Przed drugą turą – lewica czyha
Czeka nas druga tura wyborów,
gdzie zmierzy się ze sobą tylko dwóch kandydatów – jeden wystawiony
przez Prawo i Sprawiedliwość, drugi przez Platformę Obywatelską.
Sztabowcy już pracują, dziennikarze ćwiczą zestawy nowych argumentów,
politycy poprawiają krawaty. Będzie walka, i tak naprawdę nie wiadomo,
kto wygra. To zaostrza apetyty chętnych i rozgrzewa atmosferę wśród
wyborców. I mielibyśmy nieomal mundial na własnym boisku, gdyby nie
tragiczny kontekst tych właśnie wyborów i gdyby nie wyjątkowo groźne
konsekwencje, jakie mogą one za sobą pociągnąć, gdy władza znajdzie się
całkowicie w jednym ręku. Dlatego drugiej tury wyborów nie można
przespać.
Gdy chodzi o pierwszą turę, to większość
sztabowców miała kłopoty z rozeznaniem aktualnych nastrojów społecznych.
Po prostu nie nadążali ze swoimi sondażami, strategiami i blefami,
elektorat zaczął gdzieś uciekać. Próbowano go przygwoździć prognozą
wyrazistego wyniku, który przesądzał o wygranej jednego z kandydatów już
w pierwszej turze, ale ten blef się nie udał. Przewaga topniała, by
stać się z perspektywy drugiej tury niewiele znaczącą. W międzyczasie
uciekł im trzeci kandydat, bo dobrze wypadł w telewizji, a teraz będzie
języczkiem u wagi dla obu pretendentów. Niewiele brakuje, aby to on ich
pogodził, niczym Jankiel w „Panu Tadeuszu”, gdy stojące po przeciwległej
stronie drogi karczmy toczyły ze sobą odwieczny spór: „On pierwszy
zgodził kłótnie, często nawet krwawe/Między dwiema karczmami: obie wziął
w dzierżawę”. Dwóch się bije, a trzeci skorzysta. A skorzysta zwłaszcza
wtedy, gdy kandydat bardziej prawicowy za nisko będzie mu się kłaniał.
Przed
pierwszą turą podejmowano najrozmaitsze tematy nie dlatego, że były one
ważne wedle jakiegoś obiektywnego klucza, ale ze względu na to, co
zadziała znacząco na elektorat i to tak, by wpuścić w pułapkę
kontrkandydata. Przy okazji fastrygowano wizerunek kontrkandydata, który
miał zniechęcić do niego elektorat. Kandydat PiS miał więc być groźnym
watażką, który pozamyka wszystkich do więzienia. Ta wersja z dnia na
dzień była coraz mniej przekonująca. Z kolei z kandydata PO robiono
„Ruska”, zwłaszcza w obszarze twórczości internetowej, co trafiło na
wyjątkowo podatny grunt. Tak czy inaczej walka przed pierwszą turą była
nieco rozproszona ze względu na udział zbyt wielu kandydatów, a także
nie koncentrowała się na sprawach, które są najważniejsze dla państwa
polskiego i społeczeństwa.
Przecież dla nas, jako państwa, kluczową
sprawą jest określenie parametrów naszej niepodległości i kierunku
współpracy (zależności?) międzynarodowej, w tym utrzymania sojuszy i
opracowania koncepcji niezależności energetycznej kraju. Jako
społeczeństwo musimy jasno wiedzieć, czy prezydent zamierza respektować
podmiotowość Narodu Polskiego jako dziedzica tysiącletnich dziejów, czy
uznaje normalną rodzinę za środowisko poczęcia, narodzin i rozwoju
człowieka, czy wreszcie respektuje prawo każdego człowieka do życia od
chwili poczęcia do naturalnej śmierci – by przy odpowiedzi pozytywnej
wspierać stanowione prawo, a blokować takie, które naszemu Narodowi,
polskim rodzinom i człowiekowi zagraża. Niestety, tematy takie poruszano
sporadycznie, by nie powiedzieć – chaotycznie, głównie dlatego, że
uznawane są za zbyt kontrowersyjne lub objęte cenzurą politycznej
poprawności.
To nie brazylijski serial
Co będzie dalej?
