Refleksje po akcji „Przestańcie szkodzić Polsce”
Do końca listopada ponad 34 tys. osób podpisało list otwarty „Przestańcie szkodzić Polsce”, z którym na początku marca 2009 r. zwróciliśmy się do premiera RP Donalda Tuska, marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego i marszałka Senatu Bogdana Borusewicza, by wyrazić dezaprobatę dla ich szkodliwych działań i zaniedbań. W związku z tym, że zbieranie podpisów dobiega końca, pragnę spełnić obietnicę i przedstawić kilka refleksji i wniosków podsumowujących akcję, która trwała ponad 8 miesięcy i zaangażowała tysiące Polaków. Podsumowanie należy się w pierwszym rzędzie tym najbardziej świadomym swych praw i obowiązków obywatelom Rzeczypospolitej – sygnatariuszom listu, aby przypomnieć, w czym uczestniczyliśmy i co z tego wynikło. Chodzi także o to, by zachęcić do poszukiwania odpowiedzi na pytanie, czy po tej akcji możemy jeszcze coś wspólnie dla Polski przedsięwziąć i jak to zrobić?
Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że nasza akcja nie była zaplanowana i poza zbiorowym wyrażeniem protestu nie stawialiśmy sobie żadnych poważniejszych celów. Rozwinęła się w niezwykle dynamiczny sposób dzięki zaskakująco szerokiemu i spontanicznemu odzewowi na list, którego przesłanie trafiło zapewne w samo sedno odczuć ludzi zatroskanych sprawami Ojczyzny. Przedstawię całkiem prozaiczny początek tej inicjatywy, bo warto czasem pokazać, jak naturalnie toczą się sprawy.
Obserwując skandaliczne postępowanie rządu, który szczególnie boleśnie i arogancko zaczął uderzać w inicjatywy skupione wokół Radia Maryja, zdecydowaliśmy z kpt. ż.w. Zbigniewem Sulatyckim, że nie można się temu przyglądać bezczynnie. Trzeba było jakoś zaprotestować. Napisałem tekst listu, a kapitan zobowiązał się zebrać podpisy z poparciem. Pierwsza lista zawierała 225 podpisów i przede wszystkim obejmowała środowiska polonijne z Kanady, USA i Australii, które w nadzwyczaj krótkim czasie zmobilizowały się do działania.
Przekazaliśmy tekst i listę sygnatariuszy redakcji „Naszego Dziennika”, która podjęła decyzję o publikacji materiału („ND”, 4 marca 2009). Jednocześnie zwróciliśmy się do ojców redemptorystów z prośbą o umożliwienie podania szerokiej informacji o naszym liście na antenie Radia Maryja. Nie zaskoczyła nas serdeczność, z jaką przyjęto naszą prośbę, bo Radio Maryja już od 18 lat otwiera przestrzeń publiczną dla tych zjawisk i opinii, które z wielką gorliwością są przemilczane i tępione przez inne ośrodki medialne.
W międzyczasie kilka osób zwróciło się do nas z żalem, że nie zostały bezpośrednio zaproszone do sygnowania listu, którego przesłanie w pełni popierają. W związku z tym, nie przeczuwając konsekwencji, zaprosiliśmy wszystkich, którzy identyfikują się z treścią listu i chcą go podpisać, aby jak najszybciej powiadomili nas o takiej woli. Podaliśmy nasze prywatne adresy elektroniczne i pocztowe. I wtedy się zaczęło!
W następnych dniach zostaliśmy zasypani lawiną zgłoszeń, które od tej pory nieprzerwanie przez długie miesiące nadchodziły pocztą zwykłą, elektroniczną i czasem telefonicznie. Rozpoczęło się żmudne spisywanie kolejnych list sygnatariuszy, które sukcesywnie były drukowane w „Naszym Dzienniku” w odcinkach po 500 nazwisk, a jednocześnie odnotowywaliśmy szybki wzrost sumarycznej liczby, która przekraczała kolejne krotności tysięcy podpisów. Pojawiła się więc potrzeba, by dać możliwość bezpośredniej rejestracji internetowej. Wkrótce na stronie www.my-narod.4w3.pl zaczęła rosnąć dodatkowa oddzielna lista podpisów, a później zaczęliśmy tam równolegle ogłaszać listy zbierane przez nas tradycyjnymi metodami.
