Duma i pycha

"Brzucho w perłach, klejnotach,/ Zadek cały ze złota./ A i poszłaby Pycha
do ojca-matki,/ To wrota nie bielone!/ Pomodliłaby się Pycha w kościele,/ To jej
nie zamiecione./ Patrzy Pycha: tęcza na niebie…/ Zawróciła, powiedziała:/ 'Nie
będę się ta schylała!’" – napisał Aleksy Tołstoj, a przetłumaczył Julian Tuwim.
O kimże to? A o kimże by, jak nie o panu redaktorze Sewerynie Blumsztajnie?
Oczywiście z wyjątkiem brzucha w klejnotach.

Brzucho u niego zwyczajne, podobnie jak i zadek; ooo, zadek zwłaszcza – ale
poza tym wszystko się zgadza, łącznie z tęczą, której sodomici i gomorytki
używają w charakterze barw klubowych. O ile ci rozpoznają się po barwach, o tyle
właśnie pan redaktor Tomasz Jastrun ujawnił, po czym jeden przyzwoity rozpoznaje
drugiego przyzwoitego. Okazuje się, że po zapachu. Pan Jastrun wspomina o
spotkaniu z przyjacielem – oczywiście też przyzwoitym, jak on sam – jak to na
wszelki wypadek, po długim niewidzeniu "obwąchiwali sobie podogonia". Wracając
do naszych baranów, to pod tymi właśnie barwami odbywała się w ubiegłą niedzielę
w Warszawie parada sodomitów i gomorytek, którą zasponsorował koncern IBM, grupa
linii lotniczych Star Alliance, do której należą również PLL LOT, Ambasada
Królestwa Niderlandów, Ambasada Królestwa Danii i Ambasada Królestwa Szwecji.
Nie są to oczywiście prawdziwe monarchie, a raczej ich wynaturzone karykatury,
które – jak to często bywa w okresie schyłkowym – z zagadkowych przyczyn zabrały
się za promocję sodomii i gomorii. Zresztą do diabła z nimi, bo tu chodzi przede
wszystkim o redaktora Seweryna Blumsztajna z "Głosu Ca…" to jest – pardon –
oczywiście z "Gazety Wyborczej", która tradycyjnie patronuje w Polsce każdej
tandecie – również ideologicznej i intelektualnej. Na tak hojnie sponsorowanej
paradzie sodomitów i gomorytek nie mogło zabraknąć również, a może nawet przede
wszystkim jego – bo gdzież poszukiwać zastępczego proletariatu dla nowej, tym
razem już naprawdę socjalistycznej rewolucji, gdzież go werbować, jak nie na
takich paradach?
Oczywiście większość normalnych ludzi na wszelki wypadek wyjechała z miasta,
żeby nawet przypadkiem nie narazić się na bliskie spotkanie III stopnia z
sodomitami czy gomorytkami. Ponieważ tak się u nas utarło, że politycy, którzy –
wiadomo – muszą się podlizywać, też robią to samo co większość – to nawet pani
prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz wzięła sobie akurat urlop i ani nie
poprowadziła parady sodomitów i gomorytek w kierunku świetlanej przyszłości, ani
też nie przekazała im żadnych komplementów, nawet listownie. I to właśnie
ogromnie zniesmaczyło redaktora Seweryna Blumsztajna, który w swojej gazecie
napisał, że "Warszawa, która stara się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury,
dosłuży się, ignorując EuroPride, najwyżej tytułu Europejskiej Wiochy".
Francuzi wymownie powiadają, że nic nie jest wystarczająco dobre dla bony. Coś w
tym jest, bo w odróżnieniu od, dajmy na to, hrabiny, która może pozwolić sobie
na odrobinę pobłażliwości, a nawet luzu, bona musi się pilnować, musi być stale
– jak powiadają Francuzi – "na czterech szpilkach", podobnie jak rosyjski
polityk narodowości prawniczej ("matka Rosjanka, ojciec prawnik") musi być
bardziej rosyjski niż zwyczajni Rosjanie, pić więcej wódki, bardziej pogardzać
"zagranicą" i tak dalej. Cóż dopiero mówić o Warszawie, którą Stanisław
Cat-Mackiewicz scharakteryzował jeszcze przed wojną jako "małe żydowskie
miasteczko na niemieckim pograniczu"? Stara się ta Warszawa, jak może, podobnie
zresztą jak inne miasteczka, antyszambruje, a nawet futruje różnych faktorów w
nadziei na rozmaite europejskie tytuły, ale nic z tych rzeczy. "Gardłuje jeden z
drugim za Polską mocarstwową, a tobie za imperium kąt w szynku, bujna głowo!
Tobie naftowa lampa Indiami w butelkach płonie; nędzę ojczystą przetapiasz w
stare zamorskie kolonie". Tedy sam redaktor Seweryn Blumsztajn powiada Warszawie
"point de reveries!", co się wykłada, że koniec marzeń o europejskiej sławie, że
co najwyżej tylko Europejska Wiocha. Coś podobnego! Nawet nie wiedziałem, że
europejsy wymyśliły również taką godność! Dla stolicy kraju rolniczego to by
nawet było w sam raz, ale redaktor Blumsztajn jako człowiek miasta, a w każdym
razie miasteczka – jednak ze straganami i jarmarkami – nadaje temu tytułowi
charakter pogardliwie potępiającego wyroku. Okazuje się, że nie tylko sodomici i
gomorytki nadymają się dumą. Jeszcze bardziej nadyma się pan redaktor Seweryn
Blumsztajn, jakby odziedziczył to po królu, swoim ojcu.

Stanisław Michalkiewicz

drukuj