Ratuj dusze!

Przed laty spotkałem księdza pracującego na Białorusi. Opowiadał o pracy w odzyskanym od komunistów kościele. Wiele lat świątynia ta była magazynem środków chemicznych. Ogromne zniszczenia, przeżarte chemikaliami ściany pozostawiły po sobie złowieszczy ślad. Dziwnym zrządzeniem losu ocalał piękny, barokowy krzyż w przedsionku świątyni. Był dumą parafian! Dysponując skromnymi środkami, zaczęli odnawiać kościół. Brakowało wszystkiego, z wyjątkiem radości i wiary w to, że się uda. Któregoś dnia proboszcz zdjął ze ściany ów duży krzyż, aby oddać go do renowacji. Ze wzruszeniem opowiadał później o reakcjach ludzi na ten fakt: wchodząc do świątyni, całowali cień na ścianie, jaki krzyż przez lata pozostawił. Dla nich święte było nawet miejsce, gdzie wisiał ich znak Zbawienia, źródło siły podczas długiej nocy zniewolenia.

Kiedy słuchałem tej opowieści, pomyślałem sobie: ile trzeba było lat „chodzenia po wodzie”, aby mieć taką wiarę w sercach? Ile wiary trzeba było, aby usłyszeć cichy głos Jezusa: – Nie bójcie się, jestem…

Wsłuchujemy się w tekst dzisiejszego fragmentu Ewangelii. „Przyjdź, Piotrze”

– zawołał Jezus. Zwrócił się tymi słowami do tego, którego nazwał Opoką, a który przecież nosił w sobie najwięcej lęku i niepewności. Piotr, kiedy patrzył na Chrystusa – szedł po falach, gdy zgubił Jego wzrok – zaczął tonąć. Biedny Piotrze, jeszcze nie wiesz, że teraz przegrywając ze swoim strachem, masz blisko Tego, który cię uratuje, ale przyjdzie chwila, kiedy Go nie będzie obok – i wtedy zaprzesz się Go, przegrasz na dziedzińcu pretorium i bruzdy na twarzy porobią ci się od łez żalu, że zdradziłeś, że nie dotrwałeś do końca…

„Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”. Jeszcze nie byli gotowi. Ale czy jest taki moment w życiu człowieka, że może powiedzieć: Jestem gotowy. Jest we mnie tyle siły, że przetrwam, nie ugnę się? „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – pisała przed laty Szymborska. Myliłby się jednak ten, kto uznałby różne życiowe burze za przekleństwo. One są potrzebne.

Owszem, ludzie nie lubią, kiedy zachwianiu ulega z takim trudem budowane poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji. Mówią: Niech ono będzie, nawet jeśli trzeba za to zapłacić cenę rezygnacji z cząsteczki swoich aspiracji i godności. Buntują się, jeśli zostanie naruszone. Inni toną, ale z maniakalnym uporem nie chcą się do tego przyznać. Umierają w błogiej wewnętrznej ciszy. Bywa, że przychodzi wtedy moment, który przypomina burzę. Delikatne, usypiające swoją monotonią fale niespodziewanie zaczynają się kotłować, uderzać gwałtownie w burtę, kołysać niebezpiecznie łodzią. Poukładane życiowe sprawy nagle padają w gruzy. Okazuje się, że diagnoza lekarska wykazała nowotwór, padł zakład pracy, rozpadło się małżeństwo, odszedł na zawsze ktoś najbliższy. Co wtedy robić? Zawodzi technika, medycyna, okrągłe konta bankowe śmieszą swoją nagłą niepotrzebnością. Pojawia się rozpacz – wołanie zranionej miłości. Błogosławiony ten, kto w tym najtrudniejszym momencie jest w stanie wykrzesać z siebie zdrowy odruch krzyku: Panie, ratuj, ginę! I odnaleźć wzrok Chrystusa.

Przyzywając nas do siebie, czyniąc swoimi dziećmi, Bóg wcale nie chroni nas od kłopotów, burz. Wiara to nie komfortowa przystań, gdzie nigdy nie dochodzą groźne fale. Trudności są potrzebne, bo stawiają człowieka w perspektywie jednoznacznego wyboru, pomagają mu sprecyzować, kto bądź co tak naprawdę jest dla niego najważniejszy w życiu. Pomagają mu dojrzewać, duchowo wzrastać. Zaczyna inaczej patrzeć na siebie, swoje życie, plany, inaczej zaczyna szacować swoje siły. Zaczyna częściej spoglądać w niebo, tam szukając pomocy.

Marcin Jasiński

drukuj