Przywrócić „żołnierzy wyklętych” zbiorowej świadomości Polaków
Rozmowa z posłem Leszkiem Dobrzyńskim (PiS), jednym z inicjatorów uczczenia „żołnierzy wyklętych” przez Sejm oraz budowniczym pomnika „Żołnierzy Wyklętych” w Sopocie
Pod koniec czerwca zeszłego roku trudno było Pana znaleźć w Sejmie. Potem się okazało, że chodził Pan po pomorskich bezdrożach z młodzieżowym patrolem, który uczestniczył w ipeenowskim rajdzie Szlakiem Żołnierzy Majora Łupaszki. Co Pana przekonało do udziału w tym przedsięwzięciu?
– O rajdzie usłyszałem kilka miesięcy wcześniej od kolegów z trójmiejskiego oddziału IPN. Uznałem, że jego formuła, zarówno przygody turystycznej, jak też imprezy edukacyjnej, jest na tyle atrakcyjna, że zabrałem swoich trzech przybranych synów (prowadzę z żoną rodzinny dom dziecka) i przyjechaliśmy na rajd. Nie zawiedliśmy się!
Dlatego, że pogoda była piękna i można było wypocząć?
– Pogoda rzeczywiście była piękna, ale trzy dni marszu w piekącym słońcu, z pełnym oporządzeniem na plecach, dało nam niezły wycisk. Pod koniec trzeciego dnia przyszła burza z porządną ulewą i błyskawicami. To było wyzwanie dla prawdziwych twardzieli! No, ale ta survivalowa część rajdu to tylko część atrakcji, o inne zadbali organizatorzy.
Przechodzimy więc do sedna sprawy…
– No właśnie. Patrole musiały wykazać się samodzielnością, orientacją w terenie, znajomością samarytanki. Było i strzelanie z wiatrówki, i poszukiwanie „min” elektronicznym wykrywaczem. Na trasie patroli pojawiały się także zmotoryzowane grupy „ubeków”, usiłujące zatrzymać maszerujących… Było naprawdę dużo emocji. Patrole miały też do zrealizowania zadania informacyjno-dokumentacyjne. Rozdawaliśmy napotkanym ludziom powielone teksty uchwały Sejmu RP, oddającej hołd „żołnierzom wyklętym”, szukaliśmy świadków wydarzeń sprzed lat, ponieważ tereny, przez które szliśmy, były w roku 1946 miejscem akcji 5 Wileńskiej Brygady AK mjr. „Łupaszki” przeciwko NKWD, UB i KBW. Uczestnicy rajdu mogli na własne oczy zobaczyć zabudowania, w których mieściły się posterunki milicji, rozbrajane (dla celów propagandowych) przez wileńskich partyzantów; miejsce śmierci ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego” czy więzienie w Sztumie.
Była też Msza św. w intencji żołnierzy mjr. „Łupaszki” oraz innych żołnierzy powojennej, antykomunistycznej konspiracji zbrojnej, uroczyste spotkania przy pamiątkowych tablicach i wspólne ognisko. A jeśli ognisko, to warto przypomnieć, że u siebie, w Szczecinie, organizował Pan wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych. Skąd taki pomysł?
– Pewnie duża w tym zasługa mojego dziadka, byłego ułana, dzięki któremu już od dzieciństwa byłem osłuchany ze śpiewanymi przez niego piosenkami, później przyszło także zainteresowanie historią, i wreszcie kilka lat temu pomysł, by zorganizować niesztampową imprezę patriotyczną dla uczczenia rocznicy operacji „Burza” i Powstania Warszawskiego. Wymyśliłem więc zbiorowe śpiewanie pieśni patriotycznych na jednym z placów w Szczecinie. Nasze śpiewanie odbywa się bez wielkiej sceny i znakomitych wykonawców, jego założeniem jest raczej budowanie nastroju wspólnoty niż wysublimowanego koncertu. Dla wszystkich uczestników mamy przygotowane śpiewniki, dodatkowo, dwa lata temu każdy otrzymał biało-czerwoną opaskę, a w zeszłym roku rozdaliśmy dwa tysiące ryngrafów z Matką Boską Ostrobramską; takich, jakie nosili wileńscy partyzanci. Pamiętam, że wielką satysfakcją było dla mnie, gdy nazajutrz zobaczyłem w parku dzieciaki bawiące się w powstańców. Miały na ramionach biało-czerwone opaski z naszej uroczystości… W tym roku będziemy śpiewać już po raz czwarty i szykujemy również sporo atrakcji.
