Przy dowódcy nikt nie kozakuje
Z dr. mjr. rez. Michałem Fiszerem, zastępcą redaktora naczelnego
miesięcznika "Lotnictwo", rozmawia Marcin Austyn
Dość regularnie pojawiają się czy to oficjalne komunikaty, czy też
"przecieki" przesądzające o tym, jakoby za katastrofę Tu-154M odpowiadają
piloci, którzy działali pod presją. Takie opinie są dziś uzasadnione?
– Nie ma żadnych przesłanek, by twierdzić, że załoga działała pod wpływem
nacisków. Wprawdzie można zakładać, że piloci popełnili błędy, które
doprowadziły do katastrofy, ale pamiętajmy, iż nigdy nie jest tak, że wypadek ma
jedną przyczynę. Zwykle składa się na niego szereg przyczyn i niesprzyjających
okoliczności. Ewentualne błędy załogi – nie tylko pilotów, ale też chociażby
nawigatora – są zazwyczaj tylko elementem wieńczącym całą sprawę. Dziś bez
wątpienia możemy powiedzieć, że załoga Tu-154M działała w trudnych warunkach.
Wiele wskazuje też na to, iż błędy popełniali także inni – czy to w zakresie
organizacji lotu, czy to w kwestii zabezpieczenia lądowania w Smoleńsku. Te
elementy przyczyniły się do tragicznego zakończenia tego lotu. Ewentualne błędy
załogi mogły być tylko jedną z cegiełek w całej układance.
Wiemy, że w kabinie był gen. Andrzej Błasik. Jak jego obecność mogła wpływać
na załogę?
– Uspokajająco.
Lotnicy na branżowych forach sugerują, że przy nim każdy dbał o
najdrobniejsze szczegóły. Tak rzeczywiście było?
– Wiadomo, że w obecności przełożonego starano się wszystko robić w sposób
profesjonalny. Załoga miała jednak przede wszystkim świadomość, że ewentualne
naciski, jakie często występują w lotach VIP-owskich, będą skierowane na niego,
a nie na załogę. Przecież każdy z polityków, dyrektorów departamentów itd.,
wchodząc do kabiny, nie zwróci się do pilota, ale do jego przełożonego, to
naturalne.
Jak w takich sytuacjach zachowywał się gen. Błasik?
– Znamy przypadek, kiedy bronił pilota, który odmówił lądowania w Tbilisi.
Spotykał się w tym celu z prezydentem RP i przekonał go racjonalnymi
argumentami, że pilot miał rację i nie zasługuje na naganę.
Był swego rodzaju "parasolem ochronnym" dla załogi w tej ostatniej fazie
lotu?
– Takie jest moje zdanie. Wydaje mi się jednak, że gen. Błasik nie do końca
zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie rozumiem jednej rzeczy, dlaczego nie
przerwał tego lądowania i nie kazał odejść załodze na drugi krąg.
Stenogramy są mocno dziurawe i chyba trudno przesądzać o tym, jak zachowywał
się generał?
– Tak. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że gdyby gen. Błasik
kazał im odejść, to załoga zapewne wykonałaby takie polecenie.
Pana zdaniem, ostatnie przecieki ze stenogramów są racjonalne?
– Dla mnie są to kaczki dziennikarskie. Po pierwsze, słowa: "jak nie wyląduję,
to mnie zabiją", są sprzeczne z mniej znanym przeciekiem: "patrzcie, jak lądują
debeściaki". No to albo się boję, albo jestem chojrak. Te relacje się ze sobą
kłócą. Po drugie, ów przeciek pojawił się tuż po zdecydowanym wystąpieniu
Jarosława Kaczyńskiego, więc to chyba nie był przypadek.
W obecności przełożonego kapitan pozwoliłby sobie na takie słowa?
– Załoga mogła mieć na uszach słuchawki i mogła rozmawiać między sobą, czego nie
słyszał przełożony. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że tak naprawdę nie
wiemy, co znajduje się w stenogramach. Rejestrator ma sześć kanałów, to sześć
niezależnych ścieżek. Tak naprawdę nie wiemy, z której ścieżki ujawniono zapisy.
Podejrzewam, że tylko z mikrofonów zamontowanych w kabinie. Tymczasem jest
jeszcze zapis korespondencji radiowej, cztery kanały z "rozmównicy wewnętrznej"
(czyli słuchawek i mikrofonów czterech członków załogi). To jest poniekąd sześć
osobnych taśm. My znamy prawdopodobnie tylko jedną z nich. Oczywiście na niej
mogły nagrać się głosy załogi, ale właściwe zapisy rozmów są na innych kanałach.
Nie wiemy, czy one też znalazły się w stenogramach.
Dysponując obecną wiedzą na temat katastrofy, możemy wykluczyć którąś ze
stawianych hipotez?
– Na obecnym etapie nie możemy wykluczać żadnej racjonalnej wersji zdarzeń.
Dziękuję za rozmowę.
