Rak to nie musi być wyrok
Niekończące się kolejki do specjalistów i na badania, a nawet do
rejestracji w największych polskich szpitalach onkologicznych to rzeczywistość
wielu Polaków, którzy usłyszeli diagnozę: rak. Eksperci są jednak zgodni, że ona
wcale nie musi oznaczać wyroku. W Polsce można byłoby uratować co najmniej 30
proc. więcej cierpiących na tę chorobę, gdyby… udało się uleczyć system służby
zdrowia i poprawić profilaktykę.
Wiesław Piwowar z Nowosądecczyzny przed kilkoma laty zachorował na przewlekłą
białaczkę szpikową. Trzy lata temu przeszedł przeszczep szpiku kostnego.
Niestety, wkrótce potem wystąpiły komplikacje. U mężczyzny pojawił się
"przeszczep przeciwko gospodarzowi" (organizm odrzuca przeszczepiony narząd, a w
tym wypadku szpik kostny). Pan Wiesław przestał pracować, by podjąć leczenie
(jedynie częściowo refundowane), które wiązało się z częstymi dojazdami na
zabiegi do Krakowa. Wtedy pojawiły się problemy finansowe, mimo wsparcia
rodziny. By zapewnić utrzymanie trzem małoletnim synom, pracę zarobkową
rozpoczęła żona. Mimo to pan Wiesław miał problemy ze sfinansowaniem dalszego
leczenia. Dlatego zwrócił się o wsparcie do krakowskiej Fundacji Urszuli Smok
Podaruj Życie. Dziś – jak mówi – jego stan zdrowia poprawił się, ale nie
wiadomo, jak długo jeszcze będzie musiał się leczyć. Nie wiadomo też, czy i
kiedy będzie mógł wrócić do pracy. Długotrwała terapia mocno nadwerężyła jego
zdrowie i wywołała szereg skutków ubocznych, m.in. zaćmę.
Wielu osobom w podobnej sytuacji jak pan Wiesław pomagają fundacje i
stowarzyszenia chorych na nowotwory. Jednak ich możliwości i środki finansowe są
ograniczone…
Więcej na leki i terapię
Jedna z lekarek onkologów pracująca przez kilka lat w Irlandii przyznaje, że po
powrocie do Polski doznała niemiłego rozczarowania poziomem opieki nad
pacjentami z chorobami nowotworowymi. Ze względu na niepewną jeszcze sytuację
zawodową nie chce ujawniać nazwiska. Jej obserwacje dotyczące systemu
irlandzkiego i polskiego są jednak interesujące. – W Polsce chorzy na nowotwory
mają słaby dostęp do nowoczesnych lekarstw i metod leczenia tych chorób – mówi
wprost. Przyznaje, że jeśli chorzy w Polsce chcą mieć dostęp do najnowszych
metod leczenia, muszą często za nie zapłacić, bo nie są one refundowane przez
NFZ. – Bywa też, że np. NFZ zgodzi się na stosowanie nowoczesnej terapii czy
leku przez 3 miesiące, podczas gdy musi ona być stosowana nieprzerwanie przez
pół roku. Potem trzeba przerwać leczenie, a gdy czekamy na kolejną zgodę NFZ,
nowotwór rozwija się – mówi z wyrzutem lekarka.
Ekspert wskazuje, że w Polsce nadal występują problemy z dostępem do PET
(pozytonowa tomografia emisyjna), czyli nowoczesnego sposobu diagnozowania,
który umożliwia wykrycie m.in. nowotworów w bardzo wczesnej fazie ich rozwoju i
umiejscowionych na trudnych do zdiagnozowania organach.
W naszym kraju ciągle mało jest też tzw. cybernetycznych noży, czyli
akceleratorów emitujących promieniowanie fotonowe. Każdy z nich umieszczony jest
na obrotowym ramieniu, umożliwiającym "rażenie" chorych miejsc niemal z każdej
strony. Taki medyczny robot pozwala na dokładne usuwanie chorych komórek
rakowych bez konieczności przeprowadzania operacji chirurgicznej, co znacznie
skraca okres dochodzenia pacjenta do zdrowia.
Kolejki do specjalistów
Godzina 8.30. Budynek rejestracji do przychodni warszawskiego Centrum Onkologii.
Setki w większości starszych ludzi czekają w kolejce do rejestracji. Nie słychać
narzekań czy krzyków, choć na twarzach wielu maluje się wyraz cierpienia.
Wszyscy albo chorują, albo kończą proces leczenia nowotworu, często złośliwego.
