać na samolotach z lotnisk czynnych".
Jednak te przepisy mówią cały czas o rejestrze krajowym.
Gdyby stworzono rejestr, o którym mówi NIK, zawierałby wszystkie lotniska
odpowiedniej kategorii z wykazów ICAO i FLIP. Spis ICAO zawiera także wiele
lotnisk wojskowych (na przykład wszystkie polskie), a więc po uzupełnieniu o
lotniska wojskowe Sojuszu byłby zupełnie wystarczający na potrzeby lotów
polskich VIP-ów.
A co ze Smoleńskiem? Tamtejsze lotnisko wojskowe Siewiernyj zostało zamknięte
prawdopodobnie jesienią 2009 roku (udostępnione przez MAK wojskowe NOTAM-y noszą
różne daty, wyłączenie z eksploatacji nastąpiło 15 października) w związku z
rozformowaniem stacjonującego tam 103. pułku lotnictwa transportowego. Wcześniej
lotnisko było nie tylko lepiej utrzymane, ale posiadało cywilną certyfikację i
kod ICAO "XUBS". A więc jeszcze w 2008 r. Smoleńsk Siewiernyj znajdowałby się w
rejestrze wspominanym przez NIK, gdyby ten jednak powstał. Co więcej, jeśli
poważnie potraktować zapisy w rosyjskiej dokumentacji, to lotnisko nadaje się do
wykonywania polskich lotów typu HEAD.
Za zgodą dyplomatyczną
Wszystko wskazuje na to, że strona polska przed kwietniem 2010 roku nie
zdawała sobie sprawy z tej sytuacji. Na to lotnisko polscy politycy latają od
dawna. Od otwarcia Polskiego Cmentarza Wojennego w Katyniu co najmniej raz w
roku. Informacja o wynikach kontroli NIK twierdzi jednak kategorycznie, że do
Smoleńska w ogóle nie należało latać samolotami specpułku. W odpowiedzi wojskowi
wskazują, że sami Rosjanie nigdy nie kwestionowali możliwości lądowania i
startowania z Siewiernego, o czym świadczą otrzymywane zawsze zgody
dyplomatyczne.
Jednak rzeczywiście lotnisko to stało się na początku 2010 r. "zamknięte", a
mimo tego strona polska jak co roku wystąpiła o zgodę na wykonanie całej serii
lotów naszych samolotów państwowych dnia 7 i 10 kwietnia 2010 roku. Czy Rosjanie
mogli je na ten czas otworzyć? – To zupełnie normalna rzecz. Jeżeli nie ma na
lotnisku jakiegoś tajnego wyposażenia, to można je otworzyć dla celów cywilnych.
Wykonuje się wtedy specjalne sprawdzenia urządzeń, świateł, sygnałów, urządzeń
radiowych, oblatuje w dzień i w nocy. To wszystko trwa około tygodnia. Zajmuje
się tym najczęściej któryś z instytutów lotnictwa, po czym sporządza specjalny
akt, na podstawie którego Rosawiacja (Federalna Agencja Transportu Powietrznego)
czasowo dopuszcza wykonywanie lotów cywilnych – tłumaczy doświadczony rosyjski
pilot doświadczalny Aleksandr Akimienkow. A co z lotami wojskowymi? Otóż jeśli
chodzi o loty samolotów wojskowych rosyjskich, to armia ma własne regulacje i
system certyfikacji. Jak wyjaśnia Akimienkow, w praktyce samoloty wojskowe
lądują na zamkniętych lotniskach bez żadnych dodatkowych procedur, jeśli tylko
mają one sprawne urządzenia nawigacyjne i obsadę, a najczęściej mają. W
przypadku zagranicznego lotu wojskowego sytuacja jest podobna do wykorzystania
lotniska do celów cywilnych, jedynie badania wykonuje instytut wojskowy. Według
naszego eksperta, nie ma żadnego problemu, żeby na zamkniętym lotnisku po jego
czasowym otwarciu wylądował rosyjski prezydent lub premier. Z tym że według
rosyjskich uregulowań loty HEAD są cywilne, a rosyjski odpowiednik specpułku
funkcjonuje jako część jednych z państwowych linii lotniczych.
W przypadku Smoleńska należy jednak wziąć pod uwagę ważny czynnik związany z
jego degradacją do rozformowaniu pułku transportowego. Część urządzeń
nawigacyjnych została rozmontowana, a pozostałe zaczęły niszczeć. Jednak strona
rosyjska zapewniała, że lotnisko spełnia wszelkie wymogi. Przeprowadzono nawet
"specjalny oblot środków radionawigacyjnych" i sporządzono odpowiedni akt 5
kwietnia 2010 roku.
Problem z przygotowaniem lotu pod względem technicznym sprowadza się do dwóch
kwestii. Po pierwsze, obecności rosyjskiego nawigatora na pokładzie, a po
drugie, dostarczenia odpowiedniej dokumentacji nawigacyjnej przez stronę
rosyjską. NIK wskazuje, że odpowiednie polskie organy nie dopełniły odpowiednich
formalności w zakresie uzgodnień ze stroną rosyjską. Najbardziej obciąża to
urzędników MSZ. "Pracownicy MSZ realizowali przypisane im obowiązki poprzez
nieformalne rozmowy telefoniczne (także ze stroną rosyjską) oraz przy
wykorzystaniu poczty elektronicznej, bez wglądu do dokumentów źródłowych
potwierdzających uzyskiwane i przekazywane informacje. Powyższe potwierdza w
szczególności fakt dokonania rezygnacji z rosyjskiego nawigatora przez
pracownika ambasady, który nie dysponował dokumentami uprawniającymi go do
dokonania takiej czynności, a otrzymał jedynie ustne polecenie w tym zakresie w
trakcie rozmowy telefonicznej" – czytamy w raporcie NIK. Pozostano na poziomie
telefonicznych konsultacji pomiędzy odpowiednim departamentem rosyjskiego MSZ,
polską ambasadą w Moskwie a oficerami Szefostwa Służby Ruchu Lotniczego Sił
Zbrojnych i specpułku.
