Putin wrócił
Idea wyjątkowości drogi rosyjskiej nie jest aż tak beznadziejna, jak może
się wydawać na pierwszy rzut oka. Codzienne życie udowadnia nam i całemu światu,
że całkiem zwykłe wydarzenia nabierają w Rosji charakteru wydarzeń do niczego
niepodobnych.
Obecne wybory prezydenckie to najlepsze potwierdzenie tej tezy. Podczas gdy w
normalnych demokratycznych krajach na wybory idzie się, by wybrać prezydenta, to
w Rosji na odwrót – większość wyborców idzie głosować po to, by prezydenta nie
wybrać. "Jak zrobić, by Putin nie mógł rządzić trzecią kadencję prezydencką?" –
to pytanie stało się przewodnim motywem wielomiesięcznej kampanii wyborczej.
Przez dwie kadencje prezydenckie naród może mieć dość najlepszego nawet
prezydenta, a co dopiero powiedzieć o Władimirze Putinie. Po odstąpieniu w 2008
r. fotela prezydenckiego swojemu młodszemu koledze Dmitrijowi Miedwiediewowi,
Putin faktycznie pozostawał pierwszą osobą w państwie, co wywoływało w
społeczeństwie szydercze kpiny z prezydenta i rozdrażnienie Putinem. Jednak
kiedy 24 września ubiegłego roku ogłoszono nową roszadę tego tandemu, w wyniku
którego Putin miał znów zostać prezydentem, a Miedwiediew objąć stanowisko
premiera, rozdrażnienie przerodziło się w totalne oburzenie. Szczególnie
sprzyjało temu oświadczenie Putina, w którym przyznał, że już dawno ustalili
taki schemat z Miedwiediewem, praktycznie na samym początku. Zarozumiały ton
Putina, jego absolutne przekonanie o tym, że może bezkarnie łamać zasady
konstytucji i wymogi przyzwoitości, raptownie zmieniły stosunek społeczeństwa do
niego. Popularność premiera zaczęła szybko spadać, a oburzenie społeczne
gwałtownie rosnąć.
Rosja się budzi
Wybory parlamentarne z 4 grudnia 2011 r., podczas których przez masowe
fałszerstwa większość mandatów otrzymała partia rządowa Jedna Rosja, przelały
czarę goryczy. Ludzie wyszli na ulice. Jeden wiec za drugim, za każdym razem
zgromadzonych było coraz więcej, aż wreszcie 4 lutego 2012 r. liczba
protestujących na placu Bołotnym w Moskwie przekroczyła ponad 100 tysięcy.
Władza poważnie się zaniepokoiła i prewencyjnie zaczęła organizować wiece swoich
zwolenników. Na pompatyczne demonstracje przywożono brać studencką z prowincji,
która cieszyła się z bezpłatnej wycieczki do stolicy. Niektórzy za udział w tych
manifestacjach otrzymywali pieniądze. Inni byli zmuszani do przyjścia pod groźbą
wyrzucenia ze studiów, z pracy lub w zamian za obietnicę dodatkowych dni wolnych
albo specjalnych ulg i preferencji przy zdawaniu zaliczeń i egzaminów.
Wiece organizowane w celu poparcia władzy były szeroko transmitowane przez
uległe władzy i kontrolowane przez rząd media. Propaganda miała na celu
przekonać rosyjskie społeczeństwo o tym, że poparcie dla Putina jest powszechne
i szczere. Jednakże nawet sami reżyserzy tych spektakli nie wierzyli w to, o
czym tak bardzo chcieli przekonać innych. Dlatego wybory prezydenckie obarczone
były dla nich dużym ryzykiem. Ryzyko polegało oczywiście nie na tym, że
całkowicie kontrolowane przez władze komisje wyborcze odmówią posłuszeństwa i
uczciwie będą liczyć głosy wyborców. Ryzyko polegało na tym, że nastroje
społeczne – i bez tego niezbyt przychylne Putinowi – jeszcze bardziej ulegną
radykalizacji po masowych fałszerstwach w dniu wyborów.
