Pytanie „dlaczego?” wciąż do mnie wraca
Z mjr. Jarosławem Cymerskim, oficerem Biura Ochrony Rządu, jednym z
inicjatorów rajdu motocyklowego do Smoleńska, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Były jakieś niespodzianki na trasie do Smoleńska?
– Jeżeli chodzi o tempo podróży, to wszystko było zgodnie z planem. Niestety,
mieliśmy awarie dwóch motocykli, ale byliśmy na tego typu ewentualność
przygotowani. Pierwsza miała miejsce na granicy polsko-białoruskiej. Nie było
sensu go wieźć przez całą Białoruś do Rosji, uzgodniliśmy ze Strażą Graniczną,
że do czasu naszego powrotu może zostać tam pod zadaszeniem. Zabraliśmy go w
drodze powrotnej. Drugi motocykl uległ awarii 150 km za Mińskiem, w drodze do
Smoleńska. Motor musieliśmy zabrać na lawetę. Naprawialiśmy go w warsztacie w
Mińsku.
Osoba, której motocykl zepsuł się na granicy polsko-białoruskiej,
kontynuowała wyprawę?
– Oczywiście. Tak mieliśmy zaplanowaną i zorganizowaną wyprawę, że jechał z nami
samochód serwisowy, który w przypadku, gdyby doszło do awarii, miał zabrać
ewentualnego motocyklistę. Zresztą również kolega z innego motoru mógłby zabrać
go jako pasażera.
Przyjechali Państwo na Siewiernyj w sobotę o godz. 8.41?
– Tak. Zgodnie z tradycją – jeżeli mogę tak określić – przyjechaliśmy w sobotę
na miejsce tragedii o godz. 8.41 czasu polskiego, a więc w godzinę katastrofy
Tu-154M. Wjechaliśmy kawalkadą motocykli, złożyliśmy wieniec, zapaliliśmy znicz
i uczciliśmy pamięć po tragicznie zmarłych minutą ciszy. Później było
kilkanaście minut na refleksję i wspomnienia. Muszę powiedzieć z pełną
odpowiedzialnością, że zarówno po stronie tamtejszych władz, jak i naszego
konsulatu, również rosyjskiej policji, wszelkie nasze potrzeby były zapewnione.
Mam tu na myśli sam przejazd, dostęp do miejsca, nie mieliśmy żadnych problemów.
Na miejscu był przedstawiciel Konsulatu RP w Moskwie, pani Violetta Sobierańska,
która zajmowała się nami. To więc, czego oczekiwaliśmy, mieliśmy zapewnione, i
wszystko przebiegało zgodnie z harmonogramem. Pogoda była różna, w stronę
Smoleńska trochę nas zmoczyło, ale w ogóle nam to nie przeszkadzało. Gdy
wracaliśmy z Katynia, udało nam się ominąć burzę, choć padało z lewej i z prawej
strony. Mieliśmy dużo szczęścia, bo udało nam się przejechać praktycznie bez
zmoknięcia.
Mogli Państwo podejść, żeby zobaczyć wrak tupolewa?
– Nie mieliśmy tego w planach. Naszym celem było złożenie hołdu tragicznie
zmarłym w katastrofie smoleńskiej pod kamieniem, który upamiętnia to zdarzenie.
Interesowaliśmy się głównie tym miejscem. Po oddaniu hołdu w miejscu tragedii
zmarłym 10 kwietnia ubiegłego roku pojechaliśmy do Katynia. Czekała tam na nas
pani przewodnik, która oprowadziła nas po cmentarzu. Oddaliśmy tam również hołd
pomordowanym polskim oficerom, zapalając znicze przed ołtarzem. Później znów
była chwila refleksji, wspomnień i powrót do Polski. W niedzielę o godz. 8.00
rano wyruszyliśmy z Mińska do Warszawy.
Który moment wyprawy był dla Pana osobiście najtrudniejszy?
– Często się wcześniej nad tym zastanawiałem i przypuszczałem, że będzie to
pobyt w miejscu katastrofy Tu-154M. Nie myliłem się. Mimo że upłynął już ponad
rok od tego tragicznego zdarzenia, to jednak emocje, szczególnie tam, w
Smoleńsku, w dalszym ciągu są ogromne, wybuchają ze zdwojoną siłą. Trzeba sobie
jednak z tym radzić, wrócić do normalnego życia, mimo że nie jest to łatwe. Na
miejscu tragedii te emocje cały czas nam towarzyszyły, wróciły wspomnienia, ból,
tęsknota za zmarłymi kolegami i pytanie: dlaczego doszło do tej katastrofy?
Każdy musi we własnym sumieniu odpowiedzieć sobie na to pytanie. Bardzo istotne
było dla nas uczczenie pamięci po tragicznie zmarłych kolegach,
funkcjonariuszach i innych osobach, które uczestniczyły w tym locie, w godnej
atmosferze, w ciszy i spokoju.
Łączyły Pana z którymś z oficerów, którzy zginęli na pokładzie tupolewa,
więzy przyjaźni?
– Panie redaktorze, na pokładzie tego samolotu było kilku moich przyjaciół,
m.in. por. Piotrek Nosek czy kpt. Paweł Janeczek "Janosik". Do dziś wspieram
małżonkę Piotrka, wie, że jestem, gdyby ewentualnie oczekiwała jakiejś pomocy.
Zresztą żony naszych kolegów mogą zawsze liczyć na nasze wsparcie, i to pod
każdą postacią. Uważam, że jest to duża zaleta naszej formacji, że jednak się
wspieramy. Wie pan, na pewne sprawy spogląda się inaczej, gdy nie dotyczą nas
one bezpośrednio. Kiedy tracimy kogoś bliskiego, przyjaciela, kolegę, jest
zupełnie inaczej, na pewno emocje grają tu olbrzymią rolę.
Do Smoleńska pojechała z Państwem siostra jednego ze zmarłych oficerów.
– Tak, siostra ppor. Marka Uleryka. Podróż znosiła bardzo dobrze, najtrudniej
było jej się zmierzyć z tymi emocjami na miejscu tragedii. Ale po to tam
przyjechała, by dać im upust, czuła się zobowiązana do oddania hołdu bratu,
skoro zaistniała możliwość wzięcia udziału w rajdzie. Ten wyjazd do Smoleńska na
pewno przyniesie jej pewnego rodzaju ulgę, mam takie wrażenie.
Dziękuję za rozmowę.