Bez aktu przeglądu
Skutkiem tego obie kwestie, to jest lidera i kart podejścia, nie zostały
prawidłowo załatwione. Bardzo szczegółowo obieg dokumentów wymienia raport
komisji Jerzego Millera. Ale i ona nie mogła odtworzyć w całości wszystkich
procedur, ponieważ niektóre osoby nie pamiętały już, kiedy i z kim dokładnie
rozmawiały w ramach uzgodnień telefonicznych. "Akt przeglądu technicznego
lotniska Smoleńsk Siewiernyj w celu przyjęcia lotów specjalnych" nie został w
ogóle przekazany stronie polskiej. "Strona rosyjska ograniczyła się jedynie do
stwierdzenia, że procedury podejścia nie zmieniły się od 2009 r. Załogi
samolotów wykonujących rejsy 7 i 10 kwietnia korzystały z kart podejścia
przekazanych przez Ambasadę RP w Moskwie do Szefostwa Służby Ruchu Lotniczego w
roku 2009, które nie były zgodne ze stanem faktycznym" – czytamy w dokumencie.
Zgoda na lot 10 kwietnia ze strony rosyjskiej (wydana przez tamtejsze MSZ z
numerem 176 CD/10) wydana została dopiero 9 kwietnia!
Dokument niczym nie różnił się od poprzednio wydawanych przez rosyjskie
służby dyplomatyczne dla lotów do Smoleńska i w żaden sposób nie odnotowywał
faktu innego niż dotychczasowy status lotniska. Tymczasem wniosek o zgodę
dyplomatyczną (tzw. claris) na lot w dniu 10 kwietnia został przesłany do
polskiego MSZ 18 marca, po czym trafił do Moskwy, gdzie w naszej ambasadzie go
przetłumaczono i przekazano do III Departamentu Europejskiego rosyjskiego
Ministerstwa Spraw Zagranicznych 22 marca. A więc polskie służby dochowały tu
nawet wymaganego przez Rosjan terminu złożenia clarisu na 14 dni przed operacją
lotniczą. Analogiczny dokument dotyczący wizyty premiera Donalda Tuska w Katyniu
wpłynął dopiero 30 marca, a więc z opóźnieniem. Dokumenty zawierały prośbę o
"udostępnienie aktualnych schematów i procedur lotniska" oraz "przysłanie lidera
przed wylotem z Warszawy".
Jak wiadomo, wniosek o udostępnienie dokumentacji nawigacyjnej został de
facto zignorowany, a o lidera potraktowany w sposób jeszcze dziwniejszy.
Najpierw Rosjanie ustnie zapytali, czy "strona polska podtrzymuje zamówienie
rosyjskich nawigatorów". Pytanie skierowano do ambasady, ta przekazała je do Sił
Powietrznych. W odpowiedzi specpułk zrezygnował z rosyjskich liderów (decyzję
podjął oficer niższej rangi – NIK ustaliła, że dowódca pułku nawet o niej nie
wiedział), ale przekazanie tych informacji do rosyjskiego MSZ odbyło się z
naruszeniem wszelkich procedur. Co więcej, rosyjskie przepisy nie przewidują
takiej rezygnacji. Obecność lidera jest przez nie bezwzględnie wymagana. Jednak
Moskwa jedynie dopytała się, czy rezygnacja dotyczy wszystkich samolotów
lecących 7 i 10 kwietnia do Smoleńska. Strony polskiej to nie dziwiło, gdyż na
25 lotów na rosyjskie lotniska wojskowe w ciągu poprzednich 10 lat lider leciał
tylko cztery razy.
Raport NIK zwraca jednak uwagę, że nasze MSZ nie powinno dopuścić do
stosowania takiej formy prowadzenia uzgodnień. "Członkowie Kierownictwa MSZ nie
monitorowali działań Ambasady i nie posiadali wiedzy o ostatecznych decyzjach w
tym zakresie. (…) Nie została przy tym dokonana formalna zmiana noty Ambasady
RP w tej kwestii. MSZ do 10 kwietnia 2010 r. nie otrzymało również odpowiedzi, w
formie noty, na prośbę o zgodę na przelot i lądowanie na terytorium Federacji
Rosyjskiej" – stwierdzili kontrolerzy NIK. Dodatkowo nie było jasne, czy
udzielona zgoda dotycząca "przelotu nad terytorium Federacji Rosyjskiej po
trasie Warszawa – Smoleńsk – Warszawa" zezwala w ogóle na lądowanie w Smoleńsku,
bo nie było to jasno wyjaśnione, a na dodatkowe konsultacje było za późno.
Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem NIK, że "istotne uzgodnienia
dotyczące wizyt zagranicznych najważniejszych osób w państwie powinny być
każdorazowo i z odpowiednim wyprzedzeniem dokumentowane oraz formalnie
potwierdzane przez właściwe instytucje państwa przyjmującego".
Piotr Falkowski