Najciekawszym zjawiskiem była treść listów, które wielu sygnatariuszy przesyłało wraz ze zgłoszeniem poparcia. Oprócz przedstawienia własnych motywacji do złożeniu podpisu, ich treść czasem prezentowała dramatyczne życiorysy i sylwetki autorów – nadzwyczajnych, wspaniałych Polek i Polaków. Często były to dzieje własnych rodzin, których koleje losu rozsypały po Polsce i świecie. Teraz troska o Ojczyznę nakazywała często odświeżenie kontaktów i wzajemną mobilizację. Tak więc oprócz indywidualnych zgłoszeń otrzymywaliśmy zgłoszenia wielopokoleniowych rodzin, a później, coraz częściej, obszerne zbiorowe listy całych środowisk zorganizowanych przy parafiach, często skupionych w Biurach i Kołach Przyjaciół Radia Maryja.
Nie tylko liczba zgłoszeń była dla nas zaskoczeniem, zadziwiał także pobieżny wgląd w przekrój społeczny sygnatariuszy. Prosiliśmy o podawanie pełniejszych danych o sobie i wiele osób przekazywało nam te dane, co pozwoliło dostrzec szerokie spektrum zawodów, stanowisk, a także tytułów naukowych ludzi gotowych do otwartego wypowiedzenia mocnych słów krytyki pod adresem najwyższych władz państwowych.
W obliczu widocznego dzisiaj poziomu natrętnej agresji, w której wąski, ale bardzo aktywny margines niszczy polskie życie publiczne, zaskakująco mało było prowokacji i zakłóceń naszej akcji. Kilkudniowa blokada mojego adresu elektronicznego szybko została usunięta przez sprawcę po nagłośnieniu przeze mnie tej kwestii w Radiu Maryja. Kilka osób zażądało usunięcia swoich nazwisk z wcześniej publikowanych list, ale wynikało to raczej z nieporozumień niż z chęci prowokacji. Były też sporadyczne przypadki, gdy osoby prosiły o wycofanie nazwiska ze względu na dotykające je represje w pracy. Jedyny poważny i przemyślany atak na mnie i na akcję przeprowadził w internecie jeden z aktywnych blogerów Salonu24. Jednak zabrakło mu wyobraźni i został zdemaskowany, zanim osiągnął swój cel. Także pojedyncze osoby próbujące nas zniechęcić czy obrazić nie pomniejszyły dominującego wrażenia wielkiej serdeczności i chęci współdziałania korespondentów z rodzącą się wspólnotą sygnatariuszy, którą spontanicznie uformowała zbieżność poglądów na szkodliwą postawę władz państwowych.
Mijały kolejne miesiące, poparcie protestu trwało i narastało, a adresaci listu otwartego milczeli. Po czterech miesiącach, gdy było już jasne, że żadnej odpowiedzi nie będzie, w kolejnym liście otwartym w imieniu sygnatariuszy podsumowaliśmy sytuację. Był on skierowany do tych samych adresatów i tym razem zatytułowany „Przestańcie szkodzić Polsce i odejdźcie!” („Nasz Dziennik”, 25.07.2009). W maju natomiast przeprowadziłem analizę danych przekazanych nam przez pierwsze 10 tys. sygnatariuszy, z której wyciągnęliśmy ciekawe wnioski o tej grupie aktywnych obywateli Rzeczypospolitej. Okazało się, że zgłoszenia płynęły równomiernie z obszaru całej Polski, ze znaczącą przewagą osób z dużych miast i z wyższym wykształceniem, z wyraźnym udziałem osób z tytułami naukowymi. Szczegółowy opis badań i uzyskanych wyników przedstawiłem w artykule „Kim są moherowe berety?” („Nasz Dziennik”, 16.05.2009). W listopadzie zgłoszenia podpisów zaczęły wygasać, a pod koniec miesiąca dochodziły już całkiem sporadycznie. Najbardziej aktualne podsumowanie wraz z najnowszą listą jeszcze niepublikowanych ok. 700 podpisów przyniosło 27 100 zgłoszeń metodami tradycyjnymi i 7200 bezpośrednich zgłoszeń internetowych – w sumie 34 300 sygnatariuszy.
Co w naszej akcji osiągnęliśmy?
Często stawiano mi takie pytanie. Najczęściej zadawały je osoby, które listu nie podpisały, a pytając, wyrażały wątpliwość, czy ten wysiłek miał sens. Odpowiem na podstawie moich własnych przemyśleń, wzywając jednocześnie każdego, kto zechce podważyć trafność moich wniosków, do publicznego wyrażenia i uzasadnienia swojego sceptycyzmu.
