Raport jak królik z kapelusza
Z płk. rez. Jerzym Głowalą, szefem Sztabu 2. Brygady Lotnictwa
Taktycznego w Poznaniu w latach 2002-2007 i Oddziału Operacyjnego Dowództwa Sił
Powietrznych, w latach 2007-2010 rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Jak odebrał Pan informacje prokuratorów wojskowych, że gen. Andrzeja
Błasika nie było w kokpicie?
– Już w poprzednim wywiadzie dla "Naszego Dziennika" określiłem swój stosunek
do zarzutów, jakie kierowano pod adresem śp. gen. Andrzeja Błasika. Dziwiłem
się, że w ogóle była tak intensywna nagonka na niego. Tylko dzięki uporowi pani
generałowej Ewy Błasik i "Naszemu Dziennikowi" walka o dobre imię gen. Błasika
cały czas się toczy. Nigdy nie wierzyłem, że Andrzej był w kokpicie. Dobrze go
znałem i wiem, że nie miał zwyczaju wchodzenia do niego. Od początku katastrofy
winiłem stronę rosyjską za to, że my wciąż do końca nie wiemy wszystkiego. Jak
pan doskonale wie, niektóre rzeczy są w dalszym ciągu jedynie poszlakami. Nie
wiem, czy kiedykolwiek strona rosyjska przyzna się do winy, że nie dostaliśmy do
tej pory nagrania z wieży kontrolnej. Bulwersujące jest to, że do dziś mamy
jedynie duplikaty czarnych skrzynek i nie wiemy, co się naprawdę działo 10
kwietnia 2010 r. na wieży w Smoleńsku. Z tego, co dotychczas dostaliśmy od
Rosjan, nie da się zbudować klarownego obrazu sytuacji.
Przez prawie dwa lata dziennikarze i politycy wałkowali na wszelkie
możliwe sposoby ponoć niepodważalną tezę o obecności dowódcy Sił Powietrznych w
kabinie pilotów i to, czy bezpośrednio czy pośrednio wpływał na ich decyzje.
Teza upadła, ale do przeprosin nikt się nie kwapi.
– To nie jest normalne. Na całym świecie, nie tylko w Polsce, jest przyjęte,
że w takich przypadkach rodzina niesłusznie szkalowanego oficera jest
przepraszana. Edmund Klich, który pierwszy powinien je złożyć pani Ewie Błasik,
zmuszany przez dziennikarzy próbuje jedynie przepraszać. Nie wiem do końca, czy
to są przeprosiny. Pamiętamy przecież pierwsze strony gazet w kraju i za granicą
z dużymi zdjęciami generała Andrzeja Błasika i pomówieniami rzucanymi pod jego
adresem z informacją o rzekomym alkoholu w jego krwi. Łatwo pisało się takie
czołówki, bo inni z łatwością kupowali takie sensacje. Dziś jakoś nikt nie chce
wziąć za nie odpowiedzialności. Te same gazety czy inne media powinny na swoich
pierwszych stronach zamieścić oficjalne przeprosiny. Niestety nie wiem, czy jest
to w ogóle realne w naszej rzeczywistości. Pan Edmund Klich mówi dziś, że to nie
jego wina, bo opierał się na zdaniach ekspertów. Pytam: Jakich ekspertów? Niech
wymieni choć jedno nazwisko. Kto taką ekspertyzę na temat gen. Błasika mu
przedstawił, czy może tylko wziął stanowisko strony rosyjskiej i podał jako
pewnik? Teraz tzw. eksperci lotniczy będą zrzucać winę jeden na drugiego.
Machina propagandowa pracuje dalej. Jerzy Miller podzielił się z
dziennikarzami "Gazety Wyborczej" "przeczuciem", jakoby w kokpicie było nawet
dwóch generałów: Andrzej Błasik i Tadeusz Buk, bo w odczycie pada słowo "tadek".
– To raczej wątpliwa sytuacja. Który z pilotów byłby w tak zażyłych
stosunkach z generałem Bukiem? Być może komisja Jerzego Millera czy prokuratura
mają jeszcze jakieś inne, nieujawnione dowody. Powiem krótko: coś tu po prostu
nieładnie pachnie. Przecież nie robi się tak, że nagle wyciąga się nie wiadomo
skąd i nie wiadomo jakie dowody, gdy praca komisji Millera została zakończona
protokołem. Dlaczego mówi się teraz o jakimś "tadku", dlaczego to nie znalazło
się w raporcie? Może to są jakieś utajnione załączniki, o których nikt nie wie?
Komisja Millera, wbrew ustaleniom policyjnych laborantów, przypisała
słowa odczytu z wysokościomierza barometrycznego gen. Błasikowi. Dziś wiemy, że
były to słowa drugiego pilota, Miller mówi, że nie ma to już znaczenia.
– To są właśnie nasi eksperci lotniczy. Najpierw podważyli wiarygodność
pilotów, szkalowali ich i podawali bezsensowne informacje, że pasażer – gen.
Błasik – który nie był wyszkolony na ten typ statku powietrznego, podejmował
decyzje za dowódcę tupolewa, teraz nie chcą przyznać się do winy. Sytuację z
domniemaną obecnością gen. Błasika w kokpicie można porównać do rajdu
samochodowego. Proszę pomyśleć: jedzie samochodem jakiś Hołowczyc z nawigatorem,
który podaje mu właściwy kurs jazdy, a z tyłu siedzi pasażer, który wszystkiego
dobrze nie widzi, lecz wmawia nam się, że to on o wszystkim decyduje. To bzdury.