Jednak Putin nie miał zbyt dużego pola manewru. Miał do wyboru: albo zostanie
prezydentem na jeszcze jedną lub dwie kadencje, czym zapewni sobie zachowanie
tego wszystkiego, co już do tej pory nakradł, oraz immunitetu – a co za tym
idzie, uniknie postępowania karnego, albo przekaże stanowisko i,
najprawdopodobniej, trafi przed trybunał. Trzeciej opcji nie było. Putin wybrał
wariant pierwszy, mało kto wątpił, że postąpi inaczej.
Łamanie praw wyborczych obywateli podczas wyborów prezydenckich zaczęło się
na długo przed dniem głosowania 4 marca. Ze spisu ewentualnych kandydatów
zostali skreśleni wszyscy, którzy mogliby wybić się na jakąkolwiek niezależność
od władzy. Kandydata demokratycznej partii "Jabłoko" Grigorija Jawlinskiego
skreślono z listy kandydatów, oskarżając go o to, że zebrane przez niego 2 mln
głosów są fałszywe. Eduardowi Limonowowi w najbardziej prymitywny sposób nie
pozwolono na zorganizowanie obowiązkowego zebrania jego komitetu wyborczego – do
hotelu, w którym wynajął salę, przyszła policja i nikogo nie wpuściła.
Czterej pozostali kandydaci na prezydenta – komunista Giennadij Ziuganow,
lider LDPR Władimir Żyrinowski, przewodniczący partii Sprawiedliwa Rosja
Siergiej Mironow i miliarder Michaił Prochorow – to postacie dające sobą
całkowicie sterować. Nie stanowią dla Władimira Putina żadnego zagrożenia. Każdy
z nich na pokaz zademonstrował rozkwit pluralizmu, lecz żaden nie zaryzykował,
by zostać realnym politycznym konkurentem Putina. Pierwsza trójka już dawno
zajmuje swoje miejsca w istniejącym systemie politycznym, a nowicjusz Michaił
Prochorow, bez wątpienia, dołączy do nich po wygranej Putina. Dzisiaj cała
władza jest skupiona w rękach prezydenta i premiera, dwóch przyjaciół, którzy
przerzucają sobie władzę jak piłkę do siatkówki.
Fałszerze złapani za rękę
4 marca władza zetknęła się z nowym dla niej zjawiskiem – niezależną
aktywnością społeczną. W wyborach w całym kraju uczestniczyło około 300 tys.
obserwatorów. Powstały organizacje społeczne mające zająć się obserwacją
wyborów, które szkoliły w ostatnich tygodniach dobrowolnych obserwatorów na
seminariach i kursach, uczono, jak ujawniać fałszerstwa. Władza nie była gotowa
na taką aktywność obywateli.
Wcześniej fałszerstwa odbywały się stosunkowo prosto – wszyscy o nich wiedzieli,
lecz nie wywoływały one takiego szerokiego społecznego wzburzenia. Można
powiedzieć, że społeczeństwo godziło się na nie. Teraz sytuacja uległa zmianie.
Wybory postanowiła kontrolować ogromna grupa obserwatorów. A każdy z
obserwatorów ma popierających go członków rodziny, krewnych, przyjaciół i
znajomych, kolegów z pracy. Znaczna część społeczeństwa zaczęła zwracać uwagę na
proces wyborczy.
Ma się rozumieć, że nie od razu odbiło się to na zamiarze władz fałszowania
liczenia głosów. Ale 4 marca sytuacja się zmieniła – jak gdyby społeczeństwo
wzięło kamerę, ustawiło ostrość i nagle zobaczyło cały obraz tak wyraźnie jak
nigdy wcześniej. Nie minęła doba od dnia głosowania, a internet i resztki wolnej
prasy już kipiały od informacji o masowych fałszerstwach i ich zdemaskowaniu.
Władza urządzała "karuzelę" – woziła autobusami tych samych przekupionych
ludzi po różnych obwodach wyborczych, gdzie wszyscy oni głosowali na Putina.
Ruchome brygady obserwatorów, dziennikarze i zwykli entuzjaści śledzili autobusy
i łapali fałszerzy za ręce. Czasem policja niechętnie wtrącała się, spisując
protokoły łamania prawa.
Władze sporządzały dodatkowe listy wyborcze osób niemających nic wspólnego z
danym obwodem wyborczym. Czasem byli to ludzie, którzy nawet nic o tym nie
wiedzieli. Potem ktoś głosował zamiast nich, oczywiście – na Putina.