Czas w tym procesie często decyduje o długości życia. A tu nawet na rejestrację
trzeba czekać od 40 minut do kilku godzin.
– Jeśli do centrum przyjdzie się o 5.00, można być zarejestrowanym zaraz po
otwarciu rejestracji, mając pierwszy czy drugi numerek. Ale jeśli przyjdzie się
później, czeka się długo, zwłaszcza jeśli jest się tu po raz pierwszy – tłumaczy
pani Teresa. Ma nowotwór szyjki macicy z przerzutami na wątrobę i trzustkę. Jest
w trakcie chemioterapii.
Pani Władysława z Warszawy nie mogła jednak przybyć o 5.00 do budynku, w którym
mieści się rejestracja. Pokazuje swój numerek – 367, i patrzy z dezaprobatą na
tablicę w holu, na której od dłuższego czasu wyświetlany jest numer 278. –
Jeszcze trochę będę musiała stać. Tak długo to trwa – mówi smutno. Po chwili
jednak z uśmiechem dodaje: "Ale dziś wcale nie jest najgorzej…".
Rejestracja wcale nie jest najdłuższym etapem oczekiwania dla pacjentów. – Do
gabinetów trzeba również długo czekać, ok. 3 godzin do jednego gabinetu –
opowiada pani Władysława, zauważając, że czasami trzeba skorzystać z porady np.
dwóch specjalistów. Wtedy zdarza się, że w przychodni spędza cały dzień. – A
przecież na te wizyty oczekują też pacjenci w dużo gorszej kondycji niż ja,
wycieńczeni chorobą, terapią itd. – podkreśla z kolei pani Teresa. Czekają
niekiedy bardzo długo, bo lekarze spóźniają się, ponieważ przedłużyła im się np.
operacja wykonywana na oddziale lub w klinice. – W dodatku bez względu na to,
który ma się numerek, o której by się nie przyszło pod gabinet, o kolejności
przyjęcia decyduje lekarz. Można więc przyjechać do przychodni jako pierwszy, a
być przyjętym jako ostatni – mówi zirytowana pani Teresa, dodając, że nie
rozumie, z czego to wynika. Wskazuje też, że w warszawskim ośrodku lekarze
przyjmują tylko do godz. 15.00-15.30, mimo ogromnej liczby pacjentów, podczas
gdy inne przychodnie onkologiczne w Polsce są otwarte nawet do godz. 18.00.
Niestety, również w innych ośrodkach chorzy na nowotwory czasem bardzo długo
czekają na badania oraz wizyty u specjalistów. – Średnie kolejki na leczenie z
11 sierpnia br. to: w oddziałach chirurgii onkologicznej – ok. 46 dni, w
oddziałach radioterapii – ok. 21 dni, w zakładzie radioterapii (leczenie
ambulatoryjne) – kilka dni, na oddziale ginekologii onkologicznej – ok. 53 dni,
na oddziale chemioterapii (Onkologii Klinicznej) – ok. 10 dni – mówi wprost
Marcin Kozioł, rzecznik Dolnośląskiego Centrum Onkologii we Wrocławiu. Dodaje,
że średni czas oczekiwania np. na badanie rezonansem magnetycznym wynosi tam ok.
2 miesięcy.
Ciężko o skierowanie
Kamil Dolecki ze Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Mięsaki Sarcoma zwraca uwagę,
że lekarze pierwszego kontaktu, od których często zależy szybkość
zdiagnozowania, a więc i szanse na wyleczenie chorych na ten typ nowotworu
tkanek miękkich lub kości, niejednokrotnie bagatelizują problem.
– Lekarze często nie chcą wypisywać skierowań na badania, a bez nich – przede
wszystkim bez wykonania zdjęć rentgenowskich – nie można zdiagnozować tej
choroby. Nie chcą również kierować takich pacjentów do specjalistów, którzy
także zwykle bardzo szybko stawiają właściwą diagnozę – zwraca uwagę pan Kamil,
przypominając, że czas w tej chorobie ma decydujące znaczenie. Mężczyzna przed
kilkunastu laty chorował na mięsaka. Między innymi jego przykład pokazuje, że
można pokonać także taki typ nowotworu złośliwego, trudnego (często
niewidocznego) do wykrycia, jeśli odpowiednio wcześnie zostanie on rozpoznany. –
Dlatego przeprowadzamy akcje informacyjne, także dla lekarzy pierwszego
kontaktu, by uświadomić im, że nie należy bagatelizować żadnych objawów, które
mogą wskazywać na obecność mięsaka – dodaje.