Jest Pan głównym inicjatorem budowy pomnika „Żołnierzy Wyklętych” w Sopocie. Jaka jest idea tego pomnika? Czy myśli Pan, że da się jeszcze tych żołnierzy „świętej sprawy”, do dziś nazywanych bezkarnie „bandytami”, przywrócić zbiorowej świadomości Polaków?
– To wielkie i niełatwe zadanie, zwłaszcza po kilkudziesięciu latach komunistycznych kłamstw na temat zbrojnego podziemia antykomunistycznego. Na szczęście grono osób wspólnie działających na rzecz przywrócenia czci „żołnierzom wyklętym” jest coraz większe. Wielkim dziełem było przed kilkoma laty wydanie albumu pt. „Żołnierze wyklęci” i zorganizowanie wystawy pod tym samym tytułem. Rok temu wspólnie walczyliśmy o uchwalenie przez Sejm RP uchwały w 55. rocznicę śmierci mjr. „Łupaszki”. Teraz przyszedł czas na pomnik. To kolejna forma upamiętnienia i oddziaływania na zbiorową świadomość. Ale też pomysł oryginalny. Odeszliśmy bowiem od próby tworzenia plastycznej alegorii Sprawy; chcemy, by pomnik nawiązywał do autentycznego zdjęcia wykonanego w 1945 roku. Mówiąc może trochę górnolotnie, sam pomnik będzie historią wykutą w metalu.
Według statystyki telewizyjnej, około półtora miliona Polaków oglądało spektakl Teatru Faktu „Inka 1946” – mimo że równolegle, w innym programie, transmitowano rozdanie telewizyjnych nagród (chyba nieprzypadkowo…). Również „Śmierć rotmistrza Pileckiego” miała dużą widownię. Czy to nie jest najskuteczniejsza droga wydobycia od zapomnienia tych, którzy pozostali Polsce wierni do końca, wbrew powojennej sytuacji politycznej?
– Kiedy pojawiły się w telewizji zapowiedzi spektaklu o „Ince”, moi chłopcy od razu zaczęli się dopytywać, czy będą mogli go oglądać. Gdy ich siostry zaczęły pytać, „co to za „Inka”?”, byli oburzeni, że ktoś może nie wiedzieć… Opowiedzieli więc o losach „Inki”, a ja byłem tym po ojcowsku rozczulony. To był właśnie efekt rajdu, efekt ciekawie zorganizowanej imprezy, gdzie wiedza historyczna wpływa do głów w sposób „bezbolesny”, a postawy patriotyczne kształtują się w sposób najbardziej naturalny. Warto o tym pamiętać, szczególnie dziś, w czasie wielkiej dyskusji o sposobach wychowania młodzieży.
Czy wybiera się Pan również na rajd w tym roku?
– Oczywiście! Tym razem zabieram żonę i szóstkę naszych dzieci. Pośredniczyłem też w zorganizowaniu patrolu ze szczecińskiego ZHR. No i wspomnieć trzeba, że udział w rajdzie zadeklarowało osiem pań i panów posłów. Cieszę się, że rajd się rozwija, to może być doprawdy wielka impreza. A może inne regiony podchwyciłyby ten pomysł?
Gdyby Pan stanął na trybunie sejmowej lub przed jakimś dużym audytorium, by uzasadnić potrzebę wybudowania pomnika „Żołnierzy Wyklętych”, to co by Pan powiedział?
– Powiedziałbym, że 17 lat po odzyskaniu niepodległości czas najwyższy na uporządkowanie moralne wizji naszej historii najnowszej. Tak by prawdziwych bohaterów nikt nie śmiał nazywać bandytami bądź „kontrowersyjnymi postaciami”. Z drugiej strony, by zdrajcy i renegaci spod znaku sierpa i młota znaleźli potępienie, a nie próby relatywizowania ich haniebnej działalności. Takiego ładu moralnego wymaga przyszłość państwa polskiego. Tu musi być pełna jasność: kto współdziałał z wrogiem zewnętrznym na niekorzyść niepodległej Polski, był zdrajcą. Kto się tej zdradzie przeciwstawiał, był bohaterem.
Miejmy nadzieję, że zrealizowanie budowy pomnika nastąpi jeszcze w tym roku. Dziękuję Panu za wspieranie akcji edukacyjnych IPN i za to, że traktuje Pan najnowszą historię Polski jak historię własnej rodziny. Może przyjdzie czas, że ogół Polaków będzie tak rozumiał swoją obecność w historii i swoje obowiązki wobec tych, którzy dla Polski zrobili więcej niż od nich wymagano…
Piotr Szubarczyk