Obserwatorzy sprawdzali listy, wyłapując fałszywych wyborców i czasem starali
się usunąć ich z list wyborczych.
Przez portale i sieci społeczne w internecie władze zwoływały chętnych do
zarobienia na wyborach – obiecując im od 1 do 5 tys. rubli za dodatkowe
głosowanie w obcych obwodach wyborczych. 4 marca praca szła pełną parą! Do
jednej z takich grup zapisali się polityczni aktywiści z opozycji i
dziennikarze. Przeszli wszystkie stadia fałszerstwa, wnikając we wszystkie
detale i dopiero na sam koniec, pokrzyżowali "imprezę". Tajna operacja została
ujawniona dzięki prasie. Niestety, to tylko jeden przypadek na tysiąc. Lecz
nawet na podstawie takiego jednego przypadku widać charakter fałszerstw, ich
wielkość, przemyślność oraz wielkość środków finansowych, jakie na te
niekonstytucyjneh działania wyłożyła władza.
Charakter fałszerstwa podczas wyborów 4 marca dobrze oddaje jeden dokument,
zdobyty przez obserwatorów. W instrukcji rozpisano grafik podstawienia autobusów
dla fałszywych "wyborców" z niektórych firm budowlanych i działania różnych
osób, w tym członków komisji wyborczych, skierowanych do fałszowania wyborów.
W pewnych przypadkach władza działała w bardziej brutalny sposób. Odnotowano
wiele przypadków, kiedy obserwatorów pod różnymi pretekstami usuwano z obwodów
wyborczych. Komisja wyborcza podejmowała odpowiednią decyzję, policjanci ją
wykonywali. Są znane przypadki pobicia obserwatorów.
Społeczeństwo liczy głosy
Definitywne podsumowanie naruszeń dopiero przed nami. Już teraz wiadomo o
wielu tysiącach przypadków fałszerstw. Na wszystkie oskarżenia przedstawiciele
władzy z kamienną twarzą odpowiadają, że nic podobnego nie nastąpiło.
CIK (Centralna Komisja Wyborcza) ogłosiła Putina zwycięzcą wyborów z prawie
64-procentową liczbą zdobytych głosów. – W Moskwie, gdzie była najsilniejsza
grupa obserwatorów, według danych CIK, Putinowi w udziale przypadło 47 proc.
głosów. Ziuganow zdobył prawie 18 proc., Prochorow – około 8 procent. Zresztą i
tak nie można na razie sprawdzić tych wszystkich liczb. W Centralnej Komisji
Wyborczej, do której nadsyłane są ostateczne wyniki, nie ma niezależnych
obserwatorów.
Społeczni obserwatorzy dysponują innymi liczbami. Według danych organizacji
"Obywatel obserwator", Putin otrzymał 45 proc., Prochorow – 22 proc., Ziuganow –
19 proc. głosów wyborców. Według danych Obywatelskiego Sondażu Wyborczego,
przeprowadzonego przez Sieciową Telewizję Społeczną, spośród 7 tys. wyborców po
wyjściu z obwodów wyborczych w 40 regionach kraju na Władimira Putina
zagłosowało 27 proc. wyborców, na Michaiła Prochorowa – 21 proc., a na
Giennadija Ziuganowa 12,8 procent.
Prawdziwe wyniki wyborów dzisiaj w Rosji mało kogo już interesują. Wszyscy
rozumieją, że uczciwego głosowania nie było. Przy tym system sądowy uległ
całkowitej degradacji. Władza liczy na siłę, społeczeństwo – na masowość i
jednomyślność. Centrum Moskwy od 4 marca jest zastawione wojskiem i policją. Na
poboczach centralnych ulic stoją wojskowe samochody ciężarowe. Na wszystkich
centralnych placach ulokowali się żołnierze wojsk wewnętrznych i oddziały
policji. Można odnieść wrażenie, że Moskwa znajduje się w stanie oblężenia. 5
marca – duże wystąpienia opozycji. Rozlegają się nawoływania do "pomarańczowej"
rewolucji. Cierpliwość społeczeństwa się wyczerpała.
tłum. Ewa Rzeczycka-Surma
