Raport z oblężonego miasta
Burzowo jest – nie tylko w lipcowej pogodzie. Ciśnienie nadciągających
wyborów spowodowało jak akcelerator gwałtowne przyspieszenie w działaniach
rządzącej PO. Przede wszystkim w sferze indoktrynacji medialnej, parlamentarnej
i rządowej.
10 lipca, jak co roku od 19 lat, odbyła się pielgrzymka Rodziny Radia Maryja na
Jasną Górę. Jej uczestników było z pewnością kilkaset tysięcy, a przyjechali do
Częstochowy, aby złożyć dziękczynienie za błogosławionego Jana Pawła II. Radio
Maryja, świadome, jak manipulują informacją elektroniczne media – nie wydało
żadnej akredytacji dziennikarzom. Ale co tam akredytacja – myśmy tu czwartą
władzą. Ekipa Polsatu bezkarnie weszła w przestrzeń Mszy Świętej, przeszkadzała
zachowaniem w celebrze, usiłowała filmować i prowokować pielgrzymów. Spotkała
się z prostą reakcją odporu, ktoś zasłonił mikrofon. No i już mieli "haka" – tak
jakby od początku o to szło. Wezwali państwo redaktorzy policję, a ta zabrała na
przesłuchanie rzekomego agresora, który – na oczach świadków (a jest ich wielu,
jest też film) – został kopnięty przez operatora Polsatu. Co nie przeszkodziło
wcale pani Iwonie Śledzińskiej-Katarasińskiej (znanej z antysemickich artykułów
w 1968 r. w "Dzienniku Łódzkim", dziś szefowej sejmowej Komisji Kultury i
Środków Przekazu) sformułować "opinii" do przedyskutowania na posiedzeniu
sejmowej komisji. I skierowanej także do KRRiT oraz – uwaga! – do Ministerstwa
Spraw Wewnętrznych i Administracji. Wedle tej opinii, dziennikarzom
przeszkadzano w pracy i pani Śledzińska-Katarasińska zwraca się do Krajowej
Rady, aby podobne sytuacje ukróciła, a do MSWiA, aby zabezpieczyło dziennikarzom
wolność wykonywania obowiązków. Pani Śledzińska-Katarasińska wzywa także Radio
Maryja i "związane z nim partie" (?!), aby przeprosiły za jasnogórski incydent.
Opinia sformułowana jest w najczystszych kategoriach stalinowskiego donosu i
przypieczętowana li tylko siłą władzy. MSWiA ma tu pełnić rolę "strażnika
wolności słowa". Podobnie jak pełniły ją w roku 1968 oddziały ORMO na
uczelniach. Pani Śledzińska-Katarasińska coś o tym wie, bo wówczas była tubą
propagandy i działań towarzysza "Wiesława". Tak już ma – zawsze "przy tobie,
panie, stoimy i stać chcemy"…
Asumpt do tak bezprzykładnej manipulacji i próby zdławienia głosu wolnego Radia,
utrzymywanego w całości przez słuchaczy – dał wicemarszałek Stefan Niesiołowski.
Pełniący od dawna funkcję Palikota-bis wicemarszałek był zniesmaczony homilią
jasnogórską wieloletniego sekretarza Jana Pawła II, księdza arcybiskupa
Mieczysława Mokrzyckiego i we właściwej sobie, przebogatej poetyce raczył
zastosować swoją kliszę nr 1. Otóż arcybiskup to "nieuk", "kłamie", "po co
Kościołowi biskup, który kłamie", "niech lepiej znajdzie sobie inne zajęcie".
Pana wicemarszałka wzburzyły z pewnością słowa Jana Pawła II, które w swojej
wspaniałej homilii przypomniał ksiądz arcybiskup – o tym, że demokracja bez
poszanowania wartości łatwo przeradza się w jawny lub ukryty totalitaryzm. A
także wyjaśnienia, co w spadku po greckiej starożytności rozumiemy poprzez
pojęcie polityka (działanie na rzecz "polis" – miasta, kraju) i kogo starożytni
określali mianem idioty (tego, kto się polityką nie interesuje). A może zabolała
go obecność na Jasnej Górze rodzin smoleńskich – Jadwigi Gosiewskiej, Andrzeja
Melaka, Małgorzaty Wassermann, Ewy Błasik, Jarosława Kaczyńskiego? Tak czy owak
dał należyty odpór.