Przeciętny wyborca rzadko kiedy zamienia się w polityka, który na
chłodno analizuje każde „za” i „przeciw” w odniesieniu do wszystkich
spraw, jakie mieszczą się w ramach kompetencji prezydenta. Przeciętny
wyborca, zwłaszcza polski, nastawiony jest raczej emocjonalnie, a więc
każde „za” i każde „przeciw” wzbudza w nim zapał lub niechęć czy wręcz
nienawiść. Powodem emocji mogą być sprawy wielkie, ale też i małe, wręcz
drobiazgi. Wśród tych ostatnich najmniejsze znaczenie ma już kolor
krawata lub szkieł kontaktowych. A jednak sztabowcy czuwają w sposób
szczególny nad tymi drobiazgami, bo wiedzą, że w skali masowego
elektoratu ma to olbrzymie znaczenie. Zły kolor krawata lub „nie te
oczy” mogą radykalnie wpłynąć na wysokość wyborczych słupków. Jeśli tak
faktycznie jest, jeśli taka prawidłowość ma miejsce, to nie można jej
lekceważyć. Jednak to nie jest powód, aby kampanię w ogóle zamieniać w
rewię mody. Kandydat musi być człowiekiem poważnym – mieć wyrobione
zdanie na istotne dla państwa i społeczeństwa tematy, a także być
zdolnym do przekazania ich w sposób komunikatywny. Niestety, jakże
często się zdarza, że w pogoni za wielkim elektoratem tematy poważne
nikną z pola widzenia, a na plan pierwszy wysuwa się kabaret albo
prowokacja. Politycy zamieniają się w aktorów seriali brazylijskich, bo
wiedzą, że ukrywa się za nimi wielomilionowy telewidz. Problem jednak w
tym, że serial żyje wyłącznie wśród atrap i w przestrzeni wirtualnej,
natomiast polityka wpływa na nasze życie realne, życie i śmierć, bo
przecież to politycy legalizują nie tylko życiodajne, ale i zbrodnicze
prawa.
Opozycjoniści na pasku postkomuny
Druga tura
wyborów to dwie zupełnie różne wizje Polski. Odwoływanie się do korzeni
solidarnościowych obu kandydatów nie ma tu już żadnego sensu. Zbyt wiele
bowiem się zdarzyło w ciągu ostatniego dwudziestolecia, by wspominać
tamten odległy czas, gdy na fali młodości różni ludzie włączali się do
walki z komuną. W roku 1989 nastąpił przecież „cudowny” upadek owej
komuny, tyle że ona znalazła sposób na odrodzenie się w nowej
rzeczywistości, jak również na to, by zagospodarować swoich dawnych
zagorzałych przeciwników. Dla wielu z nich komuna była bardzo
atrakcyjna. Był to przecież świat ludzi władzy, którzy posiadali bogate
doświadczenie życiowe i polityczne, szerokie, międzynarodowe kontakty;
którzy kierowali się swoistym etosem – gdzie swoim autentycznie się
pomaga, a wrogów autentycznie się niszczy; gdzie można zrobić wielką
kasę i nie trzeba się martwić o to, jak przetrwać do pierwszego lub do
jakiego kraju wyjechać za pracą; a wreszcie, gdzie można dobrze urządzić
nie tylko siebie, ale najbliższą rodzinę, krewnych i przyjaciół,
kierując ich do pracy w biznesie, w sądach, w mediach, w placówkach
dyplomatycznych lub w polityce. Taki system zaczął po roku ’89 żyć
własnym życiem. Pojawiła się nowa jakość – państwo niewidzialne w
państwie widzialnym. Naprzeciw tego niewidzialnego, ale skutecznego
państwa stało państwo widzialne, państwo ludzi skłóconych i
krótkowzrocznych, państwo ludzi, których przyszłość nie była pewna i
którzy nie potrafili nikomu zapewnić przyszłości, bo za nimi szło
społeczne odium i wilczy bilet. Czy nie lepiej być pragmatykiem i
powiązać się z tymi, którzy są skuteczni i zapobiegliwi?
Na takie
pytanie wielu z tzw. opozycjonistów odpowiedziało pozytywnie i zostało
przygarniętych przez ludzi dawnego systemu. Teraz czerpią z tego
profity. Robią kariery, o jakich wcześniej im się nie śniło – zachowują
status dawnego opozycjonisty i są wpierani przez dawnych komunistów.
Czyż to nie jest idealna sytuacja dla trzech magistrów, którzy obecnie
zajmują najwyższe stanowiska w naszym państwie? Komuniści to nie tylko
oficjalni członkowie postkomunistycznego Sojuszu Lewicy Demokratycznej,
bo to w jeszcze większym stopniu byli członkowie służb specjalnych,
zarówno milicji, jak i Wojskowych Służb Informacyjnych. To właśnie w
takim tle powstała Platforma Obywatelska, w takim tle doszła do władzy i
w takim tle chce zniszczyć polską demokrację, by sięgnąć po pełnię
władzy, właśnie wzorem PZPR. Ten wzór jest im podsuwany przez tych,
którzy otoczyli ich swoją opieką nie tyle na poziomie ideologicznym, co
propagandowym, gdyż ideologie się zmieniają, ale reguły propagandy
pozostają te same. Ta czarna propaganda była odpowiedzią na każdorazową
próbę przeprowadzenia dekomunizacji i lustracji, aż w końcu trzech
magistrów-opozycjonistów zablokowało i jedno, i drugie, paraliżując przy
okazji działalność Instytutu Pamięci Narodowej. Sytuacja wymarzona dla
postkomunistów, którzy pamiętają o orientalnej zasadzie, zaszczepionej
przez komunistów z bratniego ZSRS, aby nie brać na siebie bezpośredniego
odium za zniszczenie wroga, lecz by powstało wrażenie, że wróg sam
siebie zlikwidował albo że był to wynik walki bratobójczej. Do takiej
konfrontacji wewnętrznej sprowokowano środowiska wywodzące się z
„Solidarności”, taką metodę stosuje się nadal wobec Kościoła, próbując
ustawić przeciwko sobie księży, a nawet biskupów.