Zanim przejdę do wypunktowania spraw, które można uznać za osiągnięcie, zwrócę uwagę na fakt, że liczbę sygnatariuszy trzeba ocenić jako bardzo dużą, niespotykaną przy tego typu listach otwartych. Z jednej strony – trudno oczekiwać powszechnego podpisywania listu, który nie zmierza do żadnych konkretnych celów, a jest jedynie formą manifestacji, zwłaszcza jeśli zasięg informacji o akcji jest ograniczony. Z drugiej strony – uczestnictwo w tak mocnej manifestacji wymaga zdecydowania, które ze względu na publiczne ujawnienie nazwisk jest aktem odwagi – nawet niezwykłej odwagi, jeśli weźmie się pod uwagę praktyczny wymiar „wolności słowa” i „demokracji” w dzisiejszej Polsce.
Podsumujmy i rozwińmy to, co udało się osiągnąć:
1. Powiedzieliśmy bardzo wcześnie, publicznie, zbiorowo i głośno prawdę tak odkrywczą, jak tamta prawda, którą wykrzyknęło dziecko z bajki Hansa Christiana Andersena: „Król jest nagi!”. Powiedzieliśmy to wspólnie, wcześniej niż inni, a nasze słowa, które początkowo zdawały się zbyt mocne, znajdowały coraz pełniejsze uzasadnienie w miarę upływu kolejnych miesięcy akcji. W późniejszych listach sygnatariuszy niekiedy czytałem: „Początkowo myślałem, że sformułowania są zbyt mocne, ale w miarę obserwacji kolejnych posunięć rządu podpisałbym dzisiaj jeszcze mocniejszy list”.
2. Uczyniliśmy mały krok w stronę zespalania naszej wspólnoty narodowej, bo każde wspólne przedsięwzięcie obejmujące szerszą zbiorowość w skali całej Polski jest takim krokiem. To zaledwie mały przyczynek do tych działań, które na co dzień podejmują ojcowie redemptoryści w Radiu Maryja, na przekór narzucanym i wciąż postępującym procesom atomizacji społeczeństwa. Odsłanianie prawdy i uświadamianie tego wszystkiego, co łączy, jest najbardziej efektywnym budowaniem wspólnoty. Ważne są te momenty, gdy odkrywamy, że nasza indywidualna ocena zachodzących zjawisk jest zbieżna z poglądami wielu innych ludzi. Jeśli potrafimy je wraz z innymi jednocześnie wyrazić, tworzymy pozytywną siłę zespalającą. Hamowanie tego rodzaju komunikacji przez tworzenie chaosu informacyjnego, pojęciowego i przez inne manipulacje ma zawsze cele dezintegracyjne.
3. Unikając nadmiernej skromności, możemy stwierdzić, że stworzyliśmy pewien drobny, ale istotny fakt historyczny. Jeżeli działania i zachowania pojedynczych osób służą czasem do zrozumienia historycznych procesów, to tym bardziej akcja skupiająca ponad 30 tys. ludzi może być uznana przez przyszłych badaczy naszej współczesności za znak czasu, który ilustruje postawy, niepokoje, a także próby oporu wobec zjawisk niosących zagrożenia w Polsce 2009 roku.
4. Zupełnie nieprzewidzianym, ale ważnym osiągnięciem było pozyskanie informacji, które pozwoliły odpowiedzieć na pytanie, kim są ludzie, którzy podpisali protest. Podsumujmy jeszcze raz wyniki badań, które przyniosły odpowiedź na to pytanie: to ludzie z całej Polski, z dużych i małych miast, z maleńkich miasteczek, z wiosek, z każdego zakątka kraju, a także spośród rozsianej w świecie Polonii. Przeważają ludzie z głównych miast wojewódzkich, o wyższym niż średni poziomie wykształcenia, przy udziale osób utytułowanych znacznie przekraczającym wielkość wynikającą ze średniej krajowej. To niezwykle ważna i obiektywna informacja.