Mogłabym umrzeć, gdybym czekała na badania
Chorzy na nowotwory podkreślają, że polska służba zdrowia jest nieprzygotowana
na leczenie takich chorób, w których czas ma "wartość" życia. – Oczekuję od
służby zdrowia przede wszystkim humanitaryzmu. Gdy zgłosiłem się na izbę przyjęć
z krwotokiem wywołanym nowotworem, domagano się ode mnie najpierw potwierdzenia
ubezpieczenia – mówi pan Andrzej z Warszawy, chory na chłoniaka typu B,
przyznając, że akurat w tym czasie nie był nim objęty. Zaznacza, że znajdował
się jednak wówczas w sytuacji zagrożenia życia.
Problemem dla chorych na nowotwory są też niezwykle długie terminy oczekiwania
na wykonywanie niektórych dodatkowych badań. Pani Władysława z Warszawy
opowiada, że badania echa serca musiała wykonać prywatnie, bo na zrobienie go w
ramach ubezpieczenia musiałaby czekać ok. 3 miesięcy. Uważa jednak, że miała
szczęście, bo pozostałe badania wykonano dość szybko.
O szczęściu mówi także pan Janusz z Warszawy, chory na raka prostaty. – Czekałem
zwykle na wizytę u lekarza 3 miesiące, a potem pół roku, ale akurat w moim
przypadku nie było potrzeby wcześniejszych wizyt – zaznacza. Pan Janusz na
szczęście po 10 latach kończy już leczenie i liczy, że wkrótce zapomni o
chorobie.
Czas miał natomiast ogromne znaczenie dla pani Teresy z województwa
kujawsko-pomorskiego. Jak mówi, też miała trochę szczęścia, bo udało jej się
stosunkowo szybko wykonać badania tomografem komputerowym oraz rezonansem
magnetycznym, na które zwykle trzeba długo oczekiwać. Ale niestety utknęła na
innych badaniach. – Najdłużej czekałam na wyniki badania histopatologicznego –
prawie 20 dni. Myślałam początkowo, że przeprowadzę je w swoim rodzinnym
mieście, aby było krócej, ale dowiedziałam się w Warszawie, że w Centrum
Onkologii mogą one nie być uwzględnione, i musiałabym znowu czekać na kolejne
badania oraz ich wyniki. To zaś oznaczało, że mogłabym umrzeć, zanim zostałabym
przebadana – wskazuje.
Pani Teresa zauważa jednak, że częściowo rozumie powody, dla których warszawskie
CO z rezerwą podchodzi do badań wykonywanych w mniejszych ośrodkach.
Zobrazowaniem tych obiekcji jest jej własna historia.
– Każdego roku robiłam badanie cytologiczne. Ostatnie odbyło się w kwietniu br.
i nie wykazało żadnych zmian! A w maju okazało się, że mam nowotwór – mówi z
żalem. Lekarz w warszawskim CO powiedział wprost, że badanie musiało zostać źle
wykonane…
Oblężenie dużych szpitali
Problemy z kompetentną pomocą medyczną w mniejszych ośrodkach sprawiają też, że
więcej chorych z mniejszych miast i wsi wybiera leczenie w dużych,
wyspecjalizowanych szpitalach.
Pani Teresa przyznaje, że przyjeżdża do Warszawy na leczenie aż z województwa
kujawsko-pomorskiego, bo szuka kompetentnej pomocy. Potwierdza, że do
warszawskiego centrum zgłaszają się pacjenci niemal z całej Polski. – Bo są tu
specjaliści rzeczywiście wielkiej klasy – zaznacza. Dodaje, że personel bardzo
dobrze traktuje pacjentów, z wielką delikatnością i wyrozumiałością. – To bardzo
ważne dla ludzi z taką chorobą – wskazuje.
Jednak zdaniem prof. n. med. Zbigniewa Noweckiego, pełniącego obowiązki zastępcy
dyrektora warszawskiego Centrum Onkologii, sytuacja, gdy chorzy wybierają
leczenie w dużych ośrodkach, sprawia, że jeszcze bardziej zwiększa się liczba
pacjentów CO, a więc i kolejek do rejestracji i specjalistów. – Mogliby leczyć
się w innych ośrodkach, ale przyjeżdżają do nas m.in. dlatego, że gromadzimy w
jednej jednostce specjalistów: onkologów klinicznych, radioterapeutów, chirurgów
onkologów, patologów, biologów molekularnych, rentgenodiagnostów itd.
wyspecjalizowanych w diagnostyce i specyficznym leczeniu poszczególnych typów
nowotworów narządowych. Pewnie dlatego poziom leczenia w naszym centrum
przewyższa poziom leczenia w wielu innych szpitalach i jest porównywalny co
najmniej z poziomem europejskim – mówi z dumą.