Dokładnie według tej samej recepty, w myśl której nazwał kilka dni wcześniej
kłamcą księdza biskupa Wiesława Meringa, określił jako nieuka księdza profesora
Józefa Krukowskiego z KUL, podczas nagonki na profesora Andrzeja Nowaka pytał
retorycznie: "Kto mu dał profesurę" itd. Mnożyć przykładów polityki miłości
Stefana Niesiołowskiego nie ma powodu – to zawsze ta sama sztanca. I ta sama
"partyjna czujność".
To był dramatu akt I. Czy teraz ciąg dalszy nastąpi, czyli perypetia? Z całą
pewnością podobnej kampanii nienawiści nie było od czasu sławetnego Jana Rema
(Jerzego Urbana) przeciwko błogosławionemu ks. Jerzemu Popiełuszce.
Nowe kłamstwo oświęcimskie
10 lipca przypadała tragiczna rocznica niemieckiego mordu na Żydach w Jedwabnem,
a następnego dnia – straszliwej rzezi wołyńskiej dokonanej na Polakach przez
banderowców. Obchody w Jedwabnem miały stosowną oprawę, także medialną, o
Wołyniu nie zająknął się bodaj nikt. Do Jedwabnego pan prezydent Komorowski
przysłał historyczny list odczytany przez Tadeusza Mazowieckiego.
Przepraszający, po raz drugi po Kwaśniewskim za Naród Polski, który, zdaniem
pana prezydenta, musi sobie uświadomić, że był nie tylko narodem ofiar, ale i
współsprawców. No to już doszliśmy do tylekroć falsyfikowanych tez niejakiego
Goldhagena o gorliwych katach Hitlera, czyli całym narodzie niemieckim. Pan
prezydent był łaskaw twórczo je przetransponować na polski Naród. Cały Naród.
Angela Merkel, bawiąca w tym czasie prywatnie na Helu u pana prezydenta, z
pewnością się ucieszyła z tak nieoczekiwanego prezentu.
Pogłębienie tej twórczej myśli prezydenta znalazło się natychmiast na łamach
tygodnika "Przekrój" z 11 lipca. Już sama okładka mówi za siebie: "My, Polacy,
zabójcy Żydów".
A w numerze tekst redaktora Nowika. W całości przytaczać go nie warto i nie
wolno, wystarczą te słowa: "Zbyt łatwo zapominamy, że ci, którzy znaleźli śmierć
w płonącej stodole, w obozach koncentracyjnych, w komorach gazowych, mieli
polskie obywatelstwo. Mówili po polsku, chodzili do polskich szkół. Byli
Polakami. Dopóki nie zrozumiemy, że 70 lat temu sami sobie zgotowaliśmy ten los,
nie wyciągniemy nauki z tej lekcji historii". Cóż to znaczy? Ano że nie tylko
odpowiedzialni jesteśmy jako naród za Jedwabne, ale sami sobie zbudowaliśmy
obozy koncentracyjne. Zupełnie jak ta Gogolowska wdowa, co to sama siebie
wychłostała.
Tylko że tu już na ironię nie ma miejsca – to nowa postać kłamstwa
oświęcimskiego. I szkalowanie własnego Narodu. A w mediach cisza. Nikt się nie
zająknął – ani w telewizji publicznej, ani w komercyjnych, o czymś tak
skandalicznym. Dziennikarski obowiązek wzięli na siebie blogerzy z
Blogmedia24.pl. Nie tylko nagłośnili temat, ale też skierowali do prokuratury
sprawę o podejrzenie popełnienia przestępstwa przeciwko Narodowi Polskiemu. Ale
czy nasze "rozgrzane" prokuratury i sądy wykażą się równie obywatelską postawą?
Praktyka ostatnich lat i tygodni każe patrzeć na to ze sceptycyzmem. Niemniej w
zwierciadle blogerów mogliśmy zobaczyć, jakie naprawdę są – rzekomo polskie –
media.
Czystki ciąg dalszy
Z mediów elektronicznych żelazna miotła Platformy wymiotła już wszystkich
niezależnych dziennikarzy. Nie ma "Misji specjalnej", "Warto rozmawiać", "Antysalonu",
programu "Bronisław Wildstein przedstawia".