Dlatego idąc do
drugiej tury wyborów, musimy dobrze przemyśleć, czy i kto stoi w tle obu
kandydatów, a nie tylko brać pod uwagę, co na bieżąco będą deklarować
lub jak będą wyglądać, czy wreszcie nie możemy kierować się sympatią lub
antypatią czysto osobistą. To ostatnie nic nie znaczy, najważniejsze
jest owo tło, czyli kto za nimi stoi jako realna siła polityczna.
Nie
kłaniać się lewicy
Pierwsza tura wyborów odsłoniła nieobecność
prawie połowy uprawnionych do głosowania. Socjologowie będą badać,
dlaczego ludzie ci do głosowania nie poszli. Z pewnością powodów będzie
wiele, poczynając od zupełnego zobojętnienia na sprawy ogólnopaństwowe
lub wręcz dziecinnej niefrasobliwości, poprzez obrażenie się na
politykę, a kończąc na braku wymarzonego czy idealnego kandydata. Jest
jak jest, w naszym typie demokracji nikogo do głosowania zmuszać nie
wolno. Obaj kandydaci z pewnością jednak będą chcieli sięgnąć po ten
nieczynny elektorat. Ale będzie to bardzo trudne, bo na apatię
polityczną złożyły się lata wprowadzania Polaków w błąd przez wielu
polityków i wielu kandydatów, przez zawiedzione nadzieje, zwłaszcza ze
strony tzw. prawicy. Gdy rozczarował Lech Wałęsa, to przez dwie kadencje
prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, gdy zawiodła AWS, do władzy
doszedł SLD. A dziś? Gdy zawodzi Platforma, to na jej miejsce już wciska
się znowu SLD. Dlaczego elektorat postkomunistyczny jest nadal tak
znaczący i aktywny? Dlaczego chcąc zdjąć z siebie odium PRL, elektorat
ten woli być określany mianem lewicy, a co rozpoznał właśnie kandydat
PiS? Odpowiedź jest prosta: trzymanie warty przy dziedzictwie PRL, a tym
samym i Związku Sowieckiego nie rokuje już, poza sentymentem, żadnej
przyszłości, teraz trzeba znaleźć nową twarz, którą lepi socjalizm
zachodni, na czele z Hiszpanią. To jest ten socjalizm na zewnątrz
wyluzowany, swojski, czego znakiem jest rozpięta koszula bez krawata.
Ale od wewnątrz czai się potwór. Ten potwór, który legalizuje
zwyrodniałe prawa odbierające człowiekowi prawo do życia, a rodzinie
prawo do wychowywania własnych dzieci; który obecnie legalizuje
homoseksualizm, a w niedalekiej przyszłości zalegalizuje zoofilię; który
za głównego wroga uznaje chrześcijaństwo i Kościół katolicki. Taka jest
prawdziwa natura nowej lewicy, kto wie, czy nie gorszej od starej
lewicy, czyli sowieckiego komunizmu. Tego trzeba być świadomym.
Dlatego
w poszukiwaniu elektoratu nie można się lewicy zbyt nisko kłaniać, bo
łatwo upaść, a trudno się wyprostować. Trzeba zachować swój kręgosłup,
jeśli się deklaruje swą narodową tożsamość i wiarę. Zwłaszcza że lewica
potrafi takich zgiętych polityków wcześniej lub później zagospodarować, a
oni nawet nie będą wiedzieli, kiedy to się stanie, tak będzie to
zrobione sprytnie i gładko. Raczej trzeba szukać nowego elektoratu,
którego nie brakuje, niż zdawać się na elektorat z odzysku, bo z punktu
widzenia politycznego jest to bardzo ryzykowne.
Przed drugą turą
patrzmy kandydatom na ręce, trzymajmy ich za słowa, wypowiedziane
dawniej i dziś, sięgajmy też do przeszłości, jakie czyny były ich
udziałem, rozważmy jeszcze raz, jakie siły za nimi stoją, a wreszcie,
jaka Polska i jaka demokracja będą wynikiem naszych wyborów: czy
znajdziemy się w obwodzie zamkniętym, który zrobi z nas nie drugą
Japonię lub Irlandię, ale drugą Hiszpanię, czy też otworzy się pole dla
odzyskiwania zrębów naszej niepodległości i suwerenności opartych na
respektowaniu podstawowych zasad płynących z chrześcijaństwa. Innego
wyboru nie ma, obecnie jest tylko ten. Trzeba się zdecydować.
Prof. Piotr Jaroszyński
Autor
jest kierownikiem Katedry Filozofii Kultury KUL.