Molochy czy decentralizacja?
Profesor Bogdan Chazan, dyrektor Szpitala Ginekologiczno-Położniczego im.
Świętej Rodziny w Warszawie, zauważa, że dla pacjentów nie jest korzystne
monopolizowanie leczenia nowotworów przez wielkie ośrodki. – Prowadzi to do
sytuacji, że chorzy, będący i tak pod wpływem dużego stresu, wywołanego
zachorowaniem czy nawet podejrzeniem wystąpienia nowotworu, są diagnozowani i
leczeni w warunkach, gdzie trudno o intymność i prywatność. Poczekalnie są
przepełnione, czas oczekiwania długi – przyznaje dyrektor placówki, w której od
trzech lat działa oddział Chirurgii Onkologicznej, a od maja br. prowadzi się
tam m.in. zabiegi chemioterapii.
Jego zdaniem, rozwiązaniem tej sytuacji jest rozwój oddziałów onkologicznych w
innych szpitalach. Zaznacza jednocześnie, że muszą to być oddziały
przestrzegające zasad diagnostyki i terapii określonych przez nadzór krajowy i
współpracujące z profesjonalnymi centrami onkologii.
Rozwiązanie takie popiera także prof. Nowecki, dodając, że pacjenci z
podejrzeniem nowotworu powinni być leczeni w wyspecjalizowanych placówkach. –
Nie mówię, że tylko u nas. Można stworzyć całą sieć placówek onkologicznych
"satelickich" w mniejszych ośrodkach – Siedlcach, Radomiu, Płocku itd. Ale one
powinny być w ścisłym kontakcie merytorycznym z centrum onkologii. W zwykłych
szpitalach, moim zdaniem, zasadne jest prowadzenie wstępnej diagnostyki
nowotworów – wyjaśnia.
Według prof. Noweckiego, takie właśnie rozwiązania pomogą uniknąć np. takich
sytuacji, jak błędnie wykonane badania diagnostyczne czy też niewłaściwa terapia
lub operacja.
Stare centrum wobec nowych wyzwań
Tworzenie lub unowocześnianie istniejących już, mniejszych, lokalnych
szpitalnych oddziałów onkologicznych będzie niewątpliwie koniecznością w związku
ze wzrostem liczby zachorowań na nowotwory, których leczenie wymaga fachowej
pomocy. Jeśli to nie zostanie dokonane, efektem nadal będą ogromne kolejki do
centrów onkologicznych w Warszawie, Wrocławiu czy Gliwicach. By zobrazować
problem, wicedyrektor warszawskiego CO tłumaczy np., że przychodnia, która
została zaprojektowana jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku, była obliczona na
przyjmowanie 250-300 chorych. – Tymczasem obecnie dziennie zgłasza się do
przychodni ok. 1000 osób – podkreśla.
Z czego to wynika? Profesor Nowecki zwraca uwagę na fakt, o którym mówią wszyscy
eksperci, czyli na gwałtowny wzrost zachorowań na nowotwory. – Jest to liczba
niewspółmierna do liczby specjalistów, których zatrudniamy – przyznaje onkolog.
Plaga zachorowań na raka
Obserwacje prof. Noweckiego potwierdzają dane Ministerstwa Zdrowia. Z rządowego
"Narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych" wynika, że w ciągu
ostatniego półwiecza liczba zachorowań na nowotwory (ale też ich wykrywalność)
rośnie. Podczas gdy w 1963 r. nowotwory złośliwe spowodowały śmierć 34,5 tys.
mieszkańców Polski, to w 2008 r. liczba ta wzrosła do 93 tys., 3 lata temu
zarejestrowano też 131 tys. nowych przypadków zachorowań na nowotwory.
Statystycznie są one drugą przyczyną zgonów w naszym kraju.
Wzrost zachorowań i jednocześnie szybki wzrost liczby pacjentów potwierdza też
Dolnośląskie Centrum Onkologii we Wrocławiu. Jak informuje jego rzecznik Marcin
Kozioł, analiza danych z lat 1985-2009 wskazuje, że na Dolnym Śląsku w badanym
okresie stwierdzono wzrost liczby rejestrowanych zachorowań u mężczyzn w tempie
2 proc. rocznie, a u kobiet – 3 procent.