Pozwolę sobie w tym miejscu na dygresję opartą na własnej obserwacji, a także na tym, że powszechny medialny bojkot akcji pozwolił skojarzyć grupę sygnatariuszy z nazwą „moherowe berety” – wszak wyłącznie ludzie będący w zasięgu Radia Maryja i „Naszego Dziennika” mogli dowiedzieć się o akcji. To w intencji pogardliwe określenie stało się w międzyczasie nazwą niosącą spory ładunek dumy z uczestnictwa w grupie „moherowych beretów”; ważna jest jednak także inna okoliczność związana z ujawnieniem wyników powyższych badań. Otóż przez wiele lat aż do niedawna środowisko słuchaczy Radia Maryja zawsze opisywano jako ludzi niewykształconych, nieudaczników, ludzi bojących się zmian, niepotrafiących odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Wydaje mi się, że to już dzisiaj przeszłość. Zwróciłem uwagę na fakt, iż te pogardliwe określenia prawie całkowicie zanikły w przestrzeni publicznej i stało się to raptownie, w wyraźnej zbieżności czasowej z publikacją wyników naszych badań. Gdyby taką obserwację potwierdzili także inni, to nawet tę jedną sprawę można by uznać za ważne osiągnięcie naszej akcji.
5. Do pozytywnych skutków akcji można też zaliczyć udokumentowanie kilku nietrywialnych faktów i wniosków, które skomentuję w następujących punktach:
a) adresaci nie odpowiedzieli, a nawet nie zareagowali formalnie na nasz list. Fakt ten skomentowaliśmy w drugim liście otwartym do tych samych adresatów. Ważniejsze jest dokumentacyjne znaczenie tego faktu, bo uzasadnia on twierdzenie, że osoby pełniące dzisiaj władzę w Polsce kompletnie nie liczą się z głosem i krytyką płynącą ze strony społeczeństwa. Nasz dowód ma o wiele większą wagę niż gołosłowne twierdzenie, że tak jest. Ten udokumentowany fakt może być także użyty w przyszłych rozliczeniach tego rządu. Warto też dodać, że sygnatariusze listu będą mogli się powołać na swoje uczestnictwo w akcji, by podważyć racje tych, którzy w przyszłości będą jęczeć i oskarżać, że „Polak mądry po szkodzie”;
b) bojkot medialny całej akcji miał wymiar totalny. Jedynymi wyjątkami były Radio Maryja, „Nasz Dziennik” i tygodnik „Nasza Polska”. Wszystkie inne media, ich pracownicy i funkcjonariusze w sposób zorganizowany i zdyscyplinowany „nie zauważyli” akcji dotyczącej najwyższych władz państwowych, obejmującej ponad 30 tys. ludzi i trwającej ponad 8 miesięcy. Żurnaliści, którzy w swej zbiorowej spostrzegawczości z zaprogramowanym zainteresowaniem dostrzegają obnażony tors polityka, romans byłego premiera czy hałaśliwy protest kilku osób, nie zauważają czegoś, co angażuje kilkadziesiąt tysięcy Polaków z kraju i ze świata.
Przekonujemy się po raz setny, że właśnie tacy oni są, dobrani w negatywnej selekcji, posłuszni swoim mocodawcom aż do rezygnacji z własnej godności. Takie są media w dzisiejszej Polsce. Jest to wniosek trywialny, płynący z naszego wieloletniego doświadczenia. Można też jednak wyciągnąć inny wniosek – bardziej pozytywny i mniej trywialny. Przecież doskonale wiemy, że ci dziennikarze nie mogli nie zauważyć naszej akcji. Być może większość z nich nie słucha Radia Maryja, ale wielu podsłuchuje. Być może nie czytają „Naszego Dziennika”, ale przecież intensywnie podglądają konkurencję i nie mogli przeoczyć pełnostronicowych list z nazwiskami ukazujących się w blisko 50 wydaniach pisma. Oni tę akcję na pewno zauważyli, a niektórzy nawet śledzili jej rozwój; milczeli jednak, bo ocenili, że milczenie bardziej się opłaca.