Jeszcze raz podkreślę, Andrzej nie miał zwyczaju wchodzenia do kokpitu. Wiem to,
bo wiele razy jako pasażer z nim leciałem. Po drugie, skoro z ekspertyzy IES
wynika, że właściwą wysokość podawał drugi pilot, a nie gen. Błasik, to oznacza,
że załoga właściwie współpracowała i samolot był pod jej pełną kontrolą, a
piloci zaufali kontrolerom w Smoleńsku. Dziwny jest dla mnie fakt, że w
samolocie nic się nie dzieje, nie ma nerwowej atmosfery, drugi pilot podaje
właściwą wysokość i nagle dochodzi do katastrofy. Nie jestem ekspertem
lotniczym, nie czytałem dokumentów, którymi dysponuje prokuratura, nie byłem też
na miejscu katastrofy, ale wiem, że samolot nie był w osi pasa, a kontroler cały
czas podawał, że jest na kursie i na ścieżce. Dla mnie jest to niepojęte,
dlaczego tej sprawy nie możemy dziś rozstrzygnąć, gdy ponadto wiemy, że w
korespondencji między samolotem a wieżą uczestniczyli kontrolerzy i załoga, a
nikt spoza niej.
Minister Miller posunął się do stwierdzenia, że piloci wręcz
zarzucali mu brak adekwatnego wyeksponowania odpowiedzialności gen. Błasika za
katastrofę. Spotkał się Pan z takimi opiniami kolegów, którzy są pilotami?
– Nie warto nawet tego komentować. Zarówno ja, jak i moi koledzy piloci mamy
inne zdanie na ten temat. Każdy, kto faktycznie znał gen. Błasika, wiedział, jak
zachowywał się na pokładzie samolotów. Niestety, dziś mamy do czynienia z taką
niepokojącą sytuacją, że czynne środowisko lotnicze od początku katastrofy
milczy na ten temat, być może jest to nakazowe i celowe. Sama ekspertyza
krakowskiego instytutu nie wyjaśnia jeszcze przyczyny katastrofy Tu-154M. Przy
takiej prędkości samolotu, gdyby ten krytycznie zderzył się z brzozą, po prostu
ściąłby ją i skrzydło by nie odpadło. Tym bardziej że brzoza nie ma twardego
drewna, a w stenogramach nie ma dźwięku zderzenia z brzozą. Na pewno jednak po
tym, co ogłosili prokuratorzy na konferencji, nie można dziś zarzucić załodze,
że była niedoszkolona. Oni doskonale wiedzieli, jakie są ich obowiązki, znali
dokładnie procedury lotu. To podważa raport MAK i raport Millera. Poprzednia
wersja była bowiem taka, jakby ktoś dowodził statkiem powietrznym z zewnątrz,
spoza załogi. Dziś wiemy, że piloci lecieli zgodnie z procedurami. Jeszcze raz
podkreślę: niejasne dla mnie jest to, dlaczego piloci cały czas byli utwierdzani
przez kontrolerów z Siewiernego, że są na kursie i w osi pasa, i dlaczego
kontrolerzy podawali im odległość, w jakiej są od niego. Może tam środki
radiolokacyjne nie funkcjonowały, a kontrolerzy "na czuja" sprowadzali samolot?
Rodzą się tu poważne wątpliwości co do sposobu sprowadzania samolotu.
Miller broni domniemania obecności gen. Błasika w kokpicie, powołując
się na miejsce odnalezienia ciała, czyli jakoby kokpit, choć wiemy, że nawet w
rosyjskich materiałach jest mowa o sektorze nr 1, w którym było też ciało
prezydenta.
– Z tego, co wiadomo, nawigator był przypięty pasami, gen. Błasik miał nie
być. Już w momencie przechyłu samolotu człowiek przecież traci stateczność i
leci do przodu. Generał Błasik nie musiał być w kokpicie, by po katastrofie jego
ciało znalazło się nieopodal ciała nawigatora. Tym bardziej że – jak
usłyszeliśmy na konferencji prokuratury – możliwe, że drzwi do kokpitu były
otwarte. Weźmy zwykły przykład autobusu. Co się dzieje z pasażerem, który stoi z
tyłu, gdy kierowca nagle ostro zahamuje? Jeżeli nie zdąży się czegoś złapać,
może nawet przesunąć się do przodu o kilka metrów.
Prokuratura poinformowała, że w pierwszym sektorze miejsca oględzin
odnaleziono w sumie 13 ciał, wśród nich gen. Andrzeja Błasika.
– Ja już nie wiem, która wersja raportu jest prawdziwa. Dlaczego komisja
Millera teraz takie rzeczy wyciąga i ci prokuratorzy? Tak, jakby coś było ukryte
w tym raporcie. Może trzeba obalić całkiem tamten raport, wyrzucić go na
śmietnik, no bo coś tu jest nie tak. Czytałem w "Naszym Dzienniku" wywiad z
jednym z członków komisji Millera. Śmiesznie się zachował, bo na pytania nie
odpowiadał, twierdząc, że komisja jest rozwiązana i on nie będzie rozmawiał na
te tematy. Nie rozumiem tego. Pod raportem podpisało się ponad trzydzieści osób,
ujawnili go, odczytali, podając szczegóły opinii publicznej. I co – nagle
pojawia się jakaś wiedza tajemna? Skąd ci panowie z komisji wyciągają teraz
jakieś dodatkowe rzeczy, które nie znalazły się w raporcie komisji Millera? To
niepoważne. Cały ten raport jest totalną porażką.
Dziękuję za rozmowę.