Rzecznik potwierdza również stały wzrost liczby pacjentów dolnośląskiego
centrum. – Średnio miesięcznie w specjalistycznej przychodni onkologicznej
przyjmujemy ok. 10 tys. 700 pacjentów. Liczba chorych systematycznie wzrasta –
zaznacza Marcin Kozioł. Tymczasem leczenie nowotworów w Polsce nie jest
finansowane w wystarczający sposób. Na pytanie o największe problemy ośrodka w
niesieniu pomocy chorym na nowotwory przedstawiciel DCO odpowiada, że
proponowane przez NFZ stawki na chemioterapię stacjonarną i ambulatoryjną oraz
na programy terapeutyczne – lekowe, są niewystarczające.
Ciągle za późno…
Z czego wynika wzrost zachorowań na raka? Profesor Nowecki uważa, że w pewnym
sensie powody są prozaiczne i znane od lat. – Mimo że głośno mówi się np. o
zagrożeniach płynących z palenia tytoniu, ciągle wzrasta liczba nowotworów
wywołanych np. tym nałogiem. Wzrasta też (o 10 proc. rocznie) liczba zachorowań
na czerniaki skóry, które przecież bardzo łatwo można zaobserwować! – wskazuje
onkolog. Jaki z tego wniosek? – Taki, że Polacy bagatelizują wiele ostrzeżeń
przed niewłaściwym opalaniem się i zbyt późno zgłaszają się do leczenia. Ciągle
zbyt mała liczba pacjentów bada się – wylicza.
Jego zdaniem, właśnie takie zachowania sprawiają, że mamy ciągle wysoki poziom
zgonów wśród osób chorych na nowotwory. – W Polsce tylko 30-40 proc. pacjentów
ze zdiagnozowanym nowotworem udaje się uratować i wyleczyć. W USA ten wskaźnik
wynosi 50-60 proc. – zauważa prof. Nowecki. Onkolog wyjaśnia, że leczenie
chorych w zaawansowanej chorobie nowotworowej jest znacznie droższe i o wiele
mniej efektywne. – W takich sytuacjach kosztem ogromnych środków możemy zdobyć
się jedynie na przedłużanie życia pacjentów – mówi wprost.
Trzeba zapobiegać
Zarówno lekarze, jak i przedstawiciele stowarzyszeń pacjentów są zgodni, że bez
usprawnienia diagnostyki nowotworów w Polsce, bez wcześniejszych badań i
zaangażowania samych pacjentów nie da się ani zmniejszyć kolejek do specjalistów
i specjalistycznych szpitali, ani zwiększyć liczby chorych, których uratuje się
od śmierci.
Stąd też po raz kolejny medycy przypominają o konieczności regularnych badań
cytologicznych, pozwalających na wczesne wykrycie raka szyjki macicy, w
przypadku raka piersi – o badaniach mammograficznych, a także o prześwietleniach
płuc, pozwalających na wcześniejsze wykrycie nowotworu tego narządu, czy
kolonoskopii, umożliwiającej wykrycie raka jelita grubego. Lekarze ostrzegają
też przed bagatelizowaniem zmian skórnych i zalecają, by w przypadku nawet
podejrzenia wystąpienia tzw. czerniaka, czyli nowotworu skóry, od razu udać się
do specjalisty.
Jednocześnie eksperci zwracają uwagę na znaczenie tzw. diagnostyki pierwotnej,
czyli wykrywania i usuwania czynników ryzyka wywołujących nowotwory. Jakie to
czynniki? – W przypadku raka szyjki macicy jest to m.in. zbyt wczesna inicjacja
seksualna, duża liczba partnerów seksualnych. A w przypadku raka piersi
czynnikami ryzyka są m.in. otyłość, aborcja, niekontrolowane stosowanie leków
hormonalnych, natomiast w przypadku raka płuc – palenie papierosów – wylicza
prof. Chazan. Profesor Nowecki uzupełnia tę listę ostrzeżeniami przed szkodliwą
żywnością i unikaniem ruchu.
Eksperci co do jednego są zgodni – jeśli sami pacjenci nie będą dbali o badania
i zdrowie, żadne pieniądze nie pomogą nam częściej wygrywać walki z rakiem. Z
drugiej strony NFZ i Ministerstwo Zdrowia muszą zadbać o to, by pacjenci mieli
rzeczywisty dostęp do badań, i to wykonywanych rzetelnie, oraz do lekarstw i
procedur ratujących życie.
Mariusz Bober