Wybór takiej właśnie taktyki oznacza, że uznano naszą akcję za ważną, bardzo niewygodną dla władz i trudną do skutecznego skrytykowania lub ośmieszenia. Właśnie w takich przypadkach oni zawsze stosują taktykę przemilczania. Niestety, powszechność podporządkowania się tej taktyce jest wstrząsającym wnioskiem o dzisiejszym stanie polskiego dziennikarstwa;
c) zmartwił brak reakcji pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To prawda, że list był adresowany tylko do rządu, Sejmu i Senatu RP, jednak oba listy otwarte przesłaliśmy równolegle do wiadomości prezydenta Rzeczypospolitej. Uczyniliśmy tak w przekonaniu, że urząd prezydenta powinien mieć dobre rozpoznanie ważnych spraw, z którymi obywatele zwracają się do najwyższych władz państwowych. Prezydent powinien mieć informację z pierwszej ręki o tego typu akcji, by móc wcześnie rozpoznawać nastroje budzące się w społeczeństwie. Z Kancelarii Prezydenta RP nie dotarła do nas żadna reakcja na te listy. Chcemy wierzyć, że sytuacja ta nie jest znakiem obojętności pana prezydenta, lecz wynika raczej ze złej decyzji jego urzędników, którzy beztrosko uznali, że nie należy niepokoić głowy państwa listami zaledwie 30 tys. obywateli. Warto im uświadomić, że pan prezydent powinien wiedzieć o takich akcjach, aby nie tracić pożytecznego kontaktu z Narodem;
d) trudno także nie skomentować braku reakcji polityków PiS, z którymi wciąż chcemy wiązać wielkie nadzieje na zmianę złego stanu polskich spraw. Nasz list był formułowany bez jakiegokolwiek kontaktu z politykami, ale jego wymowa winna szczególnie zainteresować główną partię opozycji. Posłowie, senatorowie i politycy PiS – podobnie jak dziennikarze – nie mogli nie zauważyć naszej akcji, a mimo to też ją bardzo powszechnie zbojkotowali, choć trzeba wspomnieć kilku zacnych polityków, którzy nawet wzięli w niej udział i dołączyli swoje podpisy.
Przyznam, że jest to sprawa, której zupełnie nie rozumiem. Nie potrafię znaleźć racjonalnego wytłumaczenia, które nie niosłoby uszczerbku dla postrzegania polityki opozycji. Oto politycy PiS dostają do ręki potężny argument naszego protestu jako niebagatelne narzędzie, które może im otworzyć nowe pola działań, a także drogę do łatwego pozyskania ważnej grupy sojuszników. Jak można było nie wykorzystać tego protestu do nagłośnienia skandalicznych działań rządu, którymi były cofnięcie przyznanej już dotacji na badania geotermii czy dotacji na rozwój WSKSiM w kierunkach tak potrzebnych Polsce? Przecież głośne powtarzanie łatwej do przekazania prawdy o łamaniu wszelkich cywilizowanych reguł i niszczeniu przez rząd tych ważnych inicjatyw, wsparte powoływaniem się na nasz masowy protest, musiałoby dotrzeć do wszystkich Polaków, z efektem potężnie wzmacniającym siłę oddziaływania zarówno naszej akcji, jak i partii PiS. Wybór trzech adresatów naszego listu upoważniał do wszczęcia takich interwencji i działań na terenie Sejmu, Senatu i we wszystkich mediach. Trudno zrozumieć, dlaczego tak uparcie milczano, nawet wtedy gdy pokazaliśmy, że te ponad 30 tys. sygnatariuszy protestu to szczególnie aktywna i opiniotwórcza część społeczeństwa. Niestety, politycy PiS zamiast powoływać się na to niezwykłe oddolne potępienie rządzących, woleli przekomarzać się w mediach ze swoimi przeciwnikami politycznymi i bawić się wzajemnie wirtualnymi liczbami podawanymi w tzw. sondażach opinii publicznej.
To wytknięcie dziwnego i nieracjonalnego zachowania polityków PiS powinno być odebrane jako krytyka konstruktywna. Może ono zachęcić wielu sygnatariuszy do interwencji u polityków, by bliżej i bardziej interaktywnie zajęli się sprawami, którymi żyje Naród. W tym miejscu koniecznie trzeba dodać, że także inni politycy opozycji rozproszonej poza parlamentem zachowali się podobnie, a niektórzy z nich nawet kpili i potępiali naszą akcję.
Jak można pożytecznie działać dalej?
Nowa propozycja!