Teraz miotła zahaczyła o kanał TVP Kultura. Jedyny, dla którego warto było w
ogóle otwierać telewizor. Dyrektorował mu przez pięć lat, ze świetnym
rezultatami zarówno finansowymi, jak i artystycznymi wybitny poeta Krzysztof
Koehler. Z dnia na dzień został odwołany – podobno z powodu "zmiany koncepcji".
Na jaką? Łatwo zgadnąć z nominacji następczyni Katarzyny Janowskiej,
eks-szefowej "Przekroju". Pani ta w sierpniu 2010 r. błysnęła niewiarygodną
wizją demokracji i społeczeństwa obywatelskiego na jego łamach. Opisując
straszliwe sceny poniżania ludzi na Krakowskim Przedmieściu, bezczeszczenia
krzyża, pospolitego chamstwa, z entuzjazmem witała tłuszczę pod wodzą Dominika
Tarasa: "Dominik Taras, chłopak, który na Facebooku dał sygnał, że warto się
spotkać przed Pałacem Prezydenckim w wieczór poprzedzający "Akcję Krzyż",
spodziewał się, że przyjdzie 20 znajomych. Następnego dnia na Krakowskim
Przedmieściu pojawiło się siedem tysięcy osób. Przebrali się, namalowali
transparenty z hasłami w stylu: zburzyć Pałac Prezydencki, bo zasłania krzyż – i
tak uzbrojeni, bez większych ekscesów [sic! – E.M.] ruszyli, aby przypomnieć,
gdzie jest miejsce Kościoła i symboli religijnych w świeckim państwie. Śmiechem
rozbroili przeciwników, śmiechem obnażyli słabość państwa, śmiechem pokazali
(…), że Kościół niszczy swój autorytet. Przed laty Pomarańczowa Alternatywa
stworzyła artystyczną formę dla protestu obywatelskiego, która teraz odżyła na
deptaku Warszawy. (…) Weszli na nią obywatele świadomi swych praw i
obowiązków. (…) Prawdziwi Polacy".
Na początku lat 90. w Krakowie słuchałam wykładu profesora Jerzego Jedlickiego.
Tłumaczył on, że demokrację można wprowadzić z dnia na dzień. Ale wytworzenie
obyczaju demokratycznego, społeczeństwa obywatelskiego to harówka na dekadę lub
dwie. Nie pomylił się autor dziejów inteligencji polskiej. 20 lat trzeba było
poczekać, aby zobaczyć obywateli w "obywatelskiej akcji".
Właściwie każdy komentarz jest zbędny. Ale to pisze osoba, która wcale rozumnie
rozmawiała np. z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, wielkim księciem prawdy. I co?
I pstro – nic nie zostało. Koniunktura polityczna zeżarła poglądy. Porównywanie
działań Pomarańczowej Alternatywy w czasie opresji stanu wojennego do wybryków
hołoty najgorszego kalibru na Krakowskim Przedmieściu to mniej więcej tak jak
porównywanie demokracji z demokracją socjalistyczną.
Takie są dziś, w czasie rządów "partii miłości", standardy: ochlokrację mianuje
się demokracją. A pani Katarzyna Janowska, jak większość tzw. dziennikarzy – zna
prawo mimikry. I to jest właśnie szefowa tej "zmiany koncepcji" w TVP Kultura. I
to są nasze, widzów, szanse na program tego kanału pod jej rządami.
Nie chcę kończyć pesymistycznie, aczkolwiek nadzieja jest dziś cnotą trudną. Ale
poddać się – nie wolno. Przeżyliśmy stan wojenny, drukowaliśmy niezależne
książki i prasę, mamy doświadczenie. Trzeba będzie – zejdziemy do sita, wałków,
do piwnic. Oby tylko świadomości nam starczyło. Nie wolno zapomnieć o tym, co w
"Raporcie z oblężonego miasta" przekazał nam Zbigniew Herbert:
teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody
zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnych
zwykłe wahanie nastrojów losy jeszcze się ważą
cmentarze rosną maleje liczba obrońców
ale obrona trwa i będzie trwała do końca
i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden
on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania
on będzie Miasto
Dr Elżbieta Morawiec