Wśród otrzymanych listów było wiele takich, których autorzy sugerowali dalsze działania organizacyjne. Typowa sugestia opierała się na założeniu, że jeśli tak liczna grupa sygnatariuszy potwierdziła wspólnotę poglądów, to możliwe jest powstanie na tej bazie jakiejś formy ruchu, stowarzyszenia czy nawet partii politycznej. Wszyscy mamy już za sobą wiele doświadczeń, także tych bardzo osobistych, i wiemy, że to wcale nie jest takie proste, a wspólnota sygnatariuszy jest dalece niewystarczająca do tego, by przejść do współdziałania w formie organizacyjnej. Mimo wszystko w sprawie, której nasz list dotyczył, zawiązała się pewna istotna więź, która może inspirować do dalszego współdziałania w konkretnych, jednoznacznie określonych sprawach. Tak jak każdy składający podpis mógł kilkakrotnie przeczytać list i dobrze zapoznać się z treścią, którą podpisuje, tak może zechcieć uczestniczyć w innej akcji, gdy jej zakres i cele będą wyraźnie przedstawione. Jest to o wiele bardziej naturalne i atrakcyjne dla potencjalnych uczestników, niż wiązanie się w organizację, w której ujawnienie się w przyszłości choćby drobnych różnic poglądów mogłoby być zarzewiem szybkiego rozłamu, a nawet konfliktu. Często bywa tak, że wysiłek budowania jedności, bez solidnego oparcia się na dobrze sprawdzonej wspólnocie poglądów i celów, owocuje oddaleniem się od siebie uczestników na dystans jeszcze większy niż ten istniejący w punkcie wyjścia.
Poszukując intensywnie odpowiedzi na pytanie, czy można pożytecznie dla Polski wykorzystać tak szeroki odzew Polaków na nasz list, wpadła mi do głowy myśl, którą chciałbym przedstawić jako propozycję do rozważenia.
Teraz tylko ją zasygnalizuję. Istotą propozycji jest podjęcie próby (podkreślam: próby) utworzenia społecznego ośrodka badania opinii publicznej. Chodzi o to, byśmy sami zmierzyli się z poszukiwaniem prawdy o opiniach Polaków na różne tematy. Inicjatywa ta wynika z chęci uwolnienia się od manipulacji sondażami, które są dzisiaj używane jako jedno z podstawowych narzędzi sterowania społeczeństwem. Nie wiadomo, czy to się uda, ale warto spróbować, bo przedsięwzięcie nie wiąże się ani z wielkim wysiłkiem, ani z ryzykiem.
Współdziałanie w tej sprawie wymagałoby aktywnego udziału kilkuset osób z terenu całej Polski, które w roli ankieterów, docierając do reprezentatywnej próbki, zbierałyby odpowiedzi na proste pytania. Pytania dotyczące badanego tematu byłyby opracowane centralnie, ze szczególną dbałością o ich metodologiczną poprawność. Wszyscy uczestniczący musieliby kierować się wolą poszukiwania obiektywnej prawdy o opiniach Polaków na konkretny temat i ten aspekt byłby głównym wyzwaniem dla opracowania i uściślenia metodologii pytań i całej procedury badań. Trudno z góry przewidzieć los takiej inicjatywy, ale warto podjąć próbę, bo dojście do prawdy miałoby w wielu przypadkach ozdrowieńczy wpływ na debatę publiczną. Uważam, że po zapoznaniu się ze szczegółami propozycji, które wkrótce przedstawię, zgłoszenie się ok. 200 chętnych do współdziałania pozwoliłoby bardzo szybko rozpocząć pierwszą próbę takich badań. Nawet niewielki wysiłek ankieterów uzyskujących przeciętnie odpowiedzi od 10 zapytanych osób, przy starannie spełnionym warunku reprezentatywności, dałoby liczby zdecydowanie bardziej oddające rzeczywistość niż te, które przedstawiają ośrodki sondażowe. Nie ukrywam, że postrzegam tę sprawę jeszcze optymistyczniej i po kilku udanych próbnych badaniach widzę szansę na rozwój wiarygodnego społecznego ośrodka takich badań, który zakończyłby trwanie dzisiejszych manipulacyjnych szaleństw sondażowych. Poprzestanę na tym sygnale, na szczegóły przyjdzie czas.
Na zakończenie moich refleksji pragnę serdecznie podziękować za miłe współdziałanie kpt. ż.w. Zbigniewowi Sulatyckiemu, za życzliwe wsparcie i pomoc dyrektorowi Radia Maryja o. Tadeuszowi Rydzykowi, całemu zespołowi Radia Maryja i redakcji „Naszego Dziennika”. Szczególnie gorąco dziękuję wszystkim sygnatariuszom listu za wysiłek, odwagę, modlitwę i życzliwość, a także za bezcenne listy, których część być może uda się zebrać w specjalną książkę. Dziękuję także za wszelką pomoc innym osobom wspomagającym w różny sposób naszą akcję.
Na koniec pragnę obiecać, że przedstawioną wcześniej analizę danych o pierwszych 10 tys. sygnatariuszy poszerzę wkrótce o dane dotyczące wszystkich 34 tys. uczestników akcji.
Prof. Rafał Broda
